środa, 31 lipca 2019

„Balladyna” w Wąglowie w latach 60. XX wieku. Teatrzyk młodzieżowy w Wąglowie

Mieszkańcy wsi Wąglów (k. Stąporkowa i Niekłania). 
Widownia spektaklu teatralnego „Balladyna” - lata 60. XX wieku.

W okresie przed nastaniem ery radia i telewizji nawet w tak małych wioskach jak Wąglów istniało ożywione życie kulturalne. Zawsze znalazł się ktoś kto umiał grać na akordeonie, mandolinie, skrzypcach lub organkach i wokół zbierała się grupa młodzieży gotowa zaśpiewać stare przeboje. Śpiewano nie tylko „podpierając opłotki” lub na jakichś placach, ale śpiewano także w domach. Dobrą porą na śpiewy rodzinne były niedzielne popołudnia, a na śpiewy młodzieżowe sobotnie lub niedzielne wieczory. Działalność teatru amatorskiego rozpoczęła się w połowie lat pięćdziesiątych XX wieku. Jego inicjatorami byli Kazimierz Żak, który w tym czasie pracował w Domu Kultury w Skarżysku – Kamiennej oraz Izabela Ziomek. Pierwsze próby odbywały się w stodole pani Izabeli. Później teatrzyk przeniósł się do nieukończonego domu drewnianego stojącego niemal w centrum Wąglowa. Teatrzyk przedstawiał krótkie skecze, które rozbawiały widzów głównie mieszkańców Wąglowa (...obydwie Malinowskie, obydwie Petronele...). Zdarzyło się, że teatrzyk dał swoje przedstawienie w szkole w Mroczkowie gdzie był bardzo ciepło przyjęty. Zorganizowała to Maria Osóbka. Być może, że była to rewizyta gdyż grupa teatralna z Sołtykowa odprawiała zapusty w formie spektaklu w różnych miejscowościach w tym i w Wąglowie. Nazywali ich „Modrefczaki” i niewykluczone, że oni też zainspirowali grupę młodzieży z Wąglowa do tej formy działalności artystycznej. Oprócz Izabeli Ziomek i Kazimierza Żaka w teatrzyku występowały (podaje nazwiska panieńskie): Celina Cholewińska, Halina Czyż, Jadwiga Kotarska, Barbara Kabała i inne.

sobota, 29 czerwca 2019

Spalenie synagogi. Końskie, 11 września 1939

Linoryt. Końskie, synagoga zbudowana prawdopodobnie w 1684, odnowiona w 1905, spalona przez okupacyjne władze niemieckie we wrześniu 1939 [z opisu synagogi na linorycie].
Artysta grafik Bill Farran, Końskie, synagoga, odbitka 5/25, z cyklu Zagubione skarby: drewniane synagogi wschodniej Europy. W zbiorach Krzysztofa Woźniaka.

Rozgrzane gorącymi promieniami słońca ulice z małymi parterowymi domami były puste, tylko od czasu do czasu jakaś postać w czarnym chałacie przemykała się jak duch i znikała w czeluściach bram. Dzień zbliżał się ku wieczorowi, cienie budynków stawały się coraz dłuższe i słały ciemnymi pasmami na bruku ulic 3 Maja i Piłsudskiego. Dzielnica żydowska wokół synagogi tego dnia sprawiała wrażenie jakby wymarłej. Nie widać było ludzi, którzy ukryci gdzieś w swoich domach z niepokojem spoglądali od czasu do czasu zza przysłoniętych zasłonkami okien. Po ekscesach żołnierzy niemieckich pierwsze dni okupacji napełniły ich głębokim niepokojem i przerażeniem. Najbardziej obawiali się prześladowań starsi ortodoksyjni Żydzi o długich brodach, ze zwisającymi kosmykami pejsów wokół twarzy. Dla nich były to wspomnienia bólu i poniżenia, dlatego wielu z nich nie wychodziło z domów. Świeża była jeszcze pamięć jak przed kilkoma dniami przy studni podpalono im zmoczone brody. Teraz ulica opustoszała, zamarła, jak gdyby ze strachu pozbawiona życia. Wszechobecna pustka ogarnęła wszystko dokoła, całą dzielnicę żydowską, sprawiając wrażenie opuszczonego miasta. Tylko wielka stara synagoga wyróżniała się swoją tajemniczą sylwetką, wyraźnie zarysowana w promieniach zachodzącego słońca na tle błękitnego, bezchmurnego nieba i krzywych dachów niskich parterowych domów.

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Edmund Piątkowski rzucił dyskiem w Końskich dalej od rekordu Europy



Mistrz Starego Kontynentu ze Sztokholmu przyjechał 1 maja 1959 roku do Końskich z grupą czołowych polskich lekkoatletów z obozu treningowego w Spale, aby wziąć udział w zawodach propagandowych. Oficjalnie organizował je Powiatowy Komitet Kultury Fizycznej oraz miejscowy klub Stal, całkowity dochód miał zostać przeznaczony na budowę szkół. Tak naprawdę pomysłodawcą i głównym organizatorem był Jerzy Czerwiński, zawodnik i trener sekcji lekkoatletycznej Stali.

Zawody odbywały się po południu na stadionie niedaleko dworca kolejowego. Przebywający w Spale redaktor Bohdan Tomaszewski w relacji dla „Expressu Wieczornego” pisał, że choć nie było trybun, to „zawodom przyglądało się jednak parę tysięcy widzów”, bo „całe Końskie przyszło oglądać polską kadrę”. Pewnie trochę przesadził, bo Końskie liczyły wtedy niespełna 10 tys. mieszkańców.

Z pewnością zainteresowanie występami czołowych polskich lekkoatletów było znacznie większe niż obecnie. Widzowie oglądali zmagania sprinterów i miotaczy. Ci pierwsi rywalizowali – jak określił red. Tomaszewski – na „prymitywnej bieżni”, która miała tylko trzy tory.

sobota, 4 maja 2019

Konecka fabrykacja powozów w XVIII i XIX w.

Plakieta cechowa, mosiądz, 163 x 106 mm.
Plakietka jest bez wątpienia zabytkiem epoki, bardzo rzadkim. Przypuszczalnie była to wywieszka cechowa. niezależnie od tego jest cennym źródłem ikonograficznym. Kształt i konstrukcja dwuosobowej berliny - bastardy, bardzo charakterystyczne dla 1780 roku. Z korespondencji Teresy Żurawskiej do Krzysztofa Woźniaka. List w zbiorach KW.

Wstęp

Dziś, w czasach ogromnego postępu cywilizacyjnego, w dobie bardzo wysokiego rozwoju techniki, zmechanizowania życia codziennego, dziś, gdy pociąg pośpieszny staje się nieledwie przeżytkiem, bo go zastępują szybkobieżne torpedy, samoloty, odrzutowce i helikoptery - kareta wydaje się bardzo dziwnym, bardzo archaicznym, wprost muzealnym zabytkiem. Jeszcze do niedawna, na bardzo zapadłej prowincji woziła ona do kościoła, na bal, lub na odwiedziny sąsiedztwa starej daty dziedzica, lub dziedziczki. Jeszcze do niedawna w starych lamusach spotkać było można czarne, lakierowane pudła dawnych karet. Czasami, w większych miastach można zobaczyć karety, wiozące do ślubu młodą parę, ale to są wypadki rzadkie.

Dziś kareta ustąpiła miejsca lśniącej limuzynie, a kocze, koczobryki i faetony zastąpiły samochody; ze względu na liche drogi dojazdowe utrzymują się jeszcze bryczki i wygodniejsze powozy w większych gospodarstwach rolnych, ale w niedalekiej przyszłości i one staną się rzadkością.

Począwszy od XVII w. zaczęto używać wymyślnych pojazdów, odkrytych skarbników, karabonów, kariołek itp. Karety jednak w dalszym ciągu były drogie i sprowadzane z zagranicy, choć coraz częściej były w kraju używane. Jednym z pierwszych przemysłowców, który założył w kraju manufakturę karet, był Jan Nałęcz Małachowski kanclerz wielki koronny. Założył on ją w swych dobrach dziedzicznych, zwanych Końskie Wielkie, osadzając w tym miasteczku odpowiednich rzemieślników i majstrów stelmachów, siodlarzy, kołodziejów, kowali, mosiężników i innych. Dzięki Małachowskim, Końskie stało się znanym i cenionym ośrodkiem produkcyjnym wyrobów żelaznych, zbrojeniowych, ale i rozmaitych powozów. Dziś po tych fabrykach nic nie pozostało - dlatego warto je przypomnieć.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Jan Aleksander Cybulski z Cybulic Wielkich - powstaniec 1863

Fotografia pochodzi ze strony archiwalnej http://powstanie1863.zsi.kielce.pl
Opracowanie śp. Jerzy Kowalczyk 1938-2015. 
Napis na fotografii został komputerowo wzmocniony.

Z Aleksandrem Cybulskim spotkałem się pierwszy raz w połowie lat 80. W sobotę, tuż przed świętem zmarłych w drzwiach domu mojego teścia Władysława Wudarczyka,stanął wysoki, szczupły starszy pan. Sylwetka zdradzała silnego, dobrze zbudowanego mężczyznę. Gość przedstawił się w progu:
Nazywam się Aleksander Cybulski, jestem synem Mikołaja Cybulskiego, leśniczego, który tutaj kiedyś rezydował. Tu w Węgrzynie w czasach zaborów mieszkał w leśniczówce i zajmował się gospodarką leśną. Ojciec opowiadał mi o tych czasach i o mogile mojego dziadka – Jana Aleksandra Cybulskiego. Mam już swój wiek, a chciałem przed śmiercią odwiedzić grób dziadka w Radoszycach. Do was trafiłem, bo miałem adres i nazwisko, wiem, że pański ojciec był gajowym w tym rejonie pracował z moim ojcem.

Zaprosiliśmy gościa do stołu, przy herbacie popłynęły opowieści i wspomnienia. Najpierw opowiedział o swoim dziadku, który podczas zrywu niepodległościowego z 1863 roku walczył w Powstaniu Styczniowym. W rodzinie pieczołowicie przechowywano pamiątki po Janie Aleksandrze. Niestety szczegółów dotyczących samego udziału w walkach swojego dziadka oraz w jakich oddziałach służył – nie pamiętał. Nasz gość opowiedział trochę o sobie. Okazał się być przedwojennym nauczycielem. Czasy wojny to były złe dni. Los nie obszedł się łaskawie z Aleksandrem Cybulskim. Już w październiku 1939 roku został aresztowany przez gestapo i aż do wyzwolenia przebywał w obozach koncentracyjnych, w różnych miejscach. Wiele jego opowieści o życiu w obozie, czy też losach wojennych jego rodziny zatarło się w mojej pamięci ale do dzisiaj pamiętam dokładnie opowieść jak został aresztowany:
W pierwszych dniach października 1939 roku w niedzielę żona przygotowała na obiad rosół z kury. Zjadłem dwa pełne talerze i prawie całego kurczaka. Zażartowałem do żony, że teraz mogę nie jeść cały tydzień, tak się najadłem. Niestety mój żart spełnił się co do joty. Kilka godzin po obiedzie do domu wpadło gestapo i zostałem aresztowany. Cały tydzień nie dostałem nic do jedzenia. Prawdopodobnie jak wielu innych, aresztowanych w takich samych okolicznościach przeznaczony byłem do rozstrzelania. Jednak Bóg chciał inaczej i trafiłem do obozu koncentracyjnego, ale to już inna historia. Może opowiem następnym razem...