środa, 3 stycznia 2018

Teresa Lisówna „Kora” - młynarska dziewczyna. Smarków 13.09.1943

Smarków. W miejscu zaznaczonym czerwoną kropka stał dom, 
w którym odbywały się tragiczne zaręczyny Teresy Lisówny „Kory” i Franciszka Salaty „Huragana”. Widoczny ceglany komin. Foto. listopad 2017 KW.

Teraz nie wiadomo gdzie szukać metryki urodzenia Teresy Lisówny. Może w okolicach Kozienic lub w Radomiu? Rodzice często zmieniali miejsca pobytu. Co parę lat wydzierżawiali inny młyn i tam się osiedlali. Każda z czterech córek rodziła się gdzie indziej. Ich metryki pozostawały w kancelariach różnych parafii. Od rodziców wiedziano, że najmłodsza Teresa, urodziła się 13 kwietnia 1926 roku. Jedyna z żyjących sióstr, Wanda Werensowa mieszkająca we Wrocławiu, tak sobie wykoncypowała, że Teresa mogła przyjść na świat w Radomiu na Zamłyniu przy ul. Trawnej. Stąd młynarze odbyli ostatnią w życiu przeprowadzkę pod Kielce.
Metryka urodzenia Teresy nie była nigdy i nikomu potrzebna. Jej samej mogła się przydać w jesieni 1943 roku. Miała szansę wyjścia za mąż. Do ślubu nie doszło. W dniu zaręczyn przepadła na zawsze. Po aresztowaniu w Smarkowie koło Koziej Woli, nigdy nie pokazała się bliskim.
Sporo lat przed wybuchem wojny, rodzice otrzymali w spadku po krewnych, wodny młyn zbożowy nad Lubrzanką w kolonii Cedro pod Cedzyną koło Kielc. Młynarską parcelę miejscowi ludzie nazywali po prostu Mazur. Młyn pracował i żywił rodzinę przez lata wojennego głodu i sporo lat po jej zakończeniu. Kiedy majster młynarski zakończył życie, osada popadła w ruinę. Teraz po młynie nawet ślady nie przetrwały. Spadkobiercy pokroili posadę na działki osadnicze i rozsprzedali. Działki graniczą z ogrodzeniem miejskiego cmentarza komunalnego dla Kielc w Cedzynie.
Gospodarstwo na Mazurze było spore i zapewniało rodzinie dostatnie bytowanie. Starsze córki mogły stąd chodzić do kieleckich szkół miejskich. Teresa była najmłodszą i rozpieszczaną. Wcześnie zdradzała zainteresowania nauką szkolną. Temperamentem górowała nad siostrami.
Przed wojną w okolicach młyna nieustannie przebywali na zajęciach polowych żołnierze kieleckiego pułku legionistów. Niesforna dziewczyna młynarska dosiadała konia i na oklep buszowała między pododdziałami. Ojciec karcił ją za takie rajdy. Reprymendy skutkowały na krótko. Potem wybuchła wojna. Żołnierze odeszli z poligonu na front. Więcej nie wracali.

Franciszek Salata „Huragan” 1921-13.09.1943. 
Gimnazjalista, kpr., komendant placówki AK Smarków.

W latach okupacji niemieckiej do młyna przychodzili różni ludzie. Jedni po usługi, inni w przeróżnych interesach. Starsza siostra Wanda przypomina sobie, że kiedyś po powrocie z podróży do Lublina, zastała na Mazurze obcych mężczyzn. Ten fakt zapisała w pamiętniku pod jesienną datą 1942 roku tak: W domu ojca za
stałam miłych gości... Po upływie
dziesiątków lat, z mozołem wysu
płuje z pamięci listę tamtych przybyszów. Zapamiętała podporucznika Ignacego Robba „Narbutta", dowódcę kieleckiego oddziału gwardzistów. Oficerowi asystowali Henryk Kozubski i Władysław Staromłyński z Rogowa pod Końskimi. Zapamiętała i taki szczegół, że Kozubski wyróżniał się urodą.
Wizyty gwardzistów na Mazurze stawały się częstsze. W pewnym momencie dostrzeżono, że Teresa zawsze wiedziała kiedy zjawią się w młynie i kiedy odejdą. Na początku wykonywała dla nich proste zlecenia kurierskie. Przez to dość sprytnie wdarła się do ich sekretów. W rodzinie sądzono, że uległa tylko ulotnemu zauroczeniu smakiem konspiracji. Sam „Narbutt" zniechęcał dziewczynę do partyzanckiej romantyki. Wszelkie utrudnienia znosiła z pokorą.


Smarków, pomnik pamięci mieszkańców Smarkowa 1939-45 
oraz żołnierzy AK „Ponurego”, którzy szli na odsiecz Franciszkowi Salacie. 
„Huragan” poległ kilkadziesiąt metrów od tego pomnika - bardziej na wschód 
(wtedy były tu jeszcze pola). W miejscu śmierci „Huragana” stał krzyż. 
Foto. listopad 2017 KW.

W pierwszych dniach lipca 1943 roku w przysiółku Skobe
lów koło Modrzewiny pod Stą
porkowem, zginął od policjantów 
z Miedzierzy sam Kozubski i paru
 innych. To był bardzo niepomyśl
ny okres dla konspiracji. Starom
łyński ukrył się w Smarkowie na 
leczenie rany postrzałowej. Opie
kował się nim Franciszek Sałata 
„Huragan". I tam „Żbika" odszu
kała Teresa Lisówna „Kora".
Wiadomość o śmierci Kozub
skiego przyjęła z dziewczęcą de
speracją. Od któregoś z partyzantów wyłudziła broń. Przy jej użyciu targnęła się na własne życie.
 Zamiar samobójczy kiepsko wykonała. Skończyło się na ciężkim 
postrzale w okolice serca. Desperatkę odratowano w koneckim 
szpitalu i na rekonwalescencję
 powróciła do Smarkowa. Po od
zyskaniu sił zabrała ją rodzina do 
młyna Mazur.
Franciszka Salatę „Huragana” znała od dłuższego czasu. Pochodził ze Smarkowa i tam właściwie mieszkał po odbyciu kampanii wrześniowej na funkcji podoficera nadterminowego. Mało mu było wojaczki na froncie. Wzorem podobnych sobie bardzo wcześnie rozpoczął konspirację wobec okupanta. Fraternizował się z gwardzistami.
Około 10 września 1943 roku, „Huragan" posłał do młyna na Mazur podwodę konną z Franciszkiem Jakubowskim po „Korę". Miała przybyć na urządzane przez Sałatę przyjęcie zaręczynowe w Smarkowie. Podczas leczenia, dogadali się oboje w sprawie zawarcia małżeństwa.
Na miejscu we młynie furman spotkał obcego mężczyznę nazywanego przez „Korę" po prostu wujkiem. Poufałość dziewczyny z obcym nie budziła u Jakubowskiego podejrzeń. W dodatku rodzice Lisówny poprosili owego wujka, aby towarzyszył córce w tej podróży dla ewentualnej ochrony. Zaręczyny odbywały się w domu ciotki „Huragana". Podczas przyjęcia kolejno zjawiło się dwóch nieoczekiwanych mężczyzn. Jeden był znany z nazwiska i pochodził z Gosania. Drugi był szewcem, podobno spod Przysuchy. Przyniósł dla „Huragana" nowe buty „oficerki" z cholewami, wykonane na obstalunek z okazji przewidywanego ślubu z młynarką.

Smarków, pamiątkowa tablica w kaplicy (nieczynnej?) 
poświęcona tragicznym losom członków rodziny Salatów, 
której członkowie zginęli w walce o wolność Ojczyzny. 
Foto. listopad 2017 KW.

Przyjęcie zaręczynowe przeciągnęło się do późnej nocy. Brakło alkoholu, a jeszcze chciano coś wypić, bo para była urocza i dobrana. Okazja czyniła pretekst do podrażnienia ambicji młodożeńca. Narzeczony wezwał do siebie wartownika Sionkowskiego. Chłopaka dozbroił w pistolet i granat obronny. Rozkazał mu udać się rowerem do Koziej Woli po wódkę. Na leśnym odcinku drogi goniec wpadł w zasadzkę żandarmów z Czarneckiej Góry. Obsługiwanie roweru nie pozwoliło oddać nawet strzału sygnalizacyjnego. Nad ranem jeniec doprowadził żandarmów pod dom ciotki Jakubowskiej. Gospodarze z gośćmi już zakończyli biesiadę i poukładali się do snu. Żandarmi budzili śpiących i wzywali do wyjścia na podwórko. Pierwszy poddał się opiekun narzeczonej. Właściwie nazywał się Wincenty Smelcerz. Po nim wyszedł tylko w bieliźnie sam „Huragan". Za nimi przysuski szewc, potem „Kora" z siostrą narzeczonego Stasią Salatówną i pozostali domownicy.
Głupio się wszystkim zrobiło. „Huragan" podjął próbę ucieczki. Biegł boso przez otwarte pole do lasu. Na końcu tego pola został trafiony kulą i padł martwy. Resztę aresztowanych poprowadzono drogą w kierunku do Niekłania.
Nik ich więcej nie widział. Wszelki ślad po aresztowanych zaginął na wieki. Zabitego „Huragana" później zabrano z pola na furmankę i nie wiadomo, gdzie się podziały jego zwłoki. W lasach wokół Niekłania jest tyle tajemniczych mogił, że aż przerażenie człowiekiem potrząsa. Może któraś należy do Salaty?
Parę dni po zajściu w Smarkowie, na Mazurze pojawił się rzekomy wujek „Kory". Powiadomił rodzinę o aresztowaniu córki. Własną wolność usprawiedliwiał ucieczką spod konwoju. Nawet sugerował, że zatrzymanych przewożono do Kielc. Relacja przyszywanego wujka nie zyskała wiarygodności. Na Mazurze zadomowiły się złe przeczucia.
Ktoś ze znajomych Lisów miał w Kielcach dostrzec podobną dziewczynę w czasie konwojowania samochodem przez żandarmów. Mimo wysiłków, nie otrzymano potwierdzenia o przetrzymywaniu Teresy w Kielcach. Poszukiwania nasilono po ustaniu okupacji. Członkowie rodziny asystowali przy setkach odkrywanych mogił z kobiecymi zwłokami. Nic się nie dało zidentyfikować i tak już pozostało.
W pewnym momencie błysnęła iskierka nadziei na odkrycie losów „Kory". Mogły one zostać wyjawnione podczas procesu osądzającego owego Wincentego Smelcarza za działalność w roli konfidenta na rzecz okupanta. Oskarżyciel zarzucał podsądnemu denuncjację polskich partyzantów. Akt oskarżenia na kieleckim procesie zawierał materiały dowodowe na okoliczność likwidacji Lisówny i Salaty. Obwiniony stając przed sądem w 1962 roku, uchylił się od wszelkich odpowiedzi i wyjaśnień.
Pasywną obronę winowajcy miażdżyły przedłożone sądowi dowody kolaboracyjnej współpracy. Nie było wątpliwości. Potwierdzały to poniemieckie akta. Smelcerz posługiwał się kryptonimami „Pierzyna" lub „Wrona". Przestępczą służbę rozpoczął od przeniknięcia do oddziału gwardzistów „Narbutta". Płatnymi doniesieniami spowodował ogromne spustoszenia w szeregach kielecko-radomskiej konspiracji.

Sylwester Jedynak
[w: Gazeta Konecka, 1994. 
Tekst w GK nosił błędny tytuł: 
Młynarska dziewczyna na Skórnicach]