poniedziałek, 11 lipca 2016

Kawęczyn k. Miedzierzy - historia młyna


Kawęczyn k. Miedzierzy - młyn. Tu „stare miesza się ze starszym”, „fabryczne z domowym”, 
a trudy dnia codziennego z historią. Foto. KW.


Zamiast wstępu II

Wspomnienia przepisywałem z wypiekami na twarzy. Znając całość można wyrobić sobie zdanie o ówczesnej społeczności wiejskiej, autor nazywa ich gminniakami z Kawęczyna i Miedzierzy, w zderzeniu z instytucjami państwowymi i in.: sejmikiem powiatowym, starostą i jego urzędnikami, policją państwową, leśnikami, dworem, kościołem, urzędnikami administracji samorządowej… Uf! Takie tam piekiełko.
Moja dziadkowie Bronisława i Franciszek Woźniak mieszkali w opisywanych latach trzydziestych (do 1935) w Miedzierzy. Babcia byłą gospodynią domową, dziadek wiejskim policjantem (a jest tu mowa i o PP i nie są to zdania pochlebne), mój ojciec chodził do opisywanej wiejskiej szkoły w Miedzierzy - Kawęczynie. Zachowały się dwa świadectwa - pokaże je przy okazji publikacji na stronie historii szkoły. Odnalazłem w swoich zbiorach fotografie pierwszej nauczycielki z Kawęczyna i inne ciekawe dokumenty...
Stąd te moje wypieki.
Mam pewność, że wspomnienia spisywane są u kresu życia Bronisława Sobczyńskiego (lata 50.? Czy może ktoś opracował biogram nauczyciela Bronisława Sobczyńskiego? ). Są przepełnione walką „dobra ze złem”, opisami pracy u podstaw, zadowoleniem z dokonań… ale i goryczą, ostrymi, dosadnymi osądami - czy sprawiedliwymi? Czy żar tamtych dni i konfliktów wypalił się?
Na koniec dodam, że bardzo często szyk wyrazów z zdaniu jest często manierystyczny, dla podniesienia efektu wymowy - starałem się tego nie zmieniać. Dzieliłem niekiedy przydługie, „piętrowe” zdania.
Dziękuję p. Krzysztofowi Pawlikowskiemu, sołtysowi wsi Kawęczyn za udostępnienie wspomnień. Wkrótce kolejne fragmenty pamiętnika.
KW


Miedzierza. Żeliwny krzyż na postumencie (z połowy XIX wieku) 
- stąd już po 300 metrach szutrową drogą znajdziemy się w Kawęczynie. 
Dlaczego ta droga nie jest „porządną” - asfaltową? Foto. KW.


Kawęczyn - historia młyna

Trochę historii
Kawęczyn w dawnych latach był osadą fabryczną, leżącą na skraju lasów sosnowych nad rzeką Taraską Czarną wpadającą w Sielpi do rzeki Czarnej, stanowiącej dopływ Pilicy. Należało ongiś do majątku Miedzierza wchodzącego w skład dóbr hr. Bocheńskiego z Rudy Malenieckiej, które nabył w czasie późniejszym na licytacji Felicjan Jankowski, Witwicki ze Skarżyska i S-ka. Wśród tych lasów było wiele szybów, z których wydobywano rudę żelazną i tutaj wytapiano z niej żelazo w wielkim piecu. Dobra hr. Bocheńskiego były przeważnie uprzemysłowione, lecz w chwili przeprowadzenia kolei żelaznej [wybudowanie linii kolejowej Dęblin - Ząbkowice w 1885], zaczęto sprowadzać rudę wysokoprocentową z obcych krajów co spowodowało nieopłacalność produkcji żelaza z rodzimej rudy i w konsekwencji nastąpił upadek kopalni i huty i wielkiego pieca w Kawęczynie oraz wielu przedsiębiorstw przemysłowych w innych miejscowościach. Po zlicytowaniu hr. Bocheńskiego, który stał się właścicielem dóbr Ruda Maleniecka, a w tym majątku i Miedzierza i Lipa itd. nowy nabywca Felicjan Jankowski, który po pewnym czasie spłacił swoich wspólników i został jedynym posiadaczem dużych obszarów leśnych i częściowo rolnych, nie mówiąc już o przemyśle drzewnym, ceramicznym, hutniczym i rybołówstwie. Sumę wyłożonych na kupno i na spłatę wspólników pokrył z osiągniętej kwoty za sprzedanie tylko nasienia sosny z tych lasów. Po zlikwidowaniu kopalni i wielkiego pieca Kawęczyn stał się przyczółkiem kościelnej wsi Miedzierza, w której znajdował się kościół modrzewiowy z XVI wieku. Przed pierwszą wojną światową zbudował bardzo ładny, nowy kościół obok starego; ks. Kwiecień ze składek parafialnych i wydatnej pomocy materiałowej i finansowej Felicjana Jankowskiego, mimo iż [ten] był ewangelikiem. Ks. Kwiecień będąc jeszcze zdrowym opowiadał mi o hojnych ofiarach Jankowskiego na budowę nowego kościoła jego młodości, a między innymi o tym, jak Jankowski będąc chłopcem wyszedł z domu rodzinnego z dwoma monetami po 20 kopiejek w poszukiwaniu pracy...

Najstarsza, znana mi mapa Kawęczyna i okolic. Fragment mapy z 1797 r. 
- proszę zwrócić uwagę na zaznaczone koła wodne. 
Mapa ze zbiorów AGAD nr inw. 179-21.

Młyn w Kawęczynie
Ośrodek pofabryczny w Kawęczynie wraz ze stawami, łąkami i kilkunastoma morgami gruntu nabył od Jankowskiego niejaki Warchoł z Radomskiego, który w bardzo trudnych warunkach zdążył zaledwie urządzić prowizoryczny młynek wiejski. Na tych gruntach pofabrycznych pozostała zmęczona i schorzała wdowa w wieku około pięćdziesięciu lat z dwoma nieletnimi córkami i dorastającym synem Piotrem Warchołem, którego powołano do wojska jako przedpoborowego. Brał [on] czynny udział w powstaniach śląskich. Powrócił do domu dopiero po zakończeniu wojny i zaraz zabrał się energicznie do pracy, a była nie byle jaka, bo często ponad siły ludzkie. Prawie bez wytchnienia całymi dniami i nocami pracował w młynie, gospodarstwie, w roli. Porządkował plac, usuwał rumowisko, budował budynki gospodarskie oraz dom mieszkalny. Bowiem cała rodzina gnieździła się w ciemnej, zagrzybionej jednoizbowej i walącej się chałupie - niemal z kurami, prosiakami razem. Doprowadził gospodarstwo do możliwego stanu, a młynek nawet powiększył i ulepszył sprowadzając nowe urządzenia wewnętrzne, oraz nową turbinę, motor spalinowy, wymurował nowy upust na miejsce rozpadającego się starego upustu drewnianego. Spłacił dworowi resztę należności i mimo trudności czynionych przez właścicieli uporządkował hipoteki, plany wodne. Ten człowiek posiadał niespożytą energię i wprost końskie zdrowie. Przy tych codziennych zajęciach i tarapatach nie zaniedbywał zdobycia kwalifikacji mistrzowskich w swoim zawodzie. Wydał siostrę za mąż i tytułem spłaty wybudował jej murowany dom, a drugiej siostrze po wyjściu za mąż spłacił gotówką, zużywając na te spłaty posag żony swojej wywodzącej się z rodziny Hebdzyńskich z Radomskiego. Sprawami politycznymi nie zajmował się i nie brał w nich udziału, nie tylko z braku czasu, ale po prostu nie orientował się w jej tajnikach. Natomiast brał czynny udział w życiu społecznym poświęcając na ten cel wiele czasu i finansów. Piastował godność prezesa Kółka Rolniczego, oraz prezesa Ochotniczej Straży Pożarnej itp. Dla uzupełnienia trzeba nadmienić, że w czasie służby [wojskowej] Piotra siostra jego siedemnastoletnia dziewczyna prowadziła młyn i całe gospodarstwo domowe. Ta dziewczyna nigdy nie zmęczona, pracowała, a raczej harowała w dzień i w nocy. Sama jeździła końmi i uprawiała rolę, a często jeździła nawet na oklep byle szybciej przenieść się z pola do młyna i na odwrót. W czasie nasilenia pracy w młynie pomagał jej dorywczo Mąkosa, przyrodni brat z pierwszego małżeństwa. Najmłodsza dwunastoletnia dziewczyna pasła bydło, a po powrocie brata z wojska wstąpiła do gimnazjum.



Mostek w Kawęczynie nad malowniczą rzeczką Czarna Taraska. 
Po obu jej brzegach zachowane ślady spiętrzenia. 
W oddali zachowane zabudowania fabryczne - młyn. Foto KW.

Przeżycia rodziny Piotra Warchoła, młynarza w Kawęczynie
Obejście młyńskie jak już wspomniałem spalili Niemcy równocześnie z wioską podczas boju z partyzantami 2 Dywizji Piechoty AK w dniu 13.09.1944. Właściciel młyna Piotr Warchoł opowiadał mi przeżycia grozy podczas boju i pożogi młyna, Miedzierzy i Kawęczyna, a szczególnie w czasie parokrotnego natarcia Niemców na mosty i na tereny młyńskie. Walki trwały niemal całą dobę, nawet chwilami z przewagą partyzantów nad wrogiem bardzo dobrze uzbrojonym i posiadającym na zapleczu motoryzację. Jako stary wojak, biorący udział w różnych bojach na wojnie i powstaniach śląskich Piotr Warchoł miał wiele doświadczenia bojowego, toteż na podstawie toczących się walk uważał, że wysiłek partyzantów jest niepomiernie duży w stosunku do chwilowych powodzeń. Na kompletne zwycięstwo nie można było liczyć z uwagi na lepsze uzbrojenie i zaopatrzenie wroga oraz na możliwości szybkiego otrzymywania posiłków. To była walka z frontowym żołnierzem, a nie z żandarmerią, toteż uważał wycofanie się za całkiem logiczny manewr wydobycie się z okrążenia. Wątpił tylko w szybkie oderwanie się od zmotoryzowanego napastnika. Gdy partyzanci przeszli na inne pozycje - rozwścieczeni Niemcy wpadli do płonącego Kawęczyna i zaraz wyprowadzili p. Warchoła i postawili go pod ścianę, po chwili uczynili to samo z całą rodziną. Zamierzali bowiem rozstrzelać wszystkich. Kto ich wybawił od niechybnej śmierci, to tylko pan Bóg wie. innym razem opowiadał mi p. Warchoł, że w czasie okupacji mimo szykan i terroru hitlerowskich faszystów pomagał różnym oddziałom partyzanckim w miarę swoich możliwości, a przede wszystkim przez dostarczanie produktów przemiału. Niezależnie od dobrowolnych ofiar, dokuczały mu i krzywdziły go bardzo różne bandy rabunkowe, podszywając się pod miano partyzantów czy też leśnych ludzi, które dokonały u niego z górą 70 napadów. Terroryzując domowników bronią rabowali konie, krowy, świnie, zboże, mąkę, odzież, bieliznę, obuwie, a nawet garderobę dziecinną. Po wojnie rozpoznawał niektórych rabusiów, lecz z uwagi na bezpieczeństwo własne rodziny wolał milczeć. Spalone budynki odbudował, konie kupił zaciągając na te cele pożyczki, które teraz spłaca. Włączył się do odbudowy kraju, wypełniając solidnie wszystkie powinności i nakazy władz PRL jako lojalny obywatel tak samo jak i po pierwszej wojnie światowej. Przypominał mi jak był młodym, a nawet niepełnoletnim jeszcze, jakkolwiek już jedynym żywicielem wstąpił do wojska polskiego. Jako żołnierz i kierowca samochodowy brał udział w wielu bojach na froncie a także i w powstaniach śląskich, bowiem chciał naśladować ojca swojego, który jako członek PPS brał czynny udział w walkach wolnościowych. Zdawało mu się jako młodemu, że wiecznie będzie żył i nic złego nie może go spotkać. Rzucił się więc w wir walk, podrywając sobie bezwiednie zdrowie, a przecież po powrocie z wojaczki czekała go w domu znowu ciężka praca jako jedynego żywiciela starej schorowanej matki i dwuletnich sióstr, więc zabrał się z mocą energii młodzieńczych lat do budowy własnego warsztatu pracy na kupie rumowiska rozpoczętej już za życia ojca jego, zmarłego w sile wieku na tyfus. Pomagały mu teraz te nieletnie siostry i stara schorzała matka w miarę swoich sił. Pomagał mu też dorywczo i brat przyrodni Mąkosa. A gdy się ożenił dzielili obydwoje małżonkowie trud i kłopoty. przypominał i też, że trzymał się zachęty i pouczeń moich, że nawet mała drwalka nowo zbudowana podnosi bogactwo kraju.





Kawęczyn, dawniejsze zabudowania fabryczne, 
później „siedziba” młyna - obecnie obiekt zabytkowy. Foto. KW.

Po paru latach zastałem p. Warchoła chociaż stale zaharowanego, lecz uśmiechniętego i w dobrym nastroju, nie zdradzającego żadnych objawów dolegliwości. Czy to było w młynie, przy jakimś agregacie, czy przy motorze w motorowni, czy przy turbinie, czy przy sieczkarni, czy też z pługiem w polu, albo z kosą i grabiami na łące. Tu stuknął tam puknął, a jeszcze gdzie indziej coś przykręcił. Stale był zajęty, stale był w ruchu w młynie, w gospodarstwie, ale mimo braku [czasu] zawsze był rad z gości i zawsze znalazł dla nich czas. Obydwoje pp. Warchołowie byli nadzwyczaj gościnni, z uprzejmością przyjmowali każdego przyjezdnego gościa. Często przebywali u nich krewni, znajomi, a w czasie okupacji ukrywali się u nich przed okupantem. Z poważaniem się odnosili do polskich urzędów i urzędników, a szczególnie czuli szacunek dla ludzi wykształconych i uczonych.



Kawęczyn, „trzewia młyna”. Foto. KW.

O ironio losu! O sprawiedliwości!
Jednak w świecie różnie się plecie. Niespodziewanie zawisło nad ich głowami nieszczęście. Zawiść ludzka zakłóciła mu i jego rodzinie spokój i pogodę ducha. Żalił mi się, że konszachty obłudnych i nieuczciwych ludzi, zachłannych i zawistnych, mających na względzie li tylko osobiste interesy, stwarzają pod pozorem dobra społecznego takie sytuacje, z których będą mogli korzystać sami. Głoszą oni dla innych obłudnie, ale modne hasła, że teraz nie może być wyzyskiwany człowiek przez człowieka, ale ci sami obłudni zausznicy terenowi uważają te hasła za pusty dźwięk wyrazu i nie licząc się z tym, że wyrządzają innym ludziom krzywdę, tworzą sobie podstępnie nadzwyczajne źródła dochodu, kosztem trudów tego człowieka pracy pod pretekstem dobra ogółu społeczeństwa. A przecież dobra narodu nie zbuduje się na krzywdzie jednostki, lecz przeciwnie na rzetelnej i uczciwej pracy jednostki tworzy się dobro całego narodu. Upłynęło może znowu dwa lata gdy władze młyńskie spowodowały oddanie jego młyna pod przymusowy zarząd, pomijając podstawę prawną i potrzeby państwa. Na interwencję p. Warchoła władze urzędu wojewódzkiego łódzkiego, bowiem powiat konecki do tego województwa należał, zwolniły mu młyn z przymusowego zarządu, ale podli ludzie nie mają granic w czynieniu bliźnim zła. Przyczaili się wyczekując odpowiedniej chwili. Gdy powiat konecki włączono do województwa kieleckiego wtedy na nowo powtórzono tą sama procedurę bezpodstawnie. P. Warchoł łudził się tym, że skoro jedna władza wprawdzie z innego województwa, ale na tym samym szczeblu uchyliła zarząd przymusowy, to władze województwa kieleckiego bezpodstawnie zarządziły powtórny zarząd przymusowy, bowiem nie zachodziły potrzeby państwa. Mniemał więc, że jest wynikiem jakiegoś nieporozumienia władz resortowych, czy Rejonu Młyńskiego, a PWRN. Władze resortowe knuły widocznie jakieś konszachty potajemne w stosunku do młyna w Kawęczynie i chciały z niego uczynić dla siebie dojną krowę. Z uwagi na powyższe zwracał się kilkakrotnie do różnych urzędów i instytucji z prośbą o anulowanie przymusowego zarządu, lecz bezskutecznie. Wprawdzie po wypadkach październikowych 1956 r. Zarząd Rejonu Młynów obiecywał u zwrócić młyn, ale zwłóczył z tym w nieskończoność. Za późno zorientował się, że źle podszedł do sprawy, bowiem zamiast załatwić sprawę oddolnie w rękawiczkach - złożył 28.04.1958 podanie, tym razem do PWRN w Kielcach. W odpowiedzi, którą otrzymał 3.06.1958 - dekret upaństwowienia młyna. To upaństwowienie mu jego usługowego warsztatu pracy, zbudowanego wieloletnim wysiłkiem własnej woli i pracy własnych rąk spadło na niego i na rodzinę jego jak piorun z jasnego nieba. Pozbawiono go wraz z zięciem i liczną rodzinę pracy we własnym warsztacie pracy. Przecież teraz na starość gdy jest schorzały i wyczerpany fizycznie i załamany moralnie, nie będzie szukał pracy w obcym zakładzie jako zwykły robotnik niewykwalifikowany, by dojeżdżać codziennie do pracy w jego wieku i to w tym czasie, gdy zaczęła potęgować się trapiąca go choroba zawodowa t.z. pylica, do rozwoju której przyczyniało się wchłanianie w pracy [nieczytelne - stochmalu?] przez 40 lat, oraz oraz obustronna ruptura (łac.) pachwinowa powstała od dźwigania ciężarów przy montażach i remontach maszyn i urządzeń. Wciąż łudził się jeszcze nadzieją odzyskania swojego ukochanego warsztatu pracy, z którym związany był jak niemowlę z matką, od początku poczęcia go. Wprost nie mógł wyobrazić sobie życia bez niego, bo nim żył w myśli , w mowie i w uczynkach, we śnie i na jawie przez 40 lat z górą, a teraz to uczucie potęgowało się. Miał wielki żal przeradzający się momentami w nienawiść do niektórych ludzi z różnych instytucji, a zwłaszcza do instytucji młyńskich, bowiem podejrzewał ich wciąż o różne krętactwa z uwagi na fakt pozostawiania niektórym właścicielom ich młynów, znacznie większych i w bliskim sąsiedztwie z młynami państwowymi bądź uspołecznionymi, a także przysłanie do jego młyna analfabety - człowieka bez żadnych kwalifikacji, nie sprytnego krętacza i protegowanego, związanego z rejonem młynów, a on mistrz w swoim zawodzie młynarskim, który zbudował ten warsztat pracy i wkładał w niego przez 40 lat swoje siły i zdrowie - został wprost kopnięty i wyrzucony jak jakiś zbrodniarz, jak jakiś zdrajca ojczyzny, jakiś śmieć albo uzurpator.
O ironio losu! O sprawiedliwości! Gdzie cię szukać! Po pewnym czasie gdy odwiedził mnie p. Warchoł radziłem mu, by zwrócił się jeszcze do władz partyjnych z prośbą o interwencję. Wówczas wyjaśnił mi, że już zwracał się do KC PZPR lecz niestety, odpowiedziano mu, że partyjne instancje nie interweniują w takich sprawach. I ta odpowiedź właśnie ostatecznie załamała go, bowiem pozbawiła do nawet złudzeń.




Zachowane ślady minionego systemu. Foto. KW.

Będąc później w Kawęczynie przechodziłem z p. Warchołem obok młyna - stał wówczas na pomoście wśród paru chłopów wysoki, niedźwiedziowaty człowiek w zamoczonym ubraniu. P. Piotr spojrzał na niego i mimo woli opuścił głowę i wyprzedził mnie, a gdy się znowu z nim zrównałem - zauważyłem, że miał łzy w oczach - wprost płakał jak małe dziecko, a przecież znałem go jako twardego mężczyznę. Nie perswadowałem mu lecz pozwoliłem mu wypłakać się, bo uważałem, że często taki płacz przynosi ulgę wewnętrzną. Po uspokojeniu się powiedział mi, że taka niesprawiedliwość zabija go, bo włożył tyle pracy i nieomal całe życie swoje w dzieło ojca swojego, tyrał dzień i noc, a teraz ten obcy człowiek, którego nawet palec nie zabolał na powstanie tej placówki pozbawił go nawet światła, bowiem odłączył mu prąd od jego własnego dynama. Teraz on ani rodzina jego nie ma światła, nie może posłuchać radia, ani urżnąć sieczki trochę dla stworzenia. Tyrał całe życie, pracowała i zapobiegała żona, by zapewnić sobie spokojne życie na starość, a gdy zaczęła się zbliżać [starość] pozbawiono ich owoców pracy.




Kanał dopływowy i maszynownia - turbiny młyna. Marzy mi się opieka konserwatorska zachowanych, zrekonstruowanych urządzeń, co najmniej taka jak w Sielpi i Maleńcu… „techniczne” obozy studenckie (można przygotować tu bazę hotelową np. w dawnych pomieszczeniach łaźni… - marzenia? Foto. KW.

Po raz ostatni widziałem się z p. Warchołem w Kawęczynie, gdy powrócił ze szpitala kieleckiego, w którym przebywał na leczeniu przez parę tygodni. Był teraz małomówny, apatyczny, a nawet zrezygnowany. Stan jego zdrowia był groźny i z każdym dniem choroba szybko postępowała, a on może nie całkowicie zdawał sobie sprawę, a może ukrywał wobec rodziny gnębiące go przypuszczenie. Przeżywał wewnętrznie dręczące go strapienia, że tracąc siły - nie może pomóc schorowanej żonie cierpiącej na ischias [łac. - rwa kulszowa] i inne choroby. Chciał wynająć ludzi do pomocy, lecz niestety; teraz młodzież uczy się lub wyjeżdża do miast, a starszych już niewielu zostało, też pozbawionych pomocy w swoich gospodarstwach z racji wyjazdu młodzieży. Jesień zbliża się, trzeba więc potraw kosić, suszyć i zwozić, trzeba ziemniaki kopać, trzeba orać pod oziminy, trzeba wywozić obornik, a tu nie ma kto. Nie patrząc na swój stan zdrowia, ostatkami sił nakłada na wóz obornik, a na wierch pług i jedzie w pole. Dźwiga pług na wóz i przy nawracaniu przy orce na polu mimo obustronnej ruptury [łac.], a przecież w tym stanie mógł skończyć na miejscu. Pani Warchołowa mimo, że sama była cierpiąca, nadzwyczaj zaniepokojona, trapiła się stanem zdrowia męża i pracą jego pod ciężarem której upada - sama pracowała za dwoje i nagliła męża do wyjazdu do Krakowa, dokąd skierowali go lekarze kieleccy. Przy tym narzekała, że mąż jej w związku z budową i pracą we młynie przez 40 lat nabawił się ruptury obustronnej oraz pylicy, z której wytworzył się rak płuc. Wydatki związane z tą chorobą są nadzwyczajne. Opłaty szpitalne, lekarstwa, zastrzyki, honoraria lekarskie są wysokie, odżywienie drogie, bo to prywatna inicjatywa, a przecież młyn został upaństwowiony, który wybudował mąż jej i pracuje z nim z górą 40 lat; stracił zdrowie i siły i stan jego jest beznadziejny. Ogół korzysta teraz z młyna, ale mężowi jej, który stracił przy nim zdrowie nikt nie przyjdzie z pomocą. Wprawdzie - mówi p. Warchołowa - mają jeszcze paromorgowe gospodarstwo rolne, którego połowę używają dzieci, ale w dzisiejszych czasach nie można z niego i to w ich wieku i przy zdrowiu. Z braku własnych sił, trzeba wynajmować pomoc, o którą bardzo trudno teraz, a gdy nawet ktoś spośród starszych pomoże, to mają wygórowane wymagania nie tylko w zapłacie, ale w wyżywieniu też, że wprost trzeba od nich kupić ten produkt rolny. Przecież trzeba płacić dość wysokie podatki i odbywać różne powinności, a kontyngenty zbożowo - ziemniaczane, czy też mięsne trzeba oddać i to za bezcen. Co można mówić w takich warunkach o życiu, a tym bardziej o chorobie i kuracji, ten tylko wie, kto je przeżywa. Można było po ludzku i sprawiedliwie podejść do sprawy, pozostawiając mężowi i używanie młyna do końca życia, a potem można było przejąć na rzecz państwa z zabezpieczeniem dla mnie egzystencji. Podała mi p. Warchołowa plik gazet, w których znajdowały się opisy różnych afer władz młyńskich, które znajdowały swój oddźwięk na salach sądowych. Na zakończenie naszej rozmowy p. [Stanisława] Warchołowa powiedziała, że: krętactwa domniemywane jej męża, stały się faktem dokonanym i tacy właśnie trutnie na urzędach skrzywdziły męża i całą rodzinę, ale kiedyś czas zemści się na nich. [Rozmowa jest datowana na 7.01.1978]
Przyjaciel mój umarł [Piotr Warchoł zmarł w 1966 r.], ale duch jego będzie długo unosił się nad Kawęczynem. Co daj Boże.

Bronisław Sobczyński





Zachowane ślady na zewnątrz: koła pasowe, zamachowe, części turbin, kamienie młyńskie, szlaka (cały teren był do niedawna pokryty hałdami szlaki), płyta stalowa z dawnej fabryki... Foto. KW.

Na cmentarzu parafialnym w Miedzierzy: Marianna (1861 - 1926) i Jan Warchoł (1861 - 1919) 
oraz w głębi Stanisława (1905 - 1991) i Piotr Warchoł (1899 - 1966). Foto. KW.