niedziela, 8 maja 2016

Broncia Kapilman z koneckiego getta. Końskie - mapa getta

Koneckie getto ul. Berka Joselewicza - dzieci. 
Skan fotografii udostępnił Mateusz Partyka.

Wywózka Żydów w Nieznane

Był rok 1942, rok obfitujący w zwycięstwa Niemców na wschodzie. W Generalnym Gubernatorstwie, to jest na odcinku, na którym Niemcy pozwolili wegetować Polakom i Żydom, rok ten obfitował w masowe rozstrzeliwania ludzi Bogu ducha winnych, w pożogę, w aresztowania.
Ci co pozostali przy życiu, snuli się po mieście smutni i otępiali. Ciągle jakieś wieści straszliwe krążyły z ust do ust. Człowiek martwiał, zapytywał, kiedy kres będzie tego ludobójstwa, gdzie Bóg, co światem i duchem ludzkim rządzi. Czy widzi bestialstwa popełniane na bezbronnych.

Mieszkałam w Końskich
Mieszkałam w Końskich. Miasteczko małe, szare, stosunkowo przez działania wojenne mało zniszczone. Getto zrobione w odcinkach ulic Piotrkowskiej, Berka Joselewicza, Warszawskiej. Bramy Getta [w relacji Getto pisane jest z dużej litery i ja tą wolę autorki zachowuję] były pozamykane. Godziny przejść z jednej strony Getta na drugą były już strzeżone przez milicję żydowską z rozporządzenia Niemców. Handlować już nie było wolno. Polakom wstęp do Getta wzbroniony pod surową odpowiedzialnością. Mimo to Polacy zręcznie dostawali się do Getta, zatrudniając krawców i krawczynie. Polacy krawiectwem już się nie zajmowali, tylko szmuglem. Ja sama dzieci swoje ubrałam u krawca Żyda i siostry jego krawczyni, wymykając się godzinami wieczorowymi do Getta. Biada temu kto został złapany! Nad takim Niemcy pastwili się. Żydzi, szyjąc nam ubrania, czy reperując starzyznę, pieniędzy nigdy nie chcieli; trzeba było płacić prowiantami.
Pamiętam wiejską kobietę, która staremu Żydowi za reperację jakiejś sztuki ubrania dała pół litra śmietany i złapali ją. Została haniebnie zbita z Żydem, a potem Żyd musiał zdjąć spodnie. Tylną część ciała oblali mu śmietaną, a kobieta musiała lizać i głośno krzyczeć, choć siły już nie miała, że do Getta nie pójdzie.
Polaka, który przynosił pracę do Getta i w zamian za nią żywność, Żydzi obstępowali, dotykali z każdej strony, uważali za wielkiego.

Plan miasta Końskie z zaznaczeniem granic getta 1942 r. 
Mapę getta opracował Marian Chochowski. 
Oryginał mapy w kolekcji Tadeusza Nowakowskiego.

Rwali się do przestrzeni i głód
Nędzne było ich życie i beznadziejne. Rwali się do przestrzeni, dopytywali, jak musi być pięknie w ogrodzie, na łące, w lesie. Mimo to nie żyli z sobą w zgodzie, nienawidzili się, jakby im nędza wyssała wszelkie lepsze uczucia. Może z biedy, może z wyczerpania nerwowego, każdy z nich myślał o sobie innych spychając na ostatni plan. Głód coraz bardziej im dokuczał, jak mogli maskowali się i do miasta chodzili prosić.
U nas także dobrze się nie działo. Pamiętam; raz śniadanie składało się z zacierek z razowej mąki, nikt z nas nie mógł jeść tego. Jeden dzień stała zacierka, drugi, aż tu pukanie słyszymy od strony drzwi kuchennych. Otworzyłam. Weszła Żydówka, chuda, słaba, z sześcioletnim dzieckiem. Prosiła o wsparcie. Głód robił Żydów odważnymi. Tłumaczę jej, że ot stoi zacierka razowa i nic więcej!
Zaczęła łkać, pokazała obrzęk z głodu u dziecka i u siebie. wreszcie rzucili się na ową zacierkę. Jedli tak łakomie, jak by to był specjał.
Zrobiło nam się dziwnie smutno. Owa Żydówka odwiedzała nas częściej, opowiadała o tragicznym życiu innych Żydów; że mniej odporni odbierają sobie życie, że umierają nagle.

Urzędowa książka telefoniczna dla Generalnego Gubernatorstwa, 1942 r. Biuro Rady Starszych Ludności Żydowskiej mieściło się przy ul. Rynek 3 - nr tel. 64. Poniżej proszę zwrócić uwagę: reklama firmy Emailwarenfabrik Inh. Oskar Schindler, Krakau Lipowastr. 4.

Doktor Abraham Kapilman
Wg Urzędowego spisu lekarzy..., Warszawa 1939: Abracham Kapilman ur. 1891, rok uzyskania dyplomu 1923, wszech nauk lekarskich, zamieszkały w Końskich.
Doktor Abraham Kapilman także zaczął nas odwiedzać. Politykował, radził się, aż w końcu zobowiązał nas, że w razie śmierci jego i żony, mąż da znać do Ameryki. Zostawił adres, który ja w trwodze, aby nie wpadł w ręce Niemców w razie rewizji, zapisałam na fotografii familijnej. Doktor Abraham Kapilman miał dwoje dzieci: ośmioletnią Broncię i szesnastoletniego syna Grzegorza. Dużo opowiadał o swej rodzinie w Ameryce. Byli to: brat i siostra rodzona żony doktora Abrahama. Otrzymywał paczki od nich jeszcze do Końskich, cóż kiedy doktor był jakiś bez energii, nerwowo wyczerpany, złamany. Czasami brał Broncię ze sobą i uciekał do nas na parę godzin, to znów nie pokazywał się całymi tygodniami. Pewnego wieczoru wpadł i zapytał się, czy może ukryć książki lekarskie i kilka łyżek. Był zapędzony, patrzył mi w twarz jakoś przenikliwie, mówił, że żona źle się czuje - może bym do nich wstąpiła?
Byłam zawsze niezadowolona z tych wizyt; pod utratą życia zakazanych. Wygląd i twarz Kapilmana były tak nędzne i tragiczne, że nie śmiałam mu odmówić.
Poszliśmy razem. Oczywiście w domu u mnie nikt nie wiedział, gdzie ja poszłam, bo ze skóry powyskakiwali by przed ewentualnym przechwyceniem mnie w Getcie. Częste były wypadki takie, gdy ktoś poszedł do Getta i nie wrócił więcej do domu.
Idziemy… ciemno… deszcz mży, pogoda jesienna - jest bowiem 27 października. Na mieście pusto kompletnie i straszno. Od czasu do czasu słychać kroki podkutego obuwia Niemców - to patrole chodzą. Doktor Abraham jakiś inny był. Ożywiony i za głośno mówił. Zrobiłam się w przeciągu tej drogi do Getta dziwnie wrażliwa. Po prostu za bardzo odczuwałam plecy i włosy skąd wyrastają - ale szłam. Do doktora wchodziło się po stromych, drewnianych schodach; ciemno wszędzie, choć oko wykol. Pukamy dyskretnie, otworzył nam Grzegorz, syn Kapilmana. Uśmiechnął się blado. Doktorowa siedziała na łóżku, kiwając się. Rozpacz ją szarpała, łamała się wewnętrznie. Mieli już pewne dane, , że za parę dni Żydów z Końskich wywiozą. Byli już sprowadzeni Szaulisi (Litwini na usługach Niemców) i SS karna ekspedycja.
šaulys – strzelec: członkowie Związku Strzelców Litewskich, ochotniczej organizacji paramilitarnej, założonej w sierpniu 1919 roku w Kownie.
Byłam zdenerwowana w najwyższym stopniu, bo jest 10 wieczór, a ja jestem w Getcie. Uświadomiłam sobie, że mogą jeszcze tej nocy otoczyć Getto. I co ze mną, moimi małymi dziećmi stanie się beze mnie?
Kapilmanowie dużo mówili o ukryciu Bronci. Grzegorzowi zaś wcześniej luz doktor wystarał się o pracę na folwarku niemieckim, Zatem według mniemania, jego syn był uratowany.
- Jego z żoną prawdopodobnie też nie wywiozą, jako, że jest lekarzem. Niemcy potrzebują lekarzy.
Słuchałam tego w milczeniu, z dzikim wyrazem na twarzy, nie chcąc robić uwag.
Tak inaczej czułam…
Niemal widziałam „oczami duszy” tę zbliżającą się zagładę, byłam pewna, że odbędzie się bezlitośnie. Ale po cóż było burzyć ich nadzieje, plany? Oni byli jak we śnie.
Zerwałam się szybko, zażądałam Bronci natychmiast - nie chcieli jej dać! Zaczęły się spazmy, omdlenia. Uciekłam z Getta. Leciałam na złamanie głowy, nie widząc nic i nic nie czując. Aż mnie patrol niemiecki zatrzymał na ulicy, niemal w pobliżu domu.
- Warum so schnel? [Dlaczego tak szybko?]
Widzieli żem drżąca ze strachu… i bez większego tłumaczenia puścili do domu. Wtedy dziękowałam Bogu i Kapilmanowi, że dziecka mi nie dali. Ledwo zdążyłam się rozebrać, odpocząć i uporządkować myśli - pukanie do drzwi.
Pytam: Kto? co?
I o zgrozo, poznaję głos Kapilmana. Drugi raz przyszedł z książkami lekarskimi i łyżkami, aby ukryć. Wskazałam mu miejsce i wzrok mój zatrzymał się na łyżkach. Były zużyte i zniszczone. Gniew mnie opanował, że dla głupstw naraża mnie i siebie.
Pytam: Dlaczego dziecka nie przyprowadził, tylko szmelc nosi?
Zaczęłam mu się przypatrywać, miałam niezbitą pewność, że rozum jego nie był w pełni władz umysłowych. Z pół godziny mówił, chyba, że to dla jego dzieci jak się uratują, będą miały co sprzedać. Cofnęłam się i odwróciłam od niego. Burzyło się we mnie. Chciałam mieć głos Stentora, wyjść na świat, na tę noc ciemną i krzyczeć, wołać o pomoc, o ratunek, o zagładę dla ciemiężców.
Stentor - w mitologii greckiej herold w wojsku greckim pod Troją, słynny z potężnego głosu; bohater Iliady Homera.
Nie wiem jak dostał się z powrotem do Getta. Nie pokazywał się przez parę dni.
Ludzie mówili: O, już koniec będzie z Żydami.
Ale nikt głośno tego nie mówił. Wszyscy szeptali. Każdy był podniecony, wrażliwy, czujny, zły. Wzdychano, mówiono o końcu świata.

Koneckie getto. 
Skany fotografii udostępnił Mateusz Partyka.

Każda sekunda droga...
Pewnego wieczora o godzinie dziewiątej , przyszedł do mnie policjant żydowski, aby iść do krawcowej po sukienki, gdyż są gotowe. Sam nie przyniósł. Widocznie krawcowa celowo nie dała mu aby mnie ściągnąć do siebie. Nie poszłam. Wiedziałam, że ostatnia godzina wybiła. Wyrzekłam się trzech sukienek. Łudziłam się jeszcze, że może się odwlecze ten tragiczny moment. Tyle pracy i serca włożyłam, przy każdym zetknięciu się z Żydami. Namawiałam, żeby uciekli gdziekolwiek, bodaj do lasu. Nie mieli odwagi wychodzić z Getta. W ostatniej minucie dopiero mi uwierzyli, a tak ciągle liczyli na coś lepszego ze strony Niemców.
Drzwi moje krytycznego wieczoru nie zamykały się. Wielu było interesantów, wielu zdobyło się na odwagę, ale o trochę za późno. W powietrzu czuło się coś złowrogiego. Wszędzie cisza, ale ta cisza rozstrajała, szał człowieka chwytał.
Rano o 3 drugiego listopada, mąż mój jako adwokat musiał jechać do Radomia na sprawę. Wyszykował się i wyszedł. miał przepustkę nocną na przejście przez miasto. Zamknęłam drzwi za mężem i już miałam się położyć spać, a tu walenie nocne. Zdrętwiałam. W głowie myśli przelatywały mi jak błyskawice.
Aha, aresztowali go mimo przepustki. Idą po mnie.
Otworzyłam jednak prędko i jakież zdumienie moje wielkie. Oto doktor Kapilman z węzełkiem, blady jak upiór, jak gdyby mu krew wszystka uciekła z twarzy. Kosmyki włosów przylepione do spoconego czoła, oczy błędne. Wpada, rzuca się do nóg i woła;
- Ratunku, ratunku! Getto jest otoczone. Moja bielinka, ona żyć musi! Proszę pani na wszystkie Świętości Chrześcijańskie [tak w oryginale], niech pani idzie po moje dziecko.
Tarza się w rozpaczy, dostał jak gdyby konwulsji, to znów się zrywa, chwyta za głowę, mnie trzyma mocno, szarpie i nagli do wyjścia.
Zaskoczona byłam. Gniew i oburzenie mowę mi odjęły. Wreszcie wyrwałam mu się i rzuciłam mu w jego upiorną twarz głupotę i szał. Jakim prawem zakłóca mi spokój i wymaga ode mnie niemożliwości? Czemu rzeczy bezwartościowe wynosił z Getta i krył, a dziecko trzymał w Getcie?
Zaczęłam mu urągać, żądałam opuszczenia mego domu. Kapilman przyznawał i rację, ale tak patrzył na mnie i prosił…
Podtrzymywała go jakaś∂ nadzieja. Jedną rękę chwycił za klamkę od drzwi, drugą trzymał moją rękę, walczył, a twarz jego zmarszczona i starcza tyle boleści miała w sobie… i … przez jakąś litość, czy miłość Bożą, uzbroiwszy się tylko w słowa modlitwy; poszłam do Getta po dziecko. Kapilman wyleciał jak opętany, mrucząc do siebie:
- Każda sekunda droga. Każda sekunda droga.
Broncia miała na pół drogi wyjść do mnie. Mieszkałam poza żandarmerią. Na ulicach poza Gettem sporo było Polaków, choć godzina wczesna. Każdy z głową wtuloną w ramiona, przejęty, struchlały zgrozą.
Poszłam.
Nogo miałam jakieś obce, drewniane. Musiałam przejść obok żandarmerii, innej drogi nie było. Gnębiły mnie myśli, czy Kapilman przyszedł. Wszędzie pełno Niemców, szaulisów. Tu otoczone, tam otoczone ulice, nie wiedziałam co mam robić. Poszłam jednak naprzód. Doszłam do pierwszej placówki niemieckiej. Niemcy strasznie się kłócili. Jakiś oberleutnant, którego z widzenia znałam , chciał z bramy wyprowadzić Żydów. Ci co strzegli wyjścia i wejścia; nie pozwalali. Kłótnia była ostra. Żydzi mieli twarze woskowe z przerażenia. Skorzystałam z zamieszania i przeszłam. Miałam wrażenie, jakbym już pół roboty wykonała. poszłam dalej. Wszystkie bramy jakby porozpruwane, a po tych bramach i oknach wszędzie Żydów masę z tobołkami. Twarze ich szare, zastygłe. Zauważyli mnie. Ożywienie nastąpiło, ruch. Na to poruszenie się, dzieci żydowski krzyk podniosły. Ja szłam, jak automat, nie odzywając się do nikogo, tylko patrzyłam na nich.
Och! Ale jak ja widziałam wtedy!
Całe Getto ze szczelinami, z piwnicami, przez mury widziałam setki ludzi zdrętwiałych, sparaliżowanych, niezdolnych nic już wykonać, oprócz pójścia na śmierć. Dusza mi się skurczyła, czułam, że się garbię, że drętwieję jak oni, i że jeszcze kilka kroków, a padnę.
Oni zaś, patrząc na mnie, zaczęli porozumiewać się ze mną na migi. Czy uciekać mogą do mnie? Jacyś Żydzi nieznani mi. Wiedzieli tylko, że jestem żoną adwokata i gdzie mieszkam. Zanim Getto zamknięto, mój mąż prowadził Żydom sprawy, jak np. doktorowi Kapilmanowi sprawę z Gminą Żydowską i o należności o wykup towaru. Ja zaś zdawałam sobie sprawę, że to fizyczna niemożliwość każdemu iść na pomoc, ale głowa moja nie mogła i nie chciała wykonać ruchu przeczącego. Kto z nich na mnie spojrzał i kiwnął , czy tak, co oznaczało uciec, ja jak automat, przytakiwałam. Oni zrywali się w tym momencie i uciekali na oślep poza Getto. I nie wiem, dokąd bym była tak szła, chyba na zatracenie, aż oto Broncię przed sobą zauważyłam. Wtedy sobie uświadomiłam; uciekać, uciekać. Jakieś siły błogosławione wstąpiły we mnie. Nie oglądając się więcej na dziecko, szłam bardzo szybko, aż tu naraz żandarmi:
- Halt! Wo waren sie?
Słyszę głos Bronci koło siebie:
- Proszę pani, Broncia się boi.
Ja nie śmiałam spojrzeć w jej stronę - rysy ma wybitnie semickie. Broncia pcha się na mnie. Otoczyli nas. Ale im bardziej patrzyli na mnie jak wilcy, tym większy spokój spływał mi do serca. Po prosty słowa:
- Wo waren sie - ocuciły mnie.
Miałam jakąś świadomość rzeczy godnej, wielkiej. Zatem spokój i pewność zastąpiły trwogę. pomału, dobitnie i po polsku odpowiedziałam skandując niemal:
- Po… zapałki… byłam… dziecko...mam… chore…
Badają mnie, ale Bronci żaden o nic nie pyta. Broncia jest na tyle sprytna, że chowa twarz za moje pośladki. W pewnym momencie drzwi żandarmerii otworzyły się i wyszedł tłumacz, którego nie znałam osobiście - ludzie opisywali go jako Polakożercę. Powiedział do żandarmów:
- Tak, ja ta panią znam. Po zapałki była, dziecko ma chore.
Oczy mi się szeroko otworzyły. Czułam, że cud się spełnił. Radość ogromna zalała mi serce. Niemcy mnie puścili. Leciałam do domu jak na skrzydłach. Broncia za mną. Wpadamy do domu uradowane, a tu Żydów w stołowym pokoju jedenaście osób.
Pytam: Skąd wy? Jakim prawem?
- Przecież pani kiwała głową, że można uciekać do pani.
Ano tak… Gwałt w domu…
Młoda Żydówka 26 lat z dzieckiem ośmiomiesięcznym szaleje, że jej Izaak z nią nie uciekł, że nie zauważyła, że sama uciekła. Znów uszy mam pełne bólu i jęku.
Tu trzeba myśleć, gdzie ukryć tyle osób, tu czas nagli, bo nuż udało by się ukraść Izaaka Niemcom. Żydówka niepomna na swoje niebezpieczeństwo wyła za swoim Izaakiem.
- Nie mogę, nie chcę żyć bez niego!
W rozpaczy modli się do Boga chrześcijan.
- Boże ratuj mojego Izaaka, ocal go!
Wybiegam z domu znów w stronę Getta, ścigana rozpaczliwą modlitwą młodej Żydówki, pędzona jakąś siłą, której nie rozumiałam. Weszłam w centrum Getta nie spostrzeżona przez Niemców. Duch bojowy mnie ogarnął. Ja sama chciałam z nimi, z tymi ludobójcami walki. Po prostu gryzłam sobie palce, że nie mogę skoczyć któremu do gardła.
Izaaka znałam z opisu. Miał być wysoki, w kurtce, w czapce cyklistówce i w binoklach. W głowie huczało mi, szumiało.
Brama nr 40. Wzywałam wszystkie siły na pomoc. Weszłam w ową bramę. Gdzieś na końcu podwórza, daleko idzie mężczyzna. Widzę go od tyłu, właśnie w kurtce i w cyklistówce. Wołam na chybił trafił:
- Izaak, Izaak prędko do mnie…
Odwrócił się niechętnie. Chciał iść dalej sobie. Wrzasnęłam dzikim głosem. Izaak zawrócił. Czekałam - ten, nie ten. Podszedł znużony, zrezygnowany , chwiejąc się.
- Co pani chce ode mnie? Kto pani jest?
Szybko, bezładnie opowiedziałam mu o rozpaczy jego żony, o dziecku. Natychmiast każę mu uciekać, szarpiąc go i wypychając z bramy. Izaak wbił we mnie wzrok śmiertelnie blady. Pyta: Kto pani jest, że każe mi to uczynić? Przecież mnie zabiją. Szczęśliwy jestem, że żona się uratowała. Mogę teraz umrzeć. I usuwa się jakby miał upaść.
W tej chwili słychać krzyk nieludzki i suchy trzask karabinów maszynowych. Żydówka jakaś uciekała ulicą z dzieckiem bardzo małym, jakby dopiero co po połogu. dziecko nagie, ona rozczochrana, półnaga. Na jednej nodze but miała ogromny, druga noga bosa. Dosięgły ją karabiny maszynowe.
Groza mnie chwyciła… cofnęłam się z bramy na schody ciągnąc odrętwiałego Izaaka za sobą. I był moment, kiedy jakbym oszalała ze strachu nie mogąc zdobyć się na nic…
Aż rozsądek nakazał zimną krew… Tam w domu małe dzieci czekały na mnie. Poderwałam się ostatkiem woli… Wrzasnęłam Izaakowi do ucha:
- Chodź do żony i dziecka! Jeśli nas zabiją to razem!
Poczęłam się modlić gorąco znów i prosić Boga, żeby zasłonił mnie przed siepaczami niemieckimi, by się ulitował nędzy narodu żydowskiego i mojej. Izaak podniósł się, wyprostował. Patrzył jeszcze kilka sekund na mnie, jakby badał, rozbierał to wszystko. w końcu wyszedł na ulicę.
Niemcy „pracowali” po drugiej stronie ulicy, wyciągając opierających się Żydów. Pióra leciały z rozpruwanej pościeli. W tej kurzawie piór przeszliśmy z Izaakiem cało.
Radość była nie do opisania.n Całowali mnie, płakali, śmiali się, zaglądali mi w oczy, dotykali delikatnie. Obiecywali wdzięczność do zgonu.
Cieszyć się jednak nie było można ze względu na bezpieczeństwo wszystkich, to znaczy w pierwszym rzędzie mojej rodziny, Żydów i reszty sąsiedztwa. Sąsiadów nie obawiałam się, wiedziałam, że krzywdy mi nie zrobią. Za bliskie jednak było sąsiedztwo żandarmerii. Niemcy ciągle się kręcili po podwórzach i szukali ukrywających się Żydów. U kogo znaleźli ich, wszyscy wtedy ginęli: i Żydzi i Polacy, a domy ich palono. Trzeba było dużo zimnej krwi, aby na dłuższy dystans wytrzymać napięcie nerwowe, nie zdradzić się bladością twarzy na widok rewidujących Niemców. Pytanie rzucane w przestrzeń, gdzie ukryć 11 osób dorosłych, jedno dziecko ośmiomiesięczne, drugie ośmioletnie; pozostawało bez odpowiedzi.
Mąż mój gdy wrócił z Radomia i zastał w domu gromadę Żydów, zbladł… Krzyknął niemal:
Kobieto szalona! Niemcy chodzą pod oknami, a tu cały pokój Żydów
i wołając: Jezus, Maria, ratuj - chodził wielkimi krokami po pokoju.

Koneckie getto. 
Skany fotografii udostępnił Mateusz Partyka.

Piwnica
Jak mogłam uspokajałam, duszę wkładałam, żeby natchnąć wszystkich spokojem jaki we mnie gościł. Żydzi także denerwowali się, słysząc za oknami buty niemieckie. Zrobiło się w domu duszno i ciasno. Chciałam ich do piwnicy zaprowadzić, a było to już 2 listopada - chłód. Piwnice na prowincji pełne są wody, najmniej do kostek. Wbija się wtedy paliki, robi stoły, a na stołach kładzie zapasy zimowe. Moje stoły były zajęte przez ziemniaki i jarzyny. Piwnica brzydka, bez okienka, sklepienie niskie. Czuć stęchliznę. Stałam myśląc, jakim sposobem umieścić w takiej piwnicy 11 osób. Wzrok mój padł na balię ogromną, której dno miało jeden metr średnicy. Przyniosłam cztery duże kamienie, ustawiłam balię na kamieniach we wnęce piwnicy, ziemniaki ze stołu po trosze zsypałam do balii, na wodę zaś rzucone były szczapy drzewa do swobodnego przechodzenia. Broncię Kapilman i resztę Żydów za wyjątkiem Żydówki z małym dzieckiem przeprowadziłam do piwnicy. Część ich z Broncią miała siedzieć na balii, a reszta na stołach. Dzień był pracowity. Nerwami się żyło. Nikt o jedzeniu nie myślał. Izaak nasunął czapkę na oczy, wziął worek bodajże z koszykiem na plecy i udając chłopa ze wsi niosącego warzywa poszedł ze mną do piwnicy. Oczywiście, żeby odwrócić uwagę ludzką, trzeba było całą komedię zagrać. Izaak po wyjściu z Getta odzyskał trochę równowagi ducha. Zarzucał mi głośno, że mało płacę za warzywa, ja znów miałam pretensję, że ze skóry mnie obdziera. Tak więc nieznacznie po jednemu po jednemu przeprowadziłam ich do piwnicy. Młoda matka z dzieckiem spała w stołowym na kozetce. Mąż trochę odetchnął. Dziecko jednak po nocach płakało. [Żydówka - dopisek ręczny] płakała, że boi się Niemców chodzących za ścianą, że dziecko swoim płaczem ściągnie ich do domu. Mąż mój zrywał się wtedy, latał w bieliźnie po domu, chcąc uciekać i nie wiedząc dokąd? Przeklinał mnie za szarżowanie, które wcześniej czy później zakończy się tragedią.
Cierpiałam… w oczach najbliższych widziałam gorzki wyrzut i wielką bojaźń.

Tymczasem w mieście gromadzono Żydów na rynku, otoczono kordonem wojska składającego się z Szaulisów tj. z Litwinów. Każdy z nich wstrętem przejmował. Gęby czerwone, tępe i mordercze. Okrucieństwo ich przechodzi wyobrażenie normalnego człowieka.
Zebrano Żydów 6.000. Ustawiono w pochód matki z dziećmi, młodzież, starców, policję żydowską.
Jeden Kapilman szedł dumny i z podniesioną głową. cieszył się, że uratował dzieci i zabezpieczył od śmierci. Żona jego opłakała. Kapilman podtrzymywał ją silnie - smutny to był pochód. Nawet słońce nie świeciło tego dnia. Straceńców otaczało stosunkowo niewielu Niemców, karabiny trzymając w pogotowiu. Żydzi szli tak spokojnie jakby ich nie obchodziło wcale gdzie idą i po co!
Był Żyd, którego wszyscy znali pod nazwiskiem Słodki Mosiek. Zdawało się nie tylko Żydom, ale i Polakom, że Mośka zostawią, gdyż Niemcy wyręczali się nim w wielu handlowych interesach. Mośkowi dobrze się powodziło - to jednak nie znaczy by Mosiek był konfidentem, ale był Niemcom potrzebny. Nikt nie umiał tak z Niemcami postępować jak Mosiek. Swoim potrafił coś okrajać ze żłoby wroga. Polakom coś odsprzedać i dla Niemców zostawić. Ja sama kupiłam od Mośka ryb. Jakże on ciężko odpokutował tą służbę. Mosiek nie szedł do wagonu z innymi. Mośka Niemcy prowadzili oddzielnie, bijąc po drodze niesamowicie. Ci co byli w pobliżu, mówili, że właściwie tylko ochłap ludzki wrzucono do wagonu. Żydzi zrozumieli jak Niemcy traktują tych co chcą im służyć i tych co orientują się w ich sytuacji. Niewątpliwie Mosiem wiele tajemnic niemieckich poznał, dlatego specjalnie był katowany.

Koneckie getto. 
Skany fotografii udostępnił Mateusz Partyka.

Ja nie poszłam na stację, przeżycia ostatnich godzin wyczerpały mnie. Widząc co się dzieje musiałam strzec dobrze tych co u mnie byli ukryci. W razie rewizji szczegółowej trzeba było myśleć jak wybrnąć z niebezpieczeństwa. Kolejarze mówili, że wagony towarowe były mocno wysypane wapnem [wapnem - dopisek ręczny] i do takich Żydzi weszli. Tu oczywiście [nie] przeciwstawiając się woli Niemców, ale cóż mógł zdziałać słaby Żyd, czy Żydówka. Chroniąc się przed ciężkimi razami Niemców sami wskakiwali do wagonów. Potem słyszało się z różnych miejscowości wiele rzeczy o Żydach.
Na przykład ze Skarżyska-Kamiennej kolejarze opowiadali, że jeden z nich zdołał się porozumieć z kimś z wagonów. Proszono go usilnie o wodę. Żyd ów, czy Żydówka informowali go o stanie innych. Miało być wiele trupów i zemdlonych. Wagony szczelnie były zamknięte, za wyjątkiem małych otworów zakratowanych. Kolejarza tego Niemcy zauważyli i na miejscu został zabity. Trzy osoby z jednej rodziny Edelistów: ojciec, matka, syn; mając pilniki przepiłowali kraty w wagonie - i wyskoczyli w biegu pociągu koło Skierniewic, doznając większych i mniejszych obrażeń. Wiem to stąd, gdyż pisali do Końskich i prosili znajomych o pomoc. Tacy zatrzymywali się na wsi u chłopów, pracując w charakterze pastuchów, żeby nie narazić okupantowi wieś i siebie. I tak przez pewien czas jeszcze kilka straszliwych wieści obleciało miasto - i ucichło o Żydach.
Każdy Polak, Czy Polka nie spodziewając się lepszego losu dla siebie, musieli nędzne taczki żywota pchać przed sobą. Toteż z niezwykłym samozaparciem trzymali Żydów ukrytych, gdzie się dało. Ja, do swoich Żydów do piwnicy poszłam po dwóch dniach i dwóch nocach. Narzekali, że pragnienie ich męczy i głód. Broncię z piwnicy zabrałam. Był wieczór, kiedy wprowadziłam ją do kuchni. Wyła woskowa i szczękała zębami. Przedstawiała obraz tak wielkiej nędzy i opuszczenia, że wszyscy płakaliśmy. Klątwy i złorzeczenia posypały się na głowę Hitlera. Serca nasze pragnęły zemsty, zemsty za wszelką cenę. Takie cierpienia fizyczne i moralne mógł tylko szatan wymyślić.
Broncię wymyłam dokładnie, dostała gorącej, czarnej kawy, bo cukier był tylko w marzeniach. I tak dwa tygodnie żyła z nami.
Trudno mi jest dziś opisać, ile to napięcia nerwowego kosztowało. Za każdym pukaniem do drzwi Broncia musiała chować się pod łóżko. Trzeba było uważać i ciągle pilnować. Do piwnicy chodzić musiałam dwa razy dziennie wynosić nieczystości, bo powietrze robiło się nie do zniesienia, kiedy do wiadra jakie im za ustęp dałam załatwiało się 11 osób dorosłych. praca była tym trudniejsza, że wymagałam ostrożności. Prosili o papierosy - dałam.
Jednego ranka zauważyłam, że przez szpary piwnicy jakby para się ulatniała i jakiś specyficzny odór na parę kroków od drzwi zalatywał. Ręce mi opadły, zrozumiałam, że ważyłam się na rzeczy przechodzące moje siły. Niemcy ciągle szukali Żydów. wielu znaleziono zamurowanych, żywych jeszcze. Takich zabijano na miejscu. Wreszcie po 12-dniowym przetrząśnięciu wszelkich możliwych skrytek wydano rozporządzenie:
ŻYDZI KTÓRZY ZDOŁALI SIĘ uratować mogą wyjść na światło dzienne. Będą pracować w placówkach niemieckich. [Pisownia zgodna z oryginałem]


Koneckie getto. 
Skany fotografii udostępnił Mateusz Partyka.


Nieszczęśni odetchnęli pełną piersią, bowiem straszne jest żyć, gdy nie widzi się świata, poza stęchłą piwnicą. Na mieście znalazła się spora gromada Żydów - poszli radośnie pracować. Ja swoim odmawiałam na wszystkie sposoby, że to podstęp - nie chcieli słuchać. Siedzenie w piwnicy niemal w kucki [w oryginale: kuczki] dało im się we znaki. Ja sądziłam, że będzie ich krzepić nadzieje lepszego jutra. Do domu przychodzili co co dwa, trzy dni, nocą, wtedy myli się, golili etc. Wtedy gadało się sporo. Praca Żydów polegała na rozkopywaniu zmarzłej ziemi kilofami. Dano im nędzny budynek na barak.
Nadchodził grudzień. Marzli. Wyżywienie było opłakane, mróz dokuczał - spać w dziurawym baraku nie było pod czym. Po całym dniu pracy w polu, gdzie wiatr przeszywał do szpiku kości, tak chętnie by człowiek by się gdzie przytulił, a tu nie było nic. Zaczęli się wymykać po cichu. Warty pełnione przez Ukraińców pochwyciły kilku Żydów. Grzegorz Kapilman kilka razy zdołał się wyrwać - i tak jak ojciec jego przewidział; książki lekarskie i łyżki zabrał i sprzedał na życie. Broncię z jego porozumieniem umieściliśmy u niejakich Grabińskich z zawodu kupców. Stamtąd po tygodniu powędrowała do lekarza, który zginął w Oświęcimiu. Potem znów do akuszerki, której nazwiska nie pamiętam. Wreszcie dostała się na wieś. Stamtąd na własną rękę uciekła do Kielc bez pieniędzy, błądząc i tułając się po stacji i mieście, głodna i zziębnięta.W Kielcach spotkała się z ojcem, któremu udało się zbiec z wagonów. Maleństwo nie mogło ojcu swemu nic powiedzieć o swoich cierpieniach. Ojciec rzucił jej tylko słowa:
- Uciekaj ode mnie, bo nas złapią.
Pewnie go złapali, bo do tej pory słuch po nim zaginął.

Był 6 stycznia 1943 roku, godzina 1 w nocy. 
Termometr wskazywał 17 stopni mrozu
Niemcy pozostałych Żydów w Końskich, otaczali coraz ciaśniejszym pierścieniem. Aż pewnej nocy jakiś turkot, szum dał się słyszeć na ulicy. Człowiek był już tak wrażliwy, że wyskakiwał z łózka - patrzył i nasłuchiwał. Okazało się, że Żydów wiozą na stację. Był 6 stycznia 1943 roku, godzina 1 w nocy. Termometr wskazywał 17 stopni mrozu. Szlochanie i jęk słyszeliśmy. Wielu Żydów jechało furą, reszta szła obok. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że wywieziono ich do miasta Szydłowca. Tam zorganizowano ich więcej i trzymano do 17 stycznia 1943 roku.

Szydłowiec. Nie wolno wysunąć się poza linijkę
Osobiście byłam w Szydłowcu, sądziłam, że uda mi się coś dla nich zrobić. Przecisnąć się przez posterunki ukraińskie nie było sposobu. Umieszczeni zostali w ruinach. Dnia 17 stycznia 1943 roku zostali wywleczeni z ruin przez Szaulisów i Ukraińców, którzy okrucieństwem popisywali się.
Ukraińcy gwałcili wprzód Żydówki zanim śmierć położyła kres męczarniom.
Wszystkich ustawiono w pochód równiutki. Było ich jeszcze 4 tysiące.
Nie wolno wysunąć się poza linijkę - bo karabin maszynowy z rąk Niemca, Szaulisa, lub Ukraińca równał na amen. Obdarto ich wprzód z butów i reszty odzieży - i tak od miasta Szydłowca do stacji Szydłowiec 4 kilometry, piechotą na bosaka, podczas mrozu 16-stopniowego pędzono do wagonów. Po drodze na zmianę bijąc i zabijając. Trupów dzieci, starszych, kobiet, kałuży krwi było tak gęsto, że ludzie dłuższy czas szosą tą nie mieli odwago chodzić.

Broncia tymczasem tułała się aż do powstania warszawskiego. Brat jej, jak wielu innych poszedł na śmierć. Broncia sama oddała się na RGO (rada Główna Opiekuńcza) jako dziecko bezdomne po powstańcach. RGO oddało ją do przytułku dla dzieci w Końskich. Była chora na zapalenie płuc. Tam w gorączce powiedziała siostrom, kto ją uratował i że jest Żydówką. Wobec takiego corpus delicti w przytułku gwałt powstał. Siostry przeraziły się, że Niemcy przytułek likwidują i do Oświęcimia wszystkich wywiozą.
Przez całą okupację Żydzi byli tępieni niesamowicie i ci, którzy dawali im schronienie. Wezwano mnie i męża do przytułku, aby coś postanowić dla bezpieczeństwa. Strach jednak trwał jeszcze pół roku.

Przyszli Rosjanie, a wraz z nimi pojawili się Żydzi. W Końskich zjawił się pierwszy fabrykant Minc. Temu dało się znać o dziecku i Broncię zabrano z przytułku i wywieziono do żydowskiego domu dziecka w Chorzowie i tam przebywa do dziś dnia.

Opisałam wszystkie fakty po kolei, na które parzyłam i sytuacje w których sama brałam udział.

Helena Podrzycka

Maszynopis w języku polskim, 7 stron, spisany - brak daty, 
w: Relacje ocalałych Żydów, Archiwum ŻIH, sygnatura 301/4824
[Śródtytuły - KW]


Moje chciejstwo - Państwa chciejstwo
Broncia Kapilman przeżyła wojnę. Chciałbym poznać jej dalsze losy. W roku 1945 miała 11 lat (?).
Chciałbym poznać losy Heleny Podrzyckiej i jej męża - może odezwie się ktoś z najbliższej rodziny. Od 1945 rodzina Heleny Podrzyckiej zamieszkała w Łodzi.
Może nadal żywa jest pamięć o Bronci w koneckich rodzinach: pp. Grabińskich (z zawodu kupców), w rodzinie lekarza, który zginął w Oświęcimiu, w nieznanej rodzinie na wsi. Moja wiedza jest niewielka na temat ochronki - domu dziecka prowadzonego przez Siostry Pasjonistki, Zgromadzenie Sióstr Męki Pana Naszego Jezusa Chrystusa, na Browarach w Końskich. (Zamieściłem przedwojenną fotografię w artykule 29.06.2014 - na fotografii hr. Maria Tarnowska, ks. Feliks Spychała, Siostry i wychowankowie.)
Chciałbym zapoznać z tymi informacjami, dokumentami, fotografiami czytelników końskie.org.pl

Krzysztof Woźniak