niedziela, 14 lutego 2016

Jan Cygankiewicz - jeden z trzydziestu. Egzekucja w Wólce k. Słupi Koneckiej 22.04.1944

Pamiątka - klejnot wydobyty po latach z wiekowego pudełeczka 
przez panią Jadwigę Penkala (primo voto Cygankiewicz). 
Foto. KW.

Introdukcja

W tym artykule i w kilku kolejnych, oczekujących na publikację; wspólnie z Markiem Kozerawskim pokażemy zebrany materiał dotyczący dwóch egzekucji na Ziemi Koneckiej, dokonanych przez niemieckich okupantów w kwietniu 1944 r. Egzekucja na Młynku Nieświńskim i Wólce k. Pijanowa - nie ma ich opisów, czy chociażby wzmianki w literaturze pamiętnikarskiej, naukowych opracowaniach i dokumentach. Dopiero po zebraniu kilkunastu relacji żyjących świadków, przekazów rodzinnych i strzępów odnalezionych dokumentów wyłania się historia dokonanej zbrodni. Wszystkie posiadane na tą chwilę relacje zostały spisane i przekazane do IPN w celu ich naukowego opracowania (10.02.2016). Miejsca te będą zapewne wkrótce upamiętnione okolicznościowymi tablicami. Powstaną listy zabitych w tych egzekucjach. Zostanie uporządkowana informacja o pochówkach na cmentarzach.
Może choć w części zostanie spisana pamięć…
Marek Kozerawski
Krzysztof Woźniak

Okupacyjne zapiski Henryka Seweryna Zawadzkiego. Wśród wielu informacji z 1944 r. zapisał: 
Dnia 25 kwietnia 1944 ukazały się afisze z wymienieniem 31 nazwisk skazanych na śmierć 
za czyny przestępcze na terenie powiatu koneckiego… 
Dokument w zbiorach KW.

Egzekucja w Wólce k. Słupi Koneckiej 22.04.1944

Okupacyjne zapiski
Henryk Seweryn Zawadzki w swoich okupacyjnych zapiskach pod datą 27.04.1944 zanotował:
Dnia 25 kwietnia 1944 ukazały się afisze z wymienieniem 31 nazwisk skazanych na śmierć za czyny przestępcze na terenie powiatu koneckiego. Z tego 20 osób zastrzelono, reszta pozostawiona do ew. ułaskawienia. Nazwiska zastrzelonych: Widuliński z Końskich, Makuch z Końskich, Madej, Swat Roman, Piotrowski, Wilk, Gaszyna, Gembski [na obwieszczeniu Gebski Józef], Staszolek z Przedborza. [autor zapisków pozostawił wolne miejsca na nazwiska, prawdopodobnie na późniejsze uzupełnienie]
27.04.1944 Na ul. Szymańskiego (Rogowska) policjant polski zabił jakiegoś młodego człowieka z Gatnik, uciekającego...

Fragment (dolna część w j. niemieckim) 
obwieszczenia o egzekucji z dnia 22.04.1944.

Oto i ów plakat. Okiem okupanta. 
Przewina, wyrok, kara...
Obwieszczenie Dowódcy SS i Policji w dystrykcie radomskim. Radom, 22 kwietnia 1944 r.
Za przestępstwa przeciwko §§ 1 i 2 o zwalczaniu napadów na niemieckie dzieło odbudowy w GG z 2.10.1943 zostali przez Sąd Doraźny Komendanta Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa dla dystryktu radomskiego skazani na karę śmierci:
Za należenie do zabronionej organizacji
1...
5. Cygankiewicz Jan z Końskich.
6… [w obwieszczeniu wymienionych jest 30 nazwisk]
Wyrok zapadł za popełnione w ostatnim czasie czyny gwałtu w powiecie Końskie.
Na osobach 1 - 20 wyrok został już wykonany.
Skazani od nr 21 do nr 30 są uwzględnieni do ewentualnego ułaskawienia.
Jednak w razie dokonania wciągu trzech miesięcy na terenie miasta względnie powiatu Końskie gwałtu w szczególności napadów na Niemców, na osoby narodowości państw sprzymierzonych z Wielką Rzeszą, lub na osoby nie będące Niemcami, a współpracujące w dziele odbudowy w GG, zostanie - w wypadku gdyby nie zdołano uchwycić sprawcy - wykonany wyrok także i na tych skazanych, którzy uwzględnieni byli do ewentualnego ułaskawienia.
Wobec tego leży w rękach ludności nie niemieckiej:
aby przez natychmiastowe ujęcie
lub spowodowanie aresztowania sprawcy względnie sprawców
lub wpłynięcie na im znane elementy zbałamucone
lub przez wskazanie podejrzanych osób, dbać o to aby wyrok na osobach skazanych, a które mogą być ułaskawione, nie został wykonany.
Radom, 22.04.1944 r.
Dowódca SS i Policji w dystrykcie radomskim.

Zacytowałem prawie w całości Obwieszczenie - dokument.


Pani Jadwigi Penkala z d. Zapała (primo voto Cygankiewicz) 
podczas naszej rozmowy w dniu 30.01.2016. Byliśmy małżeństwem pięć miesięcy. 
Od dziecka żeśmy ze sobą chodzili. Chodziliśmy też do jednej szkoły. 
Foto. KW.

Wspomnienia pani Jadwigi Penkala 
z d. Zapała (primo voto Cygankiewicz), 
ur. 3.06.1923

- Proszę mówić trochę głośniej, żeby babcia słyszała… [30.01.2016]
- Byliśmy małżeństwem pięć miesięcy. Od dziecka żeśmy ze sobą chodzili. Chodziliśmy też do jednej szkoły, jak był stary szpital [dawniej budynek koszar - nieistniejący budynek szkoły nr 1 i 2 przy ul. Warszawskiej]. Miał iść na jesieni do wojska… wypadła wojna. Rodzice moi pochodzili ze Starego Młyna. Mąż mój nigdzie nie pracował - była wojna. Miał gospodarstwo i jeździł tak koniem i robił w domu. Miał swojego konia i ojciec miał konia, mieli duże gospodarstwo… Gdzie się dało tam jeździł.

Aresztowanie
Zabrali go z pracy. Mąż poszedł na Budowę [prawdopodobnie chodzi o starą halę b. fabryki KOWENT]. Tam był obóz rosyjskich żołnierzy [Ostlegioniści - KW]. Chłopy nakładały takie koła od wagonów - dużo ich robiło ze Starego Młyna. Brat mój też tam robił. Robiły tak, że się nie meldowały i on też tam poszedł, żeby się nie zameldować u Niemców. Robił tam jakoś tam prywatnie. Stamtąd przyszedł [...] z Dyszowa [pochodził z Dyszowa]. On tam był jakimś majstrem, kimś tam był - wypłatę im nosił. I przyszedł, żeby szedł do pracy. A im wtedy ten [...] ze Skarżyska przywiózł pieniądze na wypłatę tym chłopom co tam robiły.
- Jak się pani dowiedziała, że został aresztowany?
Ja nosiłam tam obiady czasami. Szłam z obiadem, a szli brat mój i szwagier i mówią:
- Nie chodź już z obiadem bo Jasia zabrali. Tak mi powiedzieli.
Przyjechała żandarmeria i ten [...] przyszedł, żeby szedł do roboty, bo tam czeka robota, a on jest młody, silny… To mówi: pomożesz trochę...
Wyszły zobaczyć, a tam stał samochód żandarmów i jego złapali te żandarmi. Tak go rzucili na samochód.

W więzieniu
Nie można było wcale go znaleźć gdzie on jest. W więzieniu siedział, ale nie powiedzieli mi. Jedzenia mi nie przyjmowali - że go tam nie ma. W żandarmerii, bo w żandarmerii brali niektórych… też go nie było. W Gestapo go nie było.
- Czy pani wszędzie tam była?
Ja wszędzie nie byłam, ale wiedziałam, że w żandarmerii nie ma go tam. Powiedział mi jeden, że jego nie ma. A w Gestapo? Mój ojciec pracował na stacji jako magazynier. Poszedł później do zawiadowcy i poprosił tego Niemca, bo Niemiec to był; żeby się dowiedział gdzie on siedzi bo zabrali zięcia i nie wiem gdzie jest. On mówi tak:
- W Gestapo to się dowiem. Powiedział mu [później], że tam go nie ma.
Poszłam raz z tym śniadaniem [do więzienia], a tam był znajomy taki, Kosmal się chyba nazywał, on mnie znał i mówi:
- Coś tu przyszła? I powiedziałam mu jak jest, że go aresztowali.
- Jest, ale nie wolno mu nic przyjmować. Ale dawaj to śniadanie to ci zaniosę.
Już później nosiłam śniadania dotąd go nie zabrali z więzienia. Śniadania nosiły również inne kobiety: Lucyna Staszczyk i Podolska [jej matka] z ul. Źródlanej [Todynkowi, pochodził z Przedborza]. Staszczykową dobrze znałam i ona nie nosiła ze mną. Przyjeżdżały nieraz kobiety z Ruskiego Brodu. Z Bawarii siostra Makucha zawsze nosiła. Jak szłam to i ona była. Tak się zmawialiśmy o której godzinie tam iść [10:00, 11:00]. Czekaliśmy, żeby przyjechały kobiety z Ruskiego Brodu, bo one nie co dzień przyjeżdżały. My chodziliśmy co dzień. Potem żeśmy się zmówiły, że jak się gotuje zalewajkę, to żeby wszyscy gotowali zalewajkę. Bo tak mi powiedział Janek Borkowski. Co się zaniosło to wrzucali w jeden kocioł i tak mieszali… Mówi: zmówcie się i jak gotujecie to gotujcie jedną zupę…
- To Borkowski wam otwierał?
Mnie to przyjmował… zapomniałam jak się nazywał.
A jak się pani dowiedziała, że go zabrali?
Był Janek Borkowski, mieszkali tutaj na Starym Młynie, ale oni nie pochodzili ze Starego Młyna tylko czy to z Grudziądza, jego ojciec był majstrem przy maszynach w fabryce na „3” [d. zakład Mojżesza Hohberga], za torami co fabryka była. Jego synowie umieli po niemiecku, i umieli pisać. Ale to byli Polacy, to byli dobrzy ludzie. On szedł [Janek Borkowski] z więźniem do Sobczyka po chleb. Jak mnie zobaczył to mówi:
- Idź za mną, tylko ze trzy kroki. Nie daj śniadania.
I ja poszłam za nim do samego Sobczyka. I on tak mi mówi:
- Wszystkich wzięli na korytarz tam w więzieniu. Odczytali im wyrok śmierci. Powiązali ich do siebie po pięciu [późniejsze relacje raczej mówią o powiązaniu dwójkami, a może to było tylko na czas transportu?]. I mówi: Jasia zabrali i chyba już go nie będzie… Na pewno zginął…
- Nie wiedziała pani gdzie była egzekucja?
Skąd mogłam wiedzieć. Ale on mi powiedział, to była prawda…

Wiesława Bobińska córka p. Jadwigi Penkali: został pochowany tu, w tym miejscu. 
Innych grobów obok jeszcze nie było. 
Foto. KW.

Egzekucja w relacji chłopów, którzy kopali dół 
(wizyta na miejscu egzekucji w czasie wojny)
Oni musieli klęczeć tam. Ręce mieli powiązane skórzanymi rzemieniami. Związali jedno do drugiego po pięciu. A gestapowcy po drugiej stronie tego strumyka strzelali do nich, jak oni tam klęczeli. Po tym kazali rozwiązywać ich i rzucać do dołu….
Ja miałam taką dużą pocztówkę, ładną [fotografię Janka]. Mówi: [jeden z chłopów]:
- To właśnie był ten chłopak. Jak doszli do niego [po egzekucji] to on oczy otworzył i się poruszył. To my nie wiedzieli co zrobić… i żandarmi widocznie zauważyli, przeskoczyli przez ten rowek i strzelili wtedy w głowę. I strzelali każdemu wtedy w głowę. Tam ich powrzucali do tego dołu. Chłopi musieli zakopać. Te rzemyki [którymi byli powiązani] kazali im myć. Tam był strumyk.
- Tak my szorowali… i nie dała się ta krew zmyć.
Tak nam te chłopy opowiadali.
Nie wolno było ich odkopać.

Ekshumacja
Mój ojciec z mamą pojechali na tą wieś, Wólkę…
- Daleko od Pijanowa?
Prosto drogą tak się jedzie, tak bardzo daleko nie jest… I taki strumyczek tam był, i tak jak pod górkę… Tam byli te chłopy co kopali ten dół.
Wiosną 1945 roku to nawet nie można było trumny kupić. U nas były deski i znajomy stolarz zrobił mi tą trumnę, ale nie za pieniądze. Trzeba było albo cukier. to musiałam szukać, żeby ktoś mi dał z pięć kilo cukru. Dopiero ten cukier dałam, on mi zrobił trumnę… Pojechał jego ojciec, Detrusek. Przywieźli go tu do stodoły. Można go było poznać tylko po ubraniu. Potem na cmentarz i był normalny pogrzeb.

Wólka k. Słupi Koneckiej, Jan Nowicki (na wózku inwalidzkim), 
Marek Kozerawski (po prawej) i Andrzej Rudziński z Wólki: 
Tutaj była szopa, tu stodoła i dom, tej drogi nie było - jest teraz podniesiona…
a ja tutaj w tej szopie rąbałem drzewo. Po to rąbałem żeby widzieć… 
Foto. KW.

Relacja Jana Nowickiego 
z Wólki k. Słupi Koneckiej ur. w 1933.
Żyję ja, ten świerk i ta chałupa… (2.02.2016)

Przygotowanie egzekucji
Tutaj była szopa, tu stodoła i dom, tej drogi nie było - jest teraz podniesiona. Było to gdzieś po żniwach bo myśmy młócili w stodole, ja pomagałem ojcu cepami młócić [z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że młócka zapewne dotyczyła ziarna na pierwszy siew]. Wtedy ty szum, wrzask, jakieś trzaskanie drzwiami. Wyjrzał ojciec, trzy samochody niemieckie zajechały, jak ta studnia, droga była jak ta studnia. I wtedy co się dzieje? Szybkie komendy, trzaskanie drzwiami… Jeden Niemiec z erkaemem leci w tę stronę, drugi w tamta stronę. Trzeci - tam była grucha u sąsiada Jana Przepióry, a czwarty jak ta remiza. Taki dół tam był, kobiety glinę brały; w tym dole się zamelinował. W tym czasie dwóch uzbrojonych esesmanów u Przepióry. Patrzymy Jana Przepiórę wyprowadzili i od razu do nas ładują się. Ale myśmy z ojcem byli w stodole, oni weszli do domu, sprawdzili, że nie ma nikogo… i do drugiego sąsiada. Miedzy nimi było dwóch uzbrojonych żołnierzy w hełmach i cywil w kapeluszu. To był prawdopodobnie tłumacz. O co im chodziło? - żeby zabrać chłopów z łopatami. Wyprowadzili tutaj z pięciu chłopów i dwóch do drugiego erkaemisty i przyprowadzili tutaj… Ojciec mój próbował uciec tamtędy w bieliny, ale patrzy tam leży Niemiec z erkaemem. No to się wrócił i w stodole przeczekał, a ja tutaj w tej szopie rąbałem drzewo. Po to rąbałem żeby widzieć. No i co. Chłopów przyprowadzili tutaj ze wsi, pewno z dziesięciu z łopatami i zaprowadzili ich tam. Tego domu nie było, tego płotu nie było, tych drzew nie było, tylko ten świerk był. I tu nikt więcej nie mógł widzieć tylko z tych chłopów którzy byli, jak ten dół kopali.

Egzekucja
I wtedy jakaś komenda, że ten dół już jest gotowy, tych chłopów odsunęli do rowu - na prawo. Z tego samochodu środkowego, pod plandeką kryty, plandekę do góry podnieśli Niemcy, burtę tylną otworzyli i wyprowadzili cywili. Byli związani, albo skuci z tyłu i powiązani po dwóch jeden do drugiego za ręce. Nagle z tego trzeciego samochodu wyskoczyło jedenastu Niemców i poszli za ten dom [wtedy go nie było]. To była grupa, która strzelała do tych cywili. Ustawili ich rzędem; ich było dziesięciu i dziesięciu tych strzelców, a jeden łapą komenderował. To musiał być jakiś oficer. Grupa była bardzo wyszkolona bo oni wiedzieli wszystko co robić. No i co. Zaprowadzili ich, ta grupę ustawił, kazał im przyklęknąć. poprzyklękali, łapą tylko machnął i wtedy z tych karabinów, bo mieli karabiny jak to nasze dzisiaj „kabeki”. Bach, bach! Dwa strzały tylko było słychać, bo ta egzekucyjna kolumna strzelała każdy do swojego. Oni poupadali na ziemię i wtedy co stali na boku rozwiązywali ich z tych sznurków. Ten co komenderował każdemu z pistoletu w głowę… w głowę… w głowę…
Ci cywile co byli przy tym dole, co kopali, bo wszyscy nie kopali; oni wzięli część do kopania a część żeby się przypatrzyli.
Z tych [co byli przy egzekucji] już nikt nie żyje… Antoni Gwóźdź co tu był sołtysem był tutaj przy tych Niemcach… Powiedzieli tak: Jeszcze raz się coś takiego na wsi trafi to z was zrobimy tą robotę… Taka przestroga.
Jak już zakopali tych przywiezionych; prawdopodobnie byli to ludzie z Końskich lub Kielc - nie wiem skąd bo oni przyjechali od krzyżówek.
Jak już cywile zrobili tą robotę, ci cywile ze wsi pościągali ich do tego grobu, poukładali i zasypali na równiusieńko i odjechali. W przeciągu 40 minut nie było już Niemców. To była bardzo zgrana ekipa. Oni się trochę spodziewali, bo tu partyzantka stała tu na bagnach. Jak się jedzie na Włoszczowę to do dziś się mówi partyzancka linia. Musieli się jednak bać skoro się tymi erkaemami obstawili.

Wólka k. Słupi Koneckiej. Jak ta woda tam jest - tam był grób, 
a wcześniej jakiej 40 metrów była ta egzekucja. 
Foto. KW.

Krzyż na miejscu egzekucji
Upłynęło pół godziny. Patrzymy. Na koniu jedzie tutaj cywil od krzyżówek, od ługu [tu prawdopodobnie rów, dopływ]. Z tego konia to aż się lały takie burzyny. Tylko się kurzy, bo nie było asfaltu tutaj na szosie tylko piach. Przyjechał do sołtysa i się pytał: co się stało. Sołtys mówi, że tutaj była egzekucja, rozstrzelali jakichś ludzi - cywili.
Postawić krzyż - zarządził przybysz na koniu i odjechał.
Sołtys postawił krzyż, za jakieś dwa tygodnie przyjechali Niemcy.
- Kto tu kazał krzyż postawić? Bandytom się krzyża nie stawia.
Dlaczego to wiem. Ja byłem u sołtysa, tam byli koledzy, tam było radio i zlatywali się wszyscy…
- A później krzyża żadnego nie było?
A skąd. Niemcy kazali ten krzyż porąbać. To ci partyzanci - nie wiem kto to był.
Dlaczego tego krzyża nie ma?
Dopiero sołtys mówi:
- Dajcie spokój. Może być draka z tego.
I już tego krzyża nie było do samego zabrania ich do drugiego grobu. Ja się dziwiłem, że tyle lat i nikt się nie zainteresował żeby jakiś krzyż postawić.
- Doczeka się pan.

Ekshumacja
Grób był aż do wyzwolenia, trawa zarosła. Dopiero po wyzwoleniu, na wiosnę, jak puściły i w te trumny ich włożyli. mrozy przyjechało pięć wozów konnych tu od krzyżówek. Mieli trumny, normalne, takie jakie się dzisiaj kupuje i jeszcze na jednej furze były deski. Byli cywile i poznawali. To jak wydobywali to te ciała się rozlatywały, ale po ubraniach, po swetrach, po butach rodzina co była to poznawała. Ci co nie byli rozpoznani to robili z desek trumny tu na miejscu. Papierosy wódkę dawali chłopom bo był straszny odór. To wszystko.
Dlaczego tu odbyła się egzekucja? Pamiątka
Na okop jak ludzie chodzili to dawali Niemcy deputat. W tym deputacie buła kasza, mydła kostka, cukru ileś tam… Nawet jak ktoś koniem przy okopach robił, bo jak myśmy mieli konia; ojciec robił tydzień z koniem to oni liczyli podwójnie. To jak robił przy okopach tydzień z koniem to musiał siedzieć tydzień w domu. Ten deputat dawali co dziesięć dni. I tern deputat przywieźli tutaj do sołtysa, tu gdzie ten samochód [wskazuje miejsce], to był Gwóźdź Jan. On już nie żyje. Ci partyzanci, czy nie wiem kto to był przyjechali i zażądali od sołtysa żeby im dał ileś tego cukru. Ile tego cukru na wieś było, nie wiem. Czy półtora metra, czy ile? Nie wiem… Rozsypali jeszcze… Sołtys mówi:
- Co ja ludziom powiem? Powiadają,że pieniądze…
- Zamknij pysk.
Ja byłem tam. To było jakieś trzy tygodnie przed tym rozstrzelaniem. Erkaem mieli rozstawiony na mostku, ci niby partyzanci, tak bym teraz powiedział… I od krzyżówek jechał niemiecki samochód. Jeden [partyzant] wyskoczył tu jak ten dom jest ten samochód zatrzymać. Ale ten samochód nie chciał się tutaj zatrzymać… I tą drogą i tuu…
A ten wrzasnął:
- Po oponach! I sieknęli serię.
Ale więcej już nie było, bo to ten zakręt i tutaj dom Przepióry. Oni się chyba bali żeby te kule nie leciały do tej chałupy…
W Rudzie Pileckiej hodowali ogry i buhaje zarodowe. W tym samochodzie co tutaj jechał to był ogier wieziony do tego majątku. Był konwojent i kierowca, Niemiec. Jak oni tą serię puścili to ten konwojent był ranny. Jak zajechali do Rudy to tam mieli telefon. Zadzwonili, przyjechało pogotowie z Końskich i zabrało tego konwojenta. Zawieźli go do szpitala. A tam, bo tu sołtys opowiadał, żandarmi niemieccy:
Co się stało? Kto to był? Czy to byli „cywilni ludzie” w Wólce?
Ranny konwojent zeznał, że to było wojsko. Konwojent zmarł w szpitalu. To już Niemcy wiedzieli co i jak…
W tym czasie.
Sołtys przybiegł: Co robić? Meldować o tym?
Ojciec mój mówi tak: Trzeba zameldować bo kto wie, co z tego będzie…
I na tą „pamiątkę” przywieźli właśnie tych i powiedzieli:
- Jeszcze raz takie coś się stanie to z was zrobimy wtedy „kapustę”…
We wsi nie ma już nikogo innego kto widział, bo wszyscy już nie żyją…

Artykuł przygotowali:
Marek Kozerawski i Krzysztof Woźniak

W powstaniu artykułu i zebraniu informacji pomogli 
p. Wiesława Bobińska i pp. Karol Cygankiewicz, Andrzej Rudziński - dziękujemy.