niedziela, 31 stycznia 2016

Walenty Knopiński - korzenie. Burmistrz miasta Końskie 1941-45

Walenty Knopiński. 
Foto. pochodzi z rodzinnych zbiorów jego syna - dra. Stanisława Knopińskiego.

Okres II wojny światowej, czas bezlitosnej niemieckiej okupacji, bezpowrotnie przemienił oblicze Polski, które do dziś nosi liczne, niemożliwe do zabliźnienia rany. Zrozumienie wydarzeń tamtych dni, które z każdym rokiem, stają się dla nas coraz bardziej odległe, nie jest możliwe bez poznania losów ludzi stawiających wówczas czoła okrutnym wichrom historii.

Zapraszam wszystkich czytelników AKOWCA do zapoznania się z pierwszą częścią wywiadu z Panem dr. Stanisławem Knopińskim ps. „Wilga", lekarzem, uczestnikiem Akcji „Burza", którego bezcenne wspomnienia stanowią szczególny zapis dziejów Polski Walczącej.

Zacznijmy od najbliższych. Z jakiego środowiska Pan się wywodzi?
Pochodzę z Wielkopolski z rodziny rzemieślniczo - chłopskiej. Moi rodzice urodzili się w Połajewie - powiat Czarnków i tam też się poznali. Ojciec - Walenty Knopiński przyszedł na świat w 1891 r., a mama Stanisława - z domu Szkudlarz, w 1895 r. Mój dziadek od strony taty - Andrzej Knopiński był zamożnym kowalem, który miał aż ośmioro dzieci - pięciu synów i trzy córki. Niestety stosunkowo szybko owdowiał - mój ojciec miał wtedy zaledwie roczek. Podczas podróży wozem na jarmark do Ryczywołu wóz dziadka się przewrócił, babcia bardzo mocno się poturbowała i wkrótce zmarła - nazywała się Helena Rulczyńska. Jakiś czas po tym tragicznym wydarzeniu rodzina i znajomi zaczęli pomagać dziadkowi w poszukiwaniu nowej żony. Bardzo trudno, bowiem było mu w pojedynkę zajmować się dziećmi jednocześnie wykonując pracę kowala. Kiedy zapraszane były do niego kolejne „kandydatki", dzieci rozwożone były do krewnych, aby nie wystraszyć potencjalnej żony tak liczną gromadką. W końcu dziadek ponownie się ożenił, jednak jego nowa partnerka nie miała dla mojego taty i jego rodzeństwa tyle serca, co nieszczęśliwie zmarła babcia Helena.

Stanisława Knopińska z d. Szkudlarz, żona Walentego. 
Foto. pochodzi z rodzinnych zbiorów jej syna - dra. Stanisława Knopińskiego.

Czym zajmowali się dziadkowie od strony Pana mamy?
Jej rodzice: Jan i Marianna Szkudlarze posiadali duże i zasobne gospodarstwo rolne. Jednak babcia nie do końca dobrze czuła się na wsi. W związku z tym, kiedy moi rodzice się pobrali, dziadkowie postanowili sprzedać majątek ziemski i przenieśli się do Rogoźna. Nabyli tam stojącą przy rynku kamienicę, w której założyli sklep bławatny. Ponadto chcieli utrzymywać się z opłat czynszowych lokatorów budynku, którym wynajmowali mieszkania. Niestety nic z tego nie wyszło, ponieważ mieszkańcy kamienicy byli biedni i często nie byli w stanie zapłacić czynszu. Mój ojciec natomiast, będąc przysposobionym do zawodu kowala, prowadził w przyległych pomieszczeniach warsztat rzemieślniczy. Na tyle dobrze czuł się w mechanicznych sprawach, że kiedy w 1919 r. wcielono go do służby wojskowej, przydzielony został do pracy przy polskich samolotach na poznańskiej Ławicy [Lotnisko w podpoznańskiej wsi Ławica było jedną z najważniejszych baz lotnictwa wojskowego II RP].
Rodzice musieli się wtedy przenieść do Poznania, w którym urodził się mój starszy brat Tadeusz. Po około dwóch latach wrócili do Rogoźna, gdzie w 1925 roku ja przyszedłem na świat. W tym czasie tata chcąc sprostać obowiązkom głowy powiększającej się rodziny, cierpliwie rozwijał swoją małą „fabryczkę" prowadzoną na tyłach kamienicy dziadków. W 1929 roku podczas Powszechnej Wystawy Krajowej [Wielka wystawa osiągnięć i dorobku odrodzonego państwa polskiego, urządzona w dniach 16 maja - 30 września 1929 r.] w Poznaniu udało mu się podpisać z polską koleją bardzo atrakcyjną umowę na budowę dużej ilości metalowych taczek. W związku z tym kupił sporo niezbędnych materiałów i zaczął przygotowywać się do produkcji zamówionego sprzętu. Niestety wkrótce przyszedł światowy kryzys gospodarczy i państwo polskie wycofało się ze swoich kontraktowych zobowiązań wobec mojego ojca. W wyniku zaistniałej sytuacji w naszym domu pojawiły się problemy finansowe.

Haftowany Orzeł Biały - prezent ślubny dla Stanisławy i Walentego Knopińskich 
od chóru kościelnego z Połajewa, którego członkinią była panna młoda - 1918 r. 
Foto. pochodzi z rodzinnych zbiorów dra. Stanisława Knopińskiego.

W jaki sposób poradziła sobie z nimi Pana rodzina?
Tata musiał szukać nowego zajęcia i zaczął rozglądać się za pracą urzędniczą. Szczęśliwie w Obornikach potrzebna była osoba do pełnienia funkcji sekretarza czy wójta gminy i ojcu udało się objąć to stanowisko. Był w Poznaniu, z okazji dziesięciolecia odzyskania niepodległości. niezwykle uczciwym i rzetelnym pracownikiem. W ciągu paru lat zgromadził środki umożliwiające zakup na rzecz gminy najpiękniejszej, dwupiętrowej willi w Obornikach, w której zorganizowano pomieszczenia biurowe. Pierwsze piętro budynku wynajęto lekarzowi, a nam udostępniono małe mieszkanie znajdujące się na najwyższej kondygnacji. Mieszkaliśmy tam do wybuchu wojny.

Skąd wyniósł Pan wychowanie patriotyczne?
Oczywiście z domu rodzinnego. Nie był on jednak pod tym względem wyjątkiem - duch polskości przesycał całą Wielkopolskę, której mieszkańcy przez liczne dziesięciolecia skutecznie opierali się bezlitosnej germanizacji. Na tych ziemiach patriotyzm był czymś normalnym. Współpraca z zaborcą była rzeczą nie do pomyślenia.

Czy członkowie Pana rodziny osobiście angażowali się w działalność niepodległościową?
Moja mama, jako uczennica brała udział w strajku szkolnym, który zapoczątkowany we Wrześni objął całe poznańskie. Był to zdecydowany protest młodzieży skierowany przeciwko wprowadzonemu w zaborze niemieckim zakazowi nauczania religii po polsku. Mój tata również nie pozwolił sobie na podporządkowanie się ciemiężycielom. Kiedy wcielono go do niemieckiej armii podczas I wojny światowej, nie mógł znieść myśli, że będzie zmuszony odbierać życie swoim rodakom przymusowo umieszczonym w szeregach carskich wojsk. Przebywając na froncie wschodnim, celowo przestrzelił sobie prawą rękę, co spowodowało usunięcie go z pierwszej linii. Dzięki temu nie musiał strzelać do Polaków.

Tadeusz Knopiński i Zdzisława Knopińska - starszy brat i siostra Stanisława. 
Foto. pochodzi z rodzinnych zbiorów dra. Stanisława Knopińskiego.

Czy ktoś z Pana krewnych uczestniczył w Powstaniu Wielkopolskim?
Wujek Antoni Szkudlarz - brat mamy, był powstańcem. Pochodził z Czarnkowa i brał udział w walkach nad Notecią w okolicach Ujścia i Piły. W okresie międzywojennym należał do Związku Powstańców Wielkopolskich. Osiedlił się z rodziną w Poznaniu, gdzie znalazł pracę jako tokarz w sławnych zakładach Hipolita Cegielskiego.

Jak zapamiętał Pan wybuch II wojny światowej?
To był popłoch. Tak jak większość Polaków mieszkających blisko granicy z III Rzeszą zdecydowaliśmy się na ucieczkę w kierunku wschodnim. Nawet moi dziadkowie, mieszkający w Rogoźnie, którzy mieli już około 90 lat postanowili uchodzić razem z nami. Ojcu udało się załatwić jeden, czy dwa wozy, z któregoś z majątków ziemskich, na które załadowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, żywność oraz obrok dla koni. W ten sposób jechała cała nasza rodzina - miałem już wtedy trójkę rodzeństwa - oprócz najstarszego z nas Tadeusza, siostrę Zdzisławę i najmłodszego brata Kazimierza. Razem z falą przemierzających kraj uciekinierów, unikaliśmy głównych dróg, wybierając przede wszystkim trakty leśne. Samochodów było mało - ludzie używali głównie zaprzęgów konnych, szli piechotą objuczeni swoim dobytkiem lub ciągnęli za sobą małe wózki kołowe. Wśród wszystkich panowało niezachwiane najmniejszymi wątpliwościami przekonanie, że w wyniku rychłej kontrakcji Anglii i Francji, armię niemiecką czeka niechybna klęska. Nikt nie wierzył w możliwość przedłużającego się konfliktu militarnego.

Którędy prowadziła wrześniowa tułaczka Pana rodziny?
Skierowaliśmy się drogą przez Czerniejewo na granicy z Gnieznem i trafiliśmy w rejon Koła i Kutna. Tam w jednej z gmin wyznaczonych, jako punkt ewakuacji dla ludności cywilnej nocowaliśmy w dostosowanych dla potrzeb uciekinierów pomieszczeniach więzienia. Cała nasza rodzina przejęta była wówczas sytuacją, w jakiej znalazł się mój brat Tadeusz. Gdy wybuchła wojna, miał 20 lat i z całych sił pragnął bronić Ojczyzny przed hitlerowską agresją. Niestety około roku wcześniej, podczas badań komisji poborowej, z powodu lekkiej tuszy otrzymał kategorię B. W związku z tym, kiedy z końcem sierpnia 1939 r. zarządzono powszechną mobilizację Wojska Polskiego nie został wezwany pod broń. Dla niego to była tragedia. Z pomocą jednak przyszedł ojciec - udał się do Kłodawy, gdzie u miejscowego Żyda nabył dla Tadzika mundur, buty wojskowe, menażkę oraz pozostałe niezbędne żołnierzowi wyposażenie. Z tak skompletowanym ekwipunkiem wojennym mój brat Tadeusz, jako ochotnik, wszedł w szeregi przechodzących obok nas oddziałów Armii „Poznań". Wraz z nimi walczył w bitwie nad Bzurą, podczas której został ranny - z przestrzeloną nerką trafił do szpitala w Rawie Mazowieckiej. Nie mieliśmy wtedy od niego żadnych wiadomości i bardzo niepokoiliśmy się o jego los.

Dr Stanisław Knopiński 
– żołnierz AK ps. „Wilga” i zasłużony dla Opola lekarz ginekolog.

Czy udało się Pana rodzinie wrócić do Obornik?
Tak - po około dwóch tygodniach. Kiedy znów się tam znaleźliśmy hitlerowcy zdążyli już zaprowadzić w mieście swoje „porządki". Mieszkanie, które wcześniej zajmowaliśmy w urzędowej willi, było już dla nas niedostępne. Zakwaterowaliśmy się, więc wszyscy w jakimś skromnym, bardzo ciasnym dwupokojowym lokum. Tata musiał wówczas przynajmniej raz dziennie meldować się na policji okupanta. Ja natomiast często padałem ofiarą szykan ze strony przebywających w Obornikach Niemców. Chodziłem ubrany w przedwojenny mundurek gimnazjalny na widok, którego naziści niejednokrotnie wpadali we wściekłość. Jak mnie tylko jakiś niemiecki policjant, czy urzędnik zobaczył to zaczynał na mnie wrzeszczeć i próbował zmuszać do wykrzykiwania „Heil Hitler". Bito mnie przy tym gazetą, policzkowano czy wręcz kopano. Wiele razy dostałem wtedy od nich za ten mundurek.

Jak to się stało, że trafił Pan podczas wojny w rejon świętokrzyski?
Zostaliśmy wysiedleni. 29 listopada 1939 r., dzień po obchodzeniu urodzin mojego młodszego brata, o 4. nad ranem, usłyszeliśmy krzyki: „Raus! Alles raus!". Wtedy z rodzicami przebywałem tylko ja i Kazek - moja o 2 lata starsza siostra znajdowała się u trudniącego się rzeźnictwem stryja w Poznaniu, zaś od rannego Tadeusza nie mieliśmy wtedy żadnych wieści. Niemcy kazali nam natychmiast się wynosić i po błyskawicznym spakowaniu do walizek tego, co mogliśmy unieść wyrzucili nas. Początkowo hitlerowcy umieścili nas w obozie przejściowym - pamiętam, że przez kilka dni koczowaliśmy w pustym młynie na gołej żelbetonowej podłodze. W ciągu tego czasu Niemcy dokonywali spisu i selekcji skierowanej do wywózki ludności. Młodzież do 15. roku życia mogła zostać z rodzicami, natomiast osoby powyżej tego wieku do około 40. lat przeznaczano do transportów na roboty do Rzeszy. My trafiliśmy, więc na wywóz do Generalnej Guberni i załadowani na towarowy pociąg wyruszyliśmy w nieznane. Dwa, albo trzy dni jechaliśmy zmarznięci i głodni. Okazało się, że celem naszej podróży był Szydłowiec. Stacja kolejowa znajdowała się wówczas kilka kilometrów od centrum miasteczka, dlatego zostaliśmy tam przetransportowani zaprzęgami konnymi okolicznych rolników, których prawdopodobnie do tego celu zorganizowały miejscowe władze. Szydłowiec w tamtych latach był zamieszkany w głównej mierzę przez Żydów, których niecałe 7 tysięcy stanowiło zdecydowaną większość mieszkańców. Po dotarciu do miasteczka zostaliśmy przymusowo umieszczeni w domu żydowskiej rodziny.

Czy miał Pan wcześniej kontakt z polskimi Żydami?
Tak, ale w poznańskim ich życie wyglądało inaczej niż w centralnej Polsce. W moich rodzinnych stronach Żydzi ubierali się tak jak my i w żaden szczególny sposób nie odróżniali się swoim wyglądem od pozostałych mieszkańców. Dopiero w Szydłowcu po raz pierwszy zetknąłem się z ludźmi, którzy, na co dzień, w pełni wyznawali reguły ortodoksyjnego judaizmu. Pamiętam jak kroczyli czwórkami całą szerokością chodników ubrani w charakterystyczne chałaty, z pejsami, w krymkach na głowach. Dla członków żydowskiej rodziny, do której trafiliśmy nasza obecność w ich domu była jaskrawym naruszeniem zasad, których ściśle przestrzegali. Gdy przekroczyliśmy próg ich skromnego mieszkanka podnieśli straszny raban. Rozległy się okrzyki Aj waj! Aj waj! (Używany przez Żydów okrzyk wyrażający emocje, zdenerwowanie, zdziwienie, wzruszenie).
W obawie przed utratą koszerności swoich posiłków, nie pozwolili nam niczego u siebie ugotować, ani nawet zagrzać. My zaś po kilku dniach podróży pociągiem do Szydłowca byliśmy głodni i bardzo zmęczeni. Na szczęście ojciec, jako doświadczony urzędnik skontaktował się z przedstawicielami władz gminy i przybliżył im nasze niezręczne położenie. Dzięki temu, przydzielili nam w tamtejszym urzędzie jeden z pokoi biurowych, w którym mogliśmy się czasowo przechować. Długo jednak w Szydłowcu nie zagościliśmy. Tacie udało się, bowiem znaleźć pracę urzędniczą w pobliskich Chlewiskach. Wynajmowaliśmy tam pokój u jednej z gospodyń i staraliśmy się jak najlepiej odnaleźć w nowych, niełatwych warunkach. Zima przełomu 1939 i 1940 roku była bardzo ciężka - ojciec musiał kupić mały piecyk, którym ogrzewaliśmy naszą izbę. Dodatkowy, bardzo poważny problem, stanowił trwający kilka miesięcy głód. Chleb był jak glina i prawie nie nadawał się do spożycia. Aby jakoś sobie poradzić mama szukała wówczas różnych rozwiązań - np. smażyła dla nas cebulę na łoju. Generalnie w całych Chlewiskach i okolicy ludziom żyło się bardzo biednie. Ziemia była tam dość kamienista i niewiele rodziła. Miejscowa ludność poprawiała swój byt poprzez pracę przy wydobyciu prymitywnymi środkami rudy żelaza, którą następnie przetapiano w znajdującym się w Chlewiskach wielkim piecu hutniczym.

Opracował Andrzej Górski
[w: Biuletyn Informacyjny AKOWIEC
kwartalnik opolskiego koła 
Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej]