poniedziałek, 23 listopada 2015

Krzyż Virtuti Militari majora Hubala. Zaproszenie na spotkanie autorskie z panią Aleksandrą Ziółkowską-Boehm

Krzyż Virtuti Militari majora Hubala (wtórnik - noszony na co dzień, 
zapewne różnił się od oryginału drobnym detalem - uszkiem i brakiem numeracji). 
Foto. Jacek Lombarski.
...Po wybuchu wojny z Rosją Radziecką szwoleżerowie 2 Pułku zostali w kwietniu 1920 r. skierowani na front. Ppor. Dobrzański ze swoim plutonem wziął udział we wszystkich walkach podczas ofensywy kijowskiej m.in. w akcji na Koziatyń, bitwach pod Biełajewką i Szczurowicami. Niebywałe męstwo a także zdolności dowódcze wykazał w czasie kontrofensywy 1 Armii Konnej Siemiona Budionnego w walkach pod Klekotowem, Kulikowem i Komarowem. Za brawurową akcję pod Borowem, gdzie dowodził odwodami pułku został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojskowego Virtuti Militari (Nr 3822, 1921). Dekret Wodza Naczelnego L. 3346 z 1921 r. (Dziennik Personalny z 1922 r. Nr 1).

Historia Hubalowego krzyża jest historią wręcz nieprawdopodobną. Stał się on dla jego opiekunki relikwią: przez pięćdziesiąt cztery lata podtrzymywał w niej nadzieję. Był jej bliższy niż jej własne odznaczenia i krzyże: Krzyż Walecznych, Armii Krajowej, Powstania Warszawskiego, Partyzancki i inne.
Dziennikarz sportowy Krzysztof Blauth w „Biuletynie Polskiego Komitetu Olimpijskiego" napisał:
„Biorę do ręki sczerniały, srebrzysty niegdyś Krzyż jak największą relikwię. Spłowiała błękitna wstążka orderowa z dwoma czarnymi paskami, na niej jakieś rude plamy. Gwałtowny skurcz ściska krtań. Leży na mojej dłoni Krzyż Virtuti Militari majora Hubala - Henryka Dobrzańskiego, dowódcy Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego. Żołnierza, który nie zdjął munduru, nie złożył broni. I przeszedł do legendy jako dowódca ostatniej naszej regularnej formacji w wojnie obronnej Polski 1939 roku i pierwszy partyzant II wojny światowej, o którym do dziś w kieleckich wsiach śpiewają pieśni.
- Czy te plamy na wstążce to ślady krwi? I pytam zdławionym głosem.
- Nie. Ten Krzyż trafił do mnie po śmierci majora, ale w dniu ostatniej walki nie miał go na swoim mundurze - mówi architekt Cezaria Iljin-Szymańska, żona dowódcy Hubalowej piechoty i ostatniego po śmierci majora dowódcy Oddziału Wydzielonego, kpt. Marka Szymańskiego, wówczas w 1940 roku młodego podporucznika noszącego pseudonim „Sęp”.



To ona właśnie przeniosła przez lata okupacji to najwyższe odznaczenie wojskowe - jedyne, jakie major, kawaler wielu orderów, wyróżniony m.in. pięciokrotnie Krzyżem Walecznych, nosił. Przeniosła go przez Warszawskie Powstanie, przez piekło walk na Woli, Starówce, Czerniakowie i pełne dramatycznych dla jej pokolenia wiraży pierwsze powojenne dziesięciolecie.
Przeczytałem niemal wszystko, co o Hubalu i jego żołnierzach - hubalczykach napisano, ale nigdzie nie natrafiłem na bodaj ślad tej przedziwnej chwytającej za serce historii. I dlatego z nabożeństwem neofity chłonę opowieść o losach Hubalowego Krzyża.
Do młodej wówczas studentki konspiracyjnej warszawskiej politechniki, późniejszego żołnierza Armii Krajowej, Cezarii Iljinówny, trafił ten Krzyż Virtuti Militari z Kielecczyzny. Przywiozła go, już po rozbiciu przez Niemców Oddziału Wydzielonego i przejściu hubalczyków do walki w konspiracji, Marianna Cel, młoda dziewczyna ze wsi Cis w powiecie koneckim, która była jedyną kobieta-żołnierzem w Oddziale. Choć „Teresa”, bo taki pseudonim przyjęła, miała początkowo pełnić funkcję łączniczki, to także brała udział w walkach, wyruszała na patrole oraz opatrywała rannych. 29 kwietnia, na dzień przed ostatnią walką pod Anielinem, „Teresa” wyjechała w jakiejś sprawie zleconej jej przez majora. Miała przy sobie Krzyż Hubala. Urwało się przy nim kółko i major polecił je w jakimś zaufanym warsztacie przylutować. Prosząc o to, ze smutnym uśmiechem rzucił: „W mojej rodzinie to zły znak. Ojcu na kilka dni przed żołnierską śmiercią odlutowało się kółko w jego Krzyżu Virtuti Militari”.
Gdy „Tereska” wróciła do Anielina, major już nie żył. Jakiś czas dziewczyna ukrywała się we wsi, potem wyjechała do stolicy i Krzyż majora zostawiła w warszawskim mieszkaniu siostry Modesta Iljina - podporucznika „Klina”, który w tragicznych wrześniowych dniach 1939 roku służył wraz z majorem Dobrzańskim w 110. pułku ułanów, a później pod jego dowództwem w Hubalowym Oddziale Wydzielonym Wojska Polskiego. Aresztowany przez Gestapo, zginął w Oświęcimiu w 1941 roku. W rok później zaginęła bez wieści Marianna Cel, która była łączniczką na szlaku Warszawa-Lwów.
Iljinówna w 1944 roku wyruszyła na powstanie z Hubalowym Krzyżem. Ocaliła go w pożodze płonącego Starego Miasta, przeniosła kanałami ze Starówki do Śródmieścia, wreszcie z atakowanego z trzech stron Czerniakowa przez Wisłę".
A oto jak Kaja sama opowiedziała historię Hubalowego Krzyża:
„Krzyż Virtuti Militari majora Dobrzańskiego był ze mną całą okupację. Otrzymałam go w maju 1940 roku na przechowanie od „Teresy”, Marianny Cel, żołnierza oddziału majora Hubala. „Teresa” po śmierci majora ukrywała się na wsi i potem wyjechała do Warszawy. Ten Krzyż przyniosła mi na Puławską ze słowami: «Przechowaj”.
Przechowałam. Krzyż był ze mną pięćdziesiąt cztery lata.
Był ze mną pod panterką w Powstaniu Warszawskim na szlaku bojowym Wola, Starówka, kanały, Czerniaków, przeprawa przez Wisłę, szpital polowy w Aninie. Po ucieczce ze szpitala, w czasie wędrówki do Wilna w celu odszukania matki, trafił ze mną do piwnic NKWD w Białymstoku, a potem do obozu NKWD nr 41 w Ostaszkowie, gdzie nasi szewcy zrobili mu skrytkę w obcasie mego buta. Włożyłam tam krzyż i urwane od niego uszko, i wstążkę. Wszystko to było w obcasie. Teren był torfowy, jesienią i wiosną okolice obozu wokół jeziora Seliger stawały się podmokłe, a krzyż w obcasie zabezpieczony był tylko materiałem. Buty więc przemakały i stąd te „krwawe plamy” na wstążce.
Wrócił ze mną w tym obcasie do Polski w 1946 roku. Gdy wracałam, buty były prawie bez zelówek, przywiązałam je sznurkiem do nogi. Byle tylko nie zgubić obcasa. W ten sposób Krzyż Virtuti Militari majora Hubala wrócił ze mną do Polski.
I znowu - dla odreagowania go od poniewierki w bucie, wędrował ze mną. Tym razem w innym, dobrym celu. Został tymi podróżami jakby „oczyszczony” z błota i upokorzeń Ostaszkowa. Był ze mną nad grobem Napoleona w kościele Inwalidów w Paryżu, gdzie w 1947 pojechałam jako delegatka na Światową Wystawę Urbanistyki. W 1957 roku, 11 listopada, w rocznicę niepodległości, był na cmentarzu polskim w Monte Cassino, gdzie salutowali nam Kanadyjczycy, i kolejno w Castel Gandolfo na audiencji u Piusa XII. Był na Akropolu w Atenach i w Sparcie, w 1960 roku stałam z nim przed pustym sarkofagiem faraona wewnątrz piramidy Cheopsa w Gizie. W 1980 roku w ruinach pałacu Minosa na Krecie położyłam go na chwilę na kamiennym tronie.
Po raz pierwszy publicznie w telewizji powiedziałam o krzyżu po projekcji filmu Hubal. Nie opowiedziałam dokładnie jego losów, nie mówiłam o końcu Powstania, o przeprawie przez Wisłę w 1944 roku i o wędrówkach na Wschód.
Krzyż był u mnie do 1994 roku. Mój mąż, Marek Szymański, Hubalowy „Sęp", dowódca piechoty w oddziale majora Hubala, a po jego śmierci ostatni dowódca oddziału, po wojnie zorganizował Środowisko Hubalczyków, był wieloletnim prezesem tego środowiska, które miało siedzibę w naszym mieszkaniu. Krzyż Virtuti Militari Hubala był z nami.
Obecnie znajduje się w Izbie Pamięci majora Henryka Dobrzańskiego - Hubala w Tomaszowie Mazowieckim".
Kaja napisała do mnie:
„Hubal nie żyje, Marek nie żyje, i wielu innych. Z zagajnika, gdzie 30 kwietnia 1940 roku poległ major Hubal, wyrósł wielki las. Przy pięknym szańcu, który powstał w tym miejscu, co roku w rocznicę śmierci majora odprawia się uroczystą mszę polową z apelem poległych. Przyjeżdża wiele autokarów z młodzieżą szkolną z całej Polski. Las rozbrzmiewa gwarem. Oleńko... pamięć o majorze żyje... Dziś to już legenda".

Aleksandra Ziółkowska-Boehm
[w: Aleksandra Ziółkowska-Boehm, 
Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża, Warszawa 2006.