niedziela, 15 listopada 2015

70 lat koneckiego Technikum - dokumenty. Słabostki naszych profesorów

Plakat Miejskiego Gimnazjum Mechanicznego z Końskich o zapisach kandydatów, 
z dnia 17.03.1945. Dokument w zbiorach KW.

Słabostki naszych profesorów

Naszych profesorów zapamiętaliśmy zapewne w różnych życiowych sytuacjach, a czasami pamięć utrwaliły ich niewinne słabostki (nasza klasa - lata szkolne 1968-73).
Oprócz przypomnianych czterech postaci profesorskich wypada tu jeszcze przypomnieć moim zdaniem przynajmniej dwie wielkie indywidualności:
  • Irenę Majewską „Irka” i jej wspaniałe, matczyne, pełne empatii, z pełną wyrozumiałością podejście do naszej gromady,
  • trudną i napiętą przyjaźń z naszym wychowawcą Janem Garbaczem „Wujem”, „Janem”.


Odpis pisma Zjednoczenia Przemysłu Odlewniczego 
z Radomia w sprawie Gimnazjum Mechanicznego w Końskich z dnia 31.10.1945. 
Dokument w zbiorach KW.


Barbara Kwiecińska „Basia”

Była naszą polonistką od pierwszej do piątej klasy. Perfekcyjna, zawsze doskonale przygotowana, przed lekcją z nią drżeli najtężsi naszej klasy. Zadawaliśmy sobie pytane. Czy musimy wiedzieć: Co autor opowiadania, wiersza, książki miał na myśli pisząc to i owo? Do dziś zbudzony w środku nocy zarecytuję: Natenczas Wojski…, Bez serc, bez ducha… i wiele innych. Ja nie żałuję. W 5 klasie wiedziałem, że pójdę na polonistykę. Zdany egzamin nie zaowocował studiami. Z naszej klasy studiowało polonistykę kilka osób chociażby kolega, dzisiejszy profesor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie Marek Buś - znawca Norwida. Nie wiem, czy pamięta nasze zawody rzutu kulą na boisku szkolnym?
To w drugiej klasie zorganizowaliśmy wieczór poświęcony wierszom Cypriana Kamila Norwida. Inicjatywa delikatnie wyszła chyba od Basi dyskretną zapewne podpowiedzią, a my ją skrzętnie i łapczywie podchwyciliśmy, tym bardziej, że oprawą muzyczną miała być muzyka Czesława Niemena. Byliśmy nimi wszyscy zafascynowani bez wyjątku. I Norwidem i Niemenem. Przygotowania były w zasadzie krótkie. Między nas, uczestników spektaklu rozdzielono wiersze, lub ich fragmenty - ja też miałem niewielki fragment do odczytania. Przyszedł dzień naszego wydarzenia. Nagłośnieniem, oprawą muzyczną zajęli się Wiesiek Chrabąszcz, Wiesiek Turno, Sławek Stępień, może też Tomek Marcinkowski - taka klasowa czołówka oprawy muzycznej wszelkich i prywatek, dyskotek, „pokazów”. Sam pamiętam kilka takich „pokazów” - eksplozji dźwięku muzyki Hendrixa, zespołu Iron Butterfly - In-A-Gadda-Da-Vida i wielu innych organizowanych dla niewielkiej grupki złaknionych winylowej muzyki przez starszego kolegę Ryszarda Cichońskiego (posiadał duży zbiór zagranicznych płyt) i klasowych tuzów Wiesia Turno (gramofon) i Rysia Chrabąszcza (magnetofon). Zawsze nasze „japy były rozdziawione” do granic, a uszy spuchnięte od nieubłaganych praw fizyki - w tym wypadku ataku fal dźwiękowych na nasze bębenki.

Ale Ad rem… Odczytałem swoją kwestię ze ściśniętym gardłem, a później na finał był Bema pamięci rapsod żałobny… Oklaski… Łzy w oczach Basi… Była szczęśliwa, my zresztą też. A nam na zawsze zostały w pamięci strofy poezji Cypriana Kamila Norwida i wyprzedzającej swoją epokę muzyki Czesława Niemena.
Jak sięgnę pamięcią, była to jedyna tego typu impreza, która powstała z naszej uczniowskiej inicjatywy, zapamiętana zresztą na długo, długo.

Wycinek prasowy: Słowo Ludu z 3.05.1955.
10 lat od założenia Technikum Mechanicznego - 
pierwszy zjazd odbędzie się w dniu 4.06.1955. Wycinek w zbiorach KW.


Kazimierz Stępień „Kaziu”, „Draniarz”

Profesor Kazimierz szczególnie wywarł wpływ na moje młodzieżowe zainteresowania. Jego pasją było harcerstwo i rysunek techniczny. Na wspomnienia harcerskie trzeba zapewne przeznaczyć odrębny artykuł.
Wchodząc do sali rysunku technicznego w starej szkole w oczy rzucała się gablota, a w niej: szabla z lat 30., pałasz pruski i miecz stalowy z mosiężną rękojeścią (zapewne późniejsza replika).
W roku 1968, na początku roku szkolnego profesor Kazimierz Stępień wybrał mnie z grona uczniów naszej klasy wraz z kolegą Waldkiem Kacperskim, do porządkowania zbiorów. Organizowana była izba pamięci i wszystko to co miało jakąkolwiek wartość historyczną, było znoszone przez uczniów i magazynowane przez p. Kazimierza. Nam przypadło w udziale systematyzowanie zbiorów banknotów, monet, fotografii, dokumentów, książek…
Tych spotkań po lekcjach było co najmniej kilkanaście. Na początku była pogadanka o wielkim zaufaniu jakim profesor nas obdarzył i takie tam inne... Byliśmy przejęci i ochoczo wzięliśmy się do pracy, która sprawiała wielką przyjemność, tym bardziej, że i Waldek i ja coś tam już kolekcjonowaliśmy.
Dzisiaj trudno mi ocenić wartość zbioru.
  • Banknoty układaliśmy epokami: wg emitenta, nominału, serii, stopnia zachowania. W przejrzanym zbiorze nie było banknotów z Insurekcji Kościuszkowskiej czy Powstania Listopadowego. Dominowały młynarki, ładnie reprezentowany był okres międzywojenny i powojenny. Zapewne były wśród nich ciekawe okazy, ale posiadana wówczas wiedza w tych i innych przypadkach nie pozwalała na separację tych walorów.
  • Monety. Tych było wiele kilogramów. Zapewne były i pojedyncze egzemplarze rzymskie, nieliczne z okresu SAP - miedziane i srebrne, najczęściej w słabym stanie. Duży procent monet z okresu międzywojennego w tym srebrne (raczej tych niższych nominałów) i powojenne. Układaliśmy wg nominałów, roku wydania, stanu zachowania (które to kryterium było w zasadzie decydujące).
  • Fotografie i pocztówki. Z fotografii szczególnie zapamiętałem dość liczną ich grupę w formacie pocztówki: z okresu 1939-44 groby niemieckie na skwerku, a wśród nich odnalazłem nazwisko żołnierza niemieckiego Wozniak. Do dziś naiwnie zadaję sobie pytanie: Po co on tu przyszedł i zginął pod Opocznem? Jak sięgam pamięcią innych rewelacji nie widziałem (z racji mojego dzisiejszego zbioru) - typowe pocztówki z okresu miedzywojennego, okupacji i powojennego.
  • Książki i dokumenty. Zapamiętałem kilka książek Józefa Sykulskiego Dwaj Poniatowscy w Końskich. Jedna książka szczególnie mi utkwiła w pamięci. Była to książka ręcznie pisana o wymiarach 40 x 40 cm, w nieznanym mi języku - jidysz (?). Pergaminowe karty, twarde skórzane okładki. Coś mi to dzisiaj podpowiada z uwagi na ułożenie zapisów, że była to ręcznie pisana kronika wydarzeń. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu… Ale pewności nie mam.
Praca jak szybko się zaczęła, tak szybko się skończyła. Po kilkunastu spotkaniach profesor oznajmił, że kończymy porządkowanie zbioru. Nie obejrzałem owoców swojej i kolegów pracy. Nie widziałem nigdy prezentacji zbioru w całości. Po ukończeniu technikum nie interesowałem się tym tematem. Co się stało z tym wielkim zbiorem po śmierci profesora Kazimierza Stępnia? Przez kolejne dziesięciolecia zbiór zapewne uległ rozproszeniu.


Wycinki prasowe: Słowo Ludu z 1954 i 1956. 
Wycinki w zbiorach KW.


Wiktor Cichecki „Dziadek”

Na profesora mówiliśmy „Dziadek”. Pomimo wieku i związanej z tym pewnej niedołężności darzyliśmy go wielkim szacunkiem z uwagi na posiadaną wiedzę teoretyczną i praktyczną. Wiedzieliśmy, że był „przedwojennym inżynierem” i to jego „inżynierostwo” było nie w kij dmuchał - nie to co u innych profesorów. Już po latach dowiedziałem się też, że doradzał kilku pokoleniom koneckich rzemieślników i biznesmenów w rozwiązywaniu problemów technicznych, remontach skomplikowanych maszyn, nowych uruchomieniach itp. Miał ponadprzeciętną wiedzę w zakresie maszynoznawstwa i budowy maszyn, technologii itd.
Co do słabostki profesora. Dowiedzieliśmy się o niej nieoczekiwania i muszę przyznać, że byłem niepisanym królem tego odkrycia. A było to jak …
Profesor nie dawał się wciągać w różnego typu dyskusje. Ważny był temat lekcji i jego fachowe rozwinięcie, fascynujące zresztą i wówczas chyba mało przez nas doceniane. Jak już wspomniałem zadawaliśmy różne pytania. I… Raz „spławik” mocno zadygotał. Pociągnęliśmy wędkę w górę i poooszłooo.
A poszło o taki niewinny temat: o życie studenckie. Wiedzieliśmy, że studiował we Lwowie, Warszawie. Zapytaliśmy jak ono, znaczy się to studiowanie wyglądało przed wojną. Temat potoczył się chwile później w stronę spędzania wolnego czasu od nauki - w stronę kabaretów. To był mój temat. Zabłysnąłem. Dyskutowałem z „Dziadkiem” o warszawskich i lwowskich kabaretach. O gwiazdach kabaretu. Która z nich jest lepsza Zula Pogorzelska czy Hanka Ordonówna, a może to była Loda Halama? (a która z nich malowała zęby białą farbą). Też o tekściarzach (Hemar), o autorach muzyki, o niuansach repertuaru kabaretów. Dzisiaj już nie mam takiej wiedzy jak wówczas. „Dziadek” jako uczestnik, jak się domyślaliśmy wielu spektakli wyraźnie się ożywił - wszyscy w klasie byliśmy zaciekawienie opowiadaniami. Lekcja szybko się skończyła i już w zasadzie pomimo nawiązywanych prób nie powróciliśmy nigdy do tego tematu. Pozostało wspomnienie tej małej słabostki i świadomość wielkiego szacunku dla jego wiedzy technicznej.

Wycinek prasowy: Słowo Ludu, Technikum Odlewnicze szkoli nowe nowe kadry, 
z 21.07.1955. Wycinek w zbiorach KW.


Jan Polak „Wielka Kopa”

Pseudonim profesora przypomniał mi kolega Marek Buś dopiero wczoraj - „Wielka Kopa”. („Wielka Kopa” z racji chociażby wielkiego serca, niewielkiego wzrostu i pewnego rodzaju wodzostwa - tak jak u Maya). Jego ulubionym powiedzeniem było: Prąd to prąd.
Jako nauczyciel był empatyczny i niespotykanie dobrotliwy w podejściu do ucznia. Wyczuwało się ciepło i zainteresowanie naszymi problemami. W nauczaniu były „dwie prawdy” - wiedza książkowa i życie. Mawiał: W książkach jest napisane tak … i tu padało jakieś określenie, a w przemyśle to jest tak… Później w naszym życiu okazywało się, że tak pojmując nasze nauczanie miał całkowicie rację.
Częste odnoszenie się do sytuacji praktycznych, używanie cytatów z literatury wzbudziło nasze zainteresowanie. Wciągnęliśmy profesora w dyskusje by próbować rozwikłać nasze prawdziwe i urojone dylematy. Raz taka dyskusja zeszła na tematy literatury i roli w niej Melchiora Wańkowicza. Okazało się, że nasz pan profesor był wielbicielem Wańkowicza. Ponieważ większość naszej klasy średnio znała twórczość Wańkowicza profesor postanowił ją nam przybliżyć. Aby nas zaciekawić zaczął od fragmentów Tędy i owędy (później przyszło wiele innych przykładów książkowych). Tych czytanych cytatów było wiele - zaśmiewaliśmy się do rozpuku. Przyznać trzeba, że profesor wspaniale wykorzystywał nasze zainteresowanie. Po chwili (dłuższej - „naście” minut, lub niestety krótszej) rozpoczynała się właściwa nauka, o której już wspominałem. Ta sytuacja trwała przez cały okres naszej nauki z profesorem. Nam się wydawało, że odkryliśmy słabostkę profesora, ale to on nad nami niezauważalnie panował i dobrze przygotowywał nas do późniejszego życia.

Wejście w „dorosłe życie” - po maturze nasi profesorowie skomentowali: Dojrzeliście, to spadajcie.

KW