poniedziałek, 28 września 2015

Kawęczyn - Miedzierza - 1932. Prosanacyjna agitacja wyborcza do sejmu widziana oczami nauczyciela Bronisława Sobczyńskiego

Droga łącząca Kawęczyn z Miedzierzą. Jej krótki odcinek jest żużlowo - szutrowy, a dlaczego? Odpowie na to kolejny fragment wspomnień Bronisława Sobczyńskiego. Foto. KW.

Zamiast wstępu

Wspomnienia przepisuję z wypiekami na twarzy. Znając ich całość można wyrobić sobie zdanie o ówczesnej społeczności wiejskiej, autor nazywa ich gminniakami z Kawęczyna i Miedzierzy, w zderzeniu z instytucjami państwowymi: sejmikiem powiatowym, starostą i jego urzędnikami, policją państwową, leśnikami, dworem, kościołem, urzędnikami administracji samorządowej… Uf! Takie tam piekiełko.
Moja dziadkowie Bronisława i Franciszek Woźniak mieszkali w opisywanych latach trzydziestych (do 1935) w Miedzierzy. Babcia byłą gospodynią domową, dziadek wiejskim policjantem (a jest tu mowa i o PP i nie są to zdania pochlebne), mój ojciec chodził do opisywanej wiejskiej szkoły w Miedzierzy - Kawęczynie. Zachowały się dwa świadectwa - pokaże je przy okazji publikacji na stronie historii szkoły. Odnalazłem w swoich zbiorach fotografie pierwszej nauczycielki z Kawęczyna i inne ciekawe dokumenty...
Skąd te moje wypieki.
Mam pewność, że wspomnienia spisywane są u kresu życia Bronisława Sobczyńskiego (lata 50.?). Są przepełnione walką „dobra ze złem”, opisami pracy u podstaw, zadowoleniem z dokonań… ale i goryczą, ostrymi, dosadnymi osądami - czy sprawiedliwymi? Czy żar tamtych dni i konfliktów wypalił się?
Na koniec dodam, że bardzo często szyk wyrazów z zdaniu jest często manierystyczny, dla podniesienia efektu wymowy - starałem się tego nie zmieniać. Dzieliłem niekiedy przydługie, „piętrowe” zdania.
Dziękuję p. Krzysztofowi Pawlikowskiemu, sołtysowi wsi Kawęczyn za udostępnienie wspomnień.
KW


Prosanacyjna agitacja wyborcza do sejmu 
widziana oczami nauczyciela

Z każdym rokiem przybywało coraz więcej wieśniaków uświadomionych i orientujących się w życiu politycznym, ale mieli oni jeszcze znikomy wpływ na ogół gminniaków. Zresztą w stosunku do takich chłopów policja stosowała represje i mandaty w różnych formach, trzymając ich stale w postrachu, o ile nie byli zwolennikami BBWR. Jednak ostatecznego wyniku wyborów nie była pewna żadna partia, bo mając nawet urobioną gromadę danej wsi i zapewnioną liczbę głosów, to jednak w ostatni wieczór, w ostatnim momencie byle jaki łazik płatny, albo tercjarz czy dewotka zaważy na szali decyzji. A najwięcej to już gajowi tutaj zmienili nastrój wyborców, grożąc im karami za defraudacje leśne, jeżeli by nie głosowali według ich propozycji. Przed wyborami niby działacze ludowi, a raczej kombinatorzy gdzie się da więcej zarobić, w jedną niedzielę na wiecu w Miedzierzy agitowali za głosowaniem tylko na Stronnictwo Ludowe. W drugą niedzielę przyjechali nieomal ci sami działacze, dobierając sobie na omastę człowieka nawet bardzo porządnego, zmaltretowanego i ku zdziwieniu słuchaczy organizują tym razem przy poparciu władz: Gminny Komitet Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem marszałka Piłsudskiego BBWR. Na zebranie to sołtysi z polecenia wójta, a gajowi z polecenia leśniczych sprowadzili do urzędu gminnego w Smykowie dość dużą gromadę gminniaków. Przypadkowo znalazłem się na zakończeniu tego zebrania, a gdy zobaczyła mnie Kijowska, podała moją kandydaturę, ku niezadowoleniu przyjezdnych, na przewodniczącego zawiązującego się komitetu uzasadniając tym, że nie ma godniejszego na to stanowisko. Orientując się w sytuacji oświadczyłem, że nie będąc na zebraniu i nie znając statutu, nie mogę przyjąć zgłoszonej kandydatury, na co prelegenci z powiatu odpowiedzieli mi, że statutu nie posiadają jeszcze, ale dla nich statutem jest marszałek Piłsudski. Nie chcąc polemizować na te tematy, wyszedłem z lokalu. Teraz przyjezdni wraz z wójtem wykorzystując widoczną już obojętność wśród zgromadzonych ulatniających się cichaczem z sali, wysunęli kandydaturę Marii Kijowskiej ze Smykowa, gospodyni wiejskiej i jednocześnie żony konduktora kolejowego, co było już umówione przed zebraniem przez wójta z przyjezdnymi, z sekretarzem, z Sasadeuszem komendantem posterunku policji i z Kocelem komendantem Strzelca. Po wielu libacjach u Kijowskiej, pokrywanych z funduszu wyborczego, panowie działacze z Końskich zaproponowali Komitetowi Powiatowemu BBWR kandydaturę Kijowskiej na posłankę. Komitet Powiatowy opierając się na informacjach swoich działaczy wystawił kandydaturę jej, lecz na jednym z dalszych miejsc, wprost na wabika dla kobiet. I tutaj właśnie władze powiatowe, nie mając właściwego rozeznania popełniły fatalny błąd, bowiem nie była ona lubiana wśród kobiet, ani też nie cieszyła się sympatią gminniaków. Ten wybór tylko pogłębił nieprzychylne ustosunkowanie się do niej, bodaj nawet z zawiści. Wójt Opara wraz ze swoim sekretarzem i komendantem posterunku PP - Sasadeuszem, drżąc o swoje posady chcieli pozyskać sobie Kijowską i jednocześnie uzależnić ją od siebie. Schlebiali jej obłudnie by zamknąć jej usta w ujawnianiu różnych ich grzechów, a znała ich wiele. Mieszkając niedaleko od urzędu gminnego i nie przejmując się wielce gospodarstwem swoim, miała wiele czasu i sposobność na zbieranie wiadomości o wszelkich nadużyciach popełnionych przez nich w urzędowaniu. Obłudne schlebianie i perfidne asystowanie jej przez różne osobistości z powiatu rozbestwiły ją i pozbawiły zdrowego rozsądku. Stała się tak ważna, jak „baba z bajki” Rozbite koryto, czy też Złota rybka. Ta kobieta pod opieką władz sanacyjnych, stała się tak zuchwałą i nieznośną w swojej gorliwości wyborczej, że w ogóle znienawidzono ją. Zatruwała życie ludziom i doprowadzała niektórych do choroby nerwowej. W ostatnich dniach przed wyborami, pod groźbą zwolnienia mnie i żony mojej z pracy, usiłowała wymusić na mnie dwukrotnie przemawianie, jeżeli już nie w Miedzierzy, to w innych miejscowościach na wiecach sanacyjnych. Znowu w dniu wyborów przyjechała do mnie pod pozorem zawiezienia mnie do lokalu wyborczego, lecz w rozmowie zażądała, bym udostępnił Sasadeuszowej, jako mężowi zaufania BBWR, złożenie do urny 1000 głosów. Propozycję tą jako uwłaczającą godności osobistej i obywatelskiej kategorycznie odrzuciłem i to samo poradziłem zrobić Przygodzkiemu, który był przewodniczącym innej komisji wyborczej. W tych wyborach lista nr 1 poniosła sromotną porażkę, bowiem na cztery tysiące głosujących, otrzymała zaledwie sto parę głosów, a więc nawet nie wszyscy działacze i agitatorzy urzędowi głosowali na tą listę, a pani Kijewska została przy rozbitym korycie, narażona na ośmieszenie. Kijowska teraz wraz z całą kliką prosanacyjną; Oparą, Sasadeuszami, Kocelem, Hausserami, leśniczym Bystrzyckim ze swoim poplecznikiem sołtysem Józefem Smugą i innymi. Chcąc się usprawiedliwić przed władzami powiatowymi, złożyli całą winę na mnie za poniesioną porażkę wyborczą, widocznie z tej przyczyny, że odmówiłem sfałszowania wyborów. Ponieważ takie informacje niczym nie poparte, nie mogły posłużyć za dowód do zwolnienia mnie z posady pod zarzutem antyrządowej działalności to władze administracyjno - polityczne zażądały od władz szkolnych zwolnienia mnie z posady dla dobra szkoły bez podania powodu na podstawie odnośnego paragrafu sanacyjnej pragmatyki dla nauczycielstwa. Natomiast władze szkolne nie chciały się skompromitować zwolnieniem moim z posady dla dobra szkoły, bowiem przed paroma miesiącami oficjalnie uznały moją szkołę za jedną z najlepszych w powiecie. Z tej racji wyznaczono ją do zwiedzania przez ministra WRiOP [Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego] przeto roztoczyły się targi o moją skórę przez szereg miesięcy pomimo ponaglenia przez wojewodzinę Dziadoszową, która osobiście interesowała ministra spraw wewnętrznych w tej sprawie. Komendant posterunku PP - Sasadeusz mając jeszcze na względzie i osobistym celu usadowienie żony swojej na miejscu moim chciał upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Pod osłoną tajemnicy służbowej donosił poufnie do władz swoich w periodycznych sprawozdaniach uwzględniających różne zmyślone niedorzeczności, że buntuję chłopów, by nie płacili podatków itp. kłamstwa. Przelicytował go młody nauczyciel - ówczesny komendant Strzelca pchor. Kocel. Ten znowu donosił wyimaginowane brednie, że wprowadzam na konferencjach nauczycielskich komunizm. Że rzekomo miałem mówić do niego, że zabiję Piłsudskiego i tym podobne bzdury. W późniejszym czasie zaprzeczał temu, twierdząc, że to pomysł policji. Gdy zostałem wezwany służbowo przez inspektora szkolnego Ormanczyka, zwrócił się do mnie zastępca jego Wieczorek z wymówką i pouczeniem zarazem, że my szkolnicy powinniśmy być prorządowcami, bo rząd płaci nam pensję. Na takie powiedzenie nie pozostało mi nic innego, jak odpowiedzieć mu, że nie jestem fornalem w folwarku Piłsudskiego, lecz służę narodowi i ten płaci mi pensję i pan też, także i Piłsudski. Walczyłem o Polskę nie dla Piłsudskiego, lecz dla całego narodu. Była by się wywiązała między nami poważniejsza i może ostrzejsza wymiana zdań, ale nadszedł Ormańczyk i zabrał mnie do swojego gabinetu. Tutaj w przyjacielskiej, spokojnej rozmowie oznajmił mi, że urywają się u niego telefony przynaglające moje zwolnienie i radził mi bym porozmawiał w tej sprawie ze starostą powiatowym, a on zaraz tam przyjdzie na naznaczoną konferencję. Początkowo odmówiłem, motywując tym, że szkolnictwo nie jest jeszcze podporządkowane władzom politycznym. Przekonał mnie w dalszym toku rozmowy, zakończonej zwrotem, że Haller czy Sikorski, albo znana mu osobiście Wanda Wasilewska mają większe zasługi niż ja, a mimo to co z nimi wyczyniają, to chyba przestało być tajemnicą i z tego powinienem wyciągnąć wnioski. Na zakończenie powiedział mi, że [nie] splami się podłością i że w żadnym wypadku nie wymuszą na nim podpisania wniosku zwolnienia mojego, czego nie zrobi też Wieczorek, mimo tego, że jest zwolennikiem orientacji prosanacyjnej.

Czarna Taraska - pracowita rzeczka, dopływ Czarnej Koneckiej. 
Tuż obok Kawęczyn i po drugiej stronie Miedzierza. Foto. KW.


Wizyta u starosty

Wobec nalegania poszedłem, lecz starosta nie przyjął mnie. Woźny oznajmił mi, że pana starosty nie ma. Wówczas zapytałem woźnego, starego Jana, znanego mi jeszcze sprzed I wojny światowej:
- Dlaczego nie zdjął flagi wystawionej na balkonie jako widomego znaku urzędowania starosty; skoro nie urzęduje?
- A widzi pan starosta, Baran nie przewidział.
Przy wyjściu spotkałem przed starostwem inspektora Ormańczyka, wobec którego wyraziłem nie tylko swoje oburzenie, ale i żal za spotkany afront, ubliżający godności obywatelskiej. Ormańczyk też zdenerwował się tym i koniecznie ciągnął mnie do starosty. Wzburzony takim potraktowaniem kategorycznie tym razem odmówiłem bez względu na konsekwencje. Jednak Ormańczyk nieco już uspokojony nalegał bym wziął sobie „polski” urlop na następny dzień i żebym koniecznie zgłosił się do starosty, ale po uprzednim zobaczeniu się z nim.
Następnego dnia, gdy tylko zjawiłem się w pokoju przyjęć, oznajmił mi ten sam woźny, że pan starosta pytał się już dwa razy o mnie. W tym momencie wyszedł starosta z gabinetu i bardzo uprzejmie zaprosił mnie do siebie. Tutaj wywiązała się między nami nieomal trzygodzinna rozmowa, początkowo w dyplomatycznej formie.
Rozpoczął od tego, że jeżeli nie podoba mi się forma tego rządu to kogę podać się do dymisji. Na to zwróciłem uwagę, że gdyby zastosować ten pogląd do wszystkich pracowników, to przy tak częstej zmianie rządów, pozostali by w krótkim czasie nieomal wszyscy bez pracy. Zresztą oświadczyłem, że nie zajmuję się polityką, lecz poza szkołą prowadzę pracę czysto społeczną, zmierzając do podniesienia oświaty, kultury i stopy życiowej na wsi. A w szkole wykonuję wszystkie przepisy i zarządzenia władz szkolnych i ściśle przestrzegam programy nauczania ustalone przez państwo. Wtedy zwrócił mi uwagę, czy wystąpienie moje bezpośrednio po jego przemówieniu na powiatowej konferencji nauczycielskiej nie jest podburzające i obniżające autorytet rządu i władzy, skoro mówiłem, że na szkolnictwo daje się tylko to co z „nosa kapnie”. Że na pobielenie wiejskiej szkoły nie ma nawet pięć złotych, ale na pomalowanie mieszkanie sekretarza gminnego, to było kilkaset złotych. Że na podłogę w szkole dla chłopskich dzieci to nie ma pokrycia w budżecie bo zostało skreślone [przez] sejmik powiatowy, ale na zbudowanie piętrowego kurnika z podwójną podłogą pomalowanego olejną farbą kosztem paru tysięcy złotych dla kur sekretarza, to pieniądze znalazły się i pokrycie w budżecie też było itd. Czy kurnik był pilniejszy, czy też podłoga dla chłopskich dzieci. Jeżeli p. starosta dopatrzy się w moim wystąpieniu nieprawdy, lub podrywających autorytet władzy , to dlaczego p. Starosta zaraz nie zareagował w obecności tegoż nauczycielstwa. sprawa by się wyjaśniła i nie było by nieporozumień, bowiem źle zostałem zrozumiany skoro były sprawy omawiane gospodarcze, to zamiarem moim było zwrócenie uwagi i pana jako nowego starosty na panujące stosunki w gminach wiejskich i na kształtowanie się budżetów na potrzeby szkół, albowiem ustawienie i zatwierdzanie tych uzależnione jest od wydziału powiatowego na czele którego stoi starosta powiatowy jako przewodniczący. Następnie wyciąga kartkę inwigilacyjną i oświadcza mi, że jednak ma urzędowe informacje, iż przyjeżdża do mnie potajemnie niejaki gen. Zieliński, oraz oboźny Obozu Wielkiej Polski - Froehlich. Że się zbieramy na tajne narady w Baraku znajdującym się przy rozwidleniu dróg Kielce - Ruda Maleniecka, Kielce - Końskie. Zaprzeczyłem temu kategorycznie, twierdząc, że nie miałem i nie mam żadnych kontaktów z tą organizacją, a gen. Zielińskiego nie znam i nigdy go nie widziałem. Jeżeli chodzi o Froshlicha, to widziałem go jedyny raz, gdy był u mnie w szkole jako współwłaściciel i nowy plenipotent dóbr Ruda Maleniecka, w skład których wchodzą też lasy miedzierskie i budynek szkolny w Kawęczynie. W Baraku mieszkają gajowi z rodzinami, to nie mogło ujść ich uwagi rzekome zebrania. Tym bardziej, że leśniczy Bystrzycki wrogo nastawił gajowych do mnie z pobudek czysto osobistej natury. Sołtys Smuga i komendant posterunku Sasadeusz byli na jego usługach. Pan starosta dość często jeżdżąc dość często na karty do Froehlicha, więc ma sposobność sprawdzenia tych informacji, a sądząc, że honor i etyka nie pozwala mu na mówienie nieprawdy. Starosta oświadczył mi na to, że przypadkowo przed godziną był u niego Froehlich i na pytanie o przedmiotowej sprawie. Powiedział mi to samo co ja i całkowicie mu ufa. Po naświetleniu tej sprawy podał i jeszcze parę innych zarzutów, zaznaczając, że to jeszcze nie wszystkie z notowanych w mojej kartotece. Oświadczyłem wówczas, że nie dziwi mnie to, że ludzie o niskim poziomie kulturalnym i intelektualnym fałszywie lub tendencyjnie interpretują fakty, albo złośliwie dopuszczając się różnych podłości, uwłaczających godności człowieka i to najczęściej z niskich pobudek na tle osobistym. Dziwi mnie to, że wielu ludzi światłych o wysokim poziomie kulturalnym nie może, czy też nie chce odróżnić światłą od plew i bezkrytycznie dają posłuch ploteczkom, osłoniętym tajemnicą służbową, do których delikwent nie ma dostępu i nie może przeprowadzić dowodu prawdy. Dla logicznie myślących wystarczą przytoczone tutaj informacje, by wyciągnąć odpowiednie wnioski. pierwsza informacja zgłoszona przez komendanta Sasadeusza w oparciu na zeznaniach leśniczego Bystrzyckiego i sołtysa Smugi o buntowaniu chłopów przeciw rządowi i przeciw dworowi. Ta informacja pochodzi z czasów ugody dworu z chłopami o odseparowaniu serwitutów leśnych i pastwiskowych. Wtedy faktycznie wystosowałem i to całkiem otwarcie zażalenie do Wojewódzkiej Komisji Ziemskiej w Kielcach w imieniu pełnomocników gromadzkich Wielgusa i Nowaka. Na Konarskiego jako pełnomocnika dóbr Ruda Maleniecka za pogwałcenie umowy dotyczącej przeznaczenia placu i 100 metrów sześciennych drewna budowlanego na budowę szkoły, co w całej rozciągłości gromada wygrała.
Z drugiej strony zgłosił się do inspektora szkolnego - Lumbee z zażaleniem, administrator dóbr Ruda Maleniecka - Konarski, że prowadzę antypaństwową robotę i podburzam chłopów przeciwko dworowi . Z tej racji prosił o zwolnienie mnie z posady, a w ostateczności o przeniesienie mnie do innego powiatu, ukrywając faktyczny powód. Inspektor Lumbee zażądał od p. Konarskiego oświadczenia na piśmie i uprzedził go jednocześnie o odpowiedzialności za wprowadzenie władzy w błąd i że odpis tego oświadczenia i nigdy więcej nie zjawi się w inspektoracie szkolnym, to jednak inspektor przeprowadził wywiad i wyjaśnił właściwą przyczynę tej nagonki. Dlatego zaproponował mi przeniesienie do szkoły w Rudzie Malenieckiej dla zamanifestowania. Zarzut o buntowaniu chłopów, by nie płacili podatków został poddany do inwigilacji z niezrozumieniem istoty rzeczy lub jako tendencji (?) za przekręcanie faktu.
Pewnej niedzieli posłowie ludowi: Stanisław Nowak i [Henryk] Chyb urządzili poselski wiec sprawozdawczy w Miedzierzy poseł Chyb rozpoczął swoje przemówienie wstępem:
- Ty, biedny chłopie, masz piaski i chudą krowinę, a z ciebie ściągają dziesiątą skórę... Wynikało z tego przemówienia, że podatki są za wysokie, bo jest za dużo urzędników i oficerów, którym trzeba płacić pensje, a płody chłopskie są tanie, by pokryć te zobowiązania. Na co zwróciłem mu uwagę, że skoro sam głosował za uchwaleniem o tym w sejmie, to przynajmniej tutaj na wsi nie powinien o tym mówić, lecz tam w sejmie należy zabierać głos. Jeżeli uważa, że za dużo jest urzędników i oficerów, że on teraz bierze diety, więc dla przykładu sam powinien zrzec się w pierwszym rzędzie z poborów, za które można będzie opłacić sześciu nauczycieli dla chłopskich dzieci, lub zmniejszyć o tę kwotę podatki chłopskie. Następnie zwróciłem uwagę i posłowi Nowakowi, że w sejmie uchwalają się życiem ustawy, a tutaj pouczają jak je ludność i policja mają omijać, bo gdy jedna z kobiet zainterpelowała go w sprawie nieodpowiedniego czasu otwierania i zamykania sklepów na wsi w godzinach 8 do 12 i od 4 do 18, to znaczy, że gdy ludzie są w polu, to sklep otwarty, a gdy wracają z pola to znowu sklep zamknięty. Na to pan poseł znalazł wyjście, że do sklepu można wejść od tyłu, a policja będzie patrzyła przez palce. Wtedy druga kobieta wystąpiła z krytyką przepisów o strzyżeniu gęsi, to poradził jej p. poseł by skubała po dawnemu, a policja będzie patrzyła przez palce, bo strzyżona gęś może utonąć na wodzie, A czy p. poseł przedtem nie wiedział o tym, skoro teraz to mówi. W to wmieszał się działacz sanacyjny i oznajmił, że marszałek zwolnił już 40.000 urzędników i oficerów, co przyniesie oszczędności w sumie około 8.000.000 zł. Za to jeden uradowany chłop powiedział wreszcie będziemy mieli mniejsze podatki, ale zaraz został wyprowadzony z błędu, bowiem wyjaśniono, że podatki z tej racji nie tylko nie zmniejszono, lecz jeszcze podwyższono o kilkanaście procent, gdyż wymagają potrzeby państwa. Wtedy ten chłop całkiem zdezorientowany zapytał, a gdzie podziały się pieniądze nie płacone zwolnionym urzędnikom i oficerom i nie czekając odpowiedzi, zdenerwowany zakończył tym zwrotem:
- Chrystus nie kradnie bo ma przybite ręce do krzyża, Kościuszko też nie kradnie bo nie ma rąk (w tym czasie na skwerku w Końskich stał obelisk), a wy wszyscy kradniecie.
Zarzut przypisany mi z tego dnia mógł być postawiony posłom, albowiem ja występowałem tylko w obronie praworządności. Jeżeli chodzi o moje wypowiedzenie się o nie płacenie podatków miało to miejsce wprawdzie tegoż dnia, lecz w innych okolicznościach i to tylko znowu na gruncie praworządności i sprawiedliwości. Tegoż dnia zebrali się pełnomocnicy gromadzcy: Jan Wielgus i Józef Nowak wraz z sołtysem Maciejem Mijasem oraz członkowie opieki szkolnej z głównym opiekunem Stanisławem Janiszewskim. Była na tym zebraniu nauczycielka Sasadeuszowa - żona policjanta. Sołtys oświadczył, że otrzymał polecenie z gminy w sprawie ściągania podatków gruntowego i gminnych oraz innych świadczeń z ziemi poserwitutowej, a w tym i placu szkolnego. Wówczas faktycznie powiedziałem, że nie powinni tych podatków płacić, lecz dwór powinien je uregulować do czau zdjęcia lasu i o przekazania im ziemi do użytku. W tym względzie otrzymane nakazy płatnicze z Urzędu Skarbowego, wszelkie polecenia urzędu gminnego wydawane już teraz w zmowie z dworem są bezprawne. Po czym poruszył starosta jeszcze wiele innych donosów Sasadeusza, lecz uznał je sam za nieistotne i złośliwe bzdury. Na zakończeniu naszej rozmowy radził mi, bym zaraz złożył na jego ręce zażalenie na piśmie żądając sprawdzenia inwigilacji. Jednak nie ręczył za skuteczny wynik, gdyż sprawa ta jest za daleko posunięta i parę osób na poważnych stanowiskach jest zaangażowanych w niej. Teraz trzeba by rozrywać cały łańcuch, a są w nich ogniwa fałszywe i wrogo nastawione do tej sprawy. Gdy wszedł do gabinetu zastępca jego Lewiński - [nie w pełni czytelne] od spraw politycznych starosta złożył kartotekę i przeszedł na inne tematy, przeto pożegnałem się z nim i wyszedłem.


Epilog

W parę tygodni po tej konferencji został przeniesiony inspektor Ormańczyk do Jasła, a na jego miejsce sprowadzono Klicha z Jasła. Podinspektora Wieczorka przeniesiono do Nowego Sącza, a stąd na jego miejsce sprowadzono Przybyłowicza. Klich następnego dnia po przybyciu do Końskich zjawił się w mojej szkole na wizytację i tegoż jeszcze dnia podpisał wniosek na zwolnienie mnie z posady z dniem 31 grudnia 1932 r. Po paru dniach wysłano go na urlop, z którego więcej nie wrócił, gdyż i on został zwolniony z posady inspektora szkolnego. Uzasadniał moje zwolnienie, ma się rozumieć tym, że poziom nauczania w szkole jest niski, że dzieci słabo orientują się w historii, bo niewiele wiedzą o Piłsudskim, że nie mam wyrobienia metodycznego i inne kłamstwa wyssane z palca, którym jaskrawo zaprzeczyły poprzednie wizytacje władz stojących na wyższym poziomie wiedzy pedagogicznej niż on. Jak ten człowiek tak nikczemnie i bez zachłyśnięcia się [mógł] kłamać. Cała wizytacja jego w mojej szkole trwała zaledwie kilkanaście minut i nie było żadnej lekcji, gdy go prosiłem o pozostanie na lekcjach, to oznajmił mi, że przyjechał na wizytację tylko w sprawach administracyjnych i odjechał zaraz samochodem, a na odjezdnym powiedział dzieciom, by nie wykrzykiwali, że komornik jedzie, jeżeli zobaczą samochód. W związku z odwołaniem moim za zgodą kuratorium szkolnego nadal pozostawałem na swoim stanowisku mimo skończenia się okresu wypowiedzenia, to w tej chwili p. Sasadeuszowa telefonowała do różnych organizacji sanacyjnych, do komisarza policji i do inspektora szkolnego.
- Co to ma znaczyć, że ja jeszcze pozostaję na miejscu i dalej uczę?
Na co odpowiedział jej inspektor, żeby pilnowała dzieci w szkole i nie odchodziła do telefonu na posterunek policji w czasie lekcji i że ma za duże służbowe wychowanie. Niech posłuży na dowód prawdy opinia ogółu nauczycielstwa wyrażona na konferencji rejonowej na początku roku szkolnego 1932-33.

Wyciąg z protokółu konferencji nauczycielskiej gminy Miedzierza odbytej dnia 1.10.1932 r. Do zarządu nauczycielskiej konferencji rejonowych powołano jednogłośnie tych członków, którzy stanowili zarząd konferencji w roku ubiegłym. Po dodatkowym wyborze Sobczyńskiego Bronisława, podziękował za powtórny i jednogłośny wybór na przewodniczącego, oraz za zaufanie jakie koleżeństwo zadokumentowało przez piąty z rzędu wybór jego osoby, przy czym oświadczył, iż wyboru tego przyjąć nie może z tego powodu, że został z dniem 31.12.1932 zwolniony z posady nauczycielskiej, zawdzięczając powyższe zwolnienie intrygom osób małowartościowych, które starają się wszelkimi sposobami i na każdym miejscu poderwać autorytet tutejszego nauczycielstwa. Wiadomość o zwolnieniu kolegi Sobczyńskiego wywołało wśród grona nauczycielskiego wielkie wrażenie i przygnębienie. Wyrażające współczucie koledze Sobczyńskiemu koleżeństwo zaznaczyło, że przez to traci nie tylko kolegę, ale równocześnie dzielnego pracownika na polu szkolnictwa jako też i prac społecznych, który nie żałował nie tylko pracy ale i środków materialnych, ażeby szkolnictwo jako też i pracę społeczną postawić jak na najwyższym szczeblu. Kolega Bronisław Sobczyński będąc członkiem dozoru szkolnego od 8 lat walczył i walczy z tutejszym urzędem gminnym o możliwe wyposażenie szkół w środki materialne. Dzięki jego pracy budżet szkolny był zwiększony pięciokrotnie i realizowany w 100%. Jako członek dozoru szkolnego kolega Sobczyński dzięki umiejętnemu prowadzeniu sprawy występując niejednokrotnie na zebraniach gminnych z dużą dozą cywilnej odwagi w obronie poszanowania prawa, podniósł też frekwencję uczniów w szkołach tutejszych. Kolega Sobczyński to jeden z pierwszych organizatorów pracy społecznej na terenie gminy Miedzierza, a dowodem tego jest założenie straży pożarnej, wyekwipowanie tejże, budowa remizy strażackiej, kupno jako też i święto poświęcenia sztandaru dla tejże straży, a także świetlicy, Założenie koła LOP, założenie Kółka Rolniczego, którego jest prezesem, organizowanie wszelkich obchodów narodowych, pełnienie funkcji przewodniczącego rejonowych konferencji nauczycielskich. Kolega Sobczyński nie gołosłownie dokumentował o miłości ojczyzny, lecz z każdej jego pracy przejawiało się poszanowanie prawa i dobra państwa. Wobec kategorycznego zrzeczenia się kol. Sobczyńskiego z urzędu przewodniczącego wybrano jednogłośnie Piotra Szczepanika z Zaborowic. Niniejszy jest zgodny z oryginałem podpisanym przez nauczycielstwo.

Aczkolwiek władze szkolne przez długi czas sugerowane im zarzuty uważały za nieistotne i złośliwe to jednak w końcu uległy naleganiom władz politycznych, od których jeszcze oficjalnie niezależne, lecz de facto były już uzależnione. Sprowadzono inspektora takiego, który wówczas byłby podpisał nie tylko dekret zwolnienia, ale nawet podpisał by wyrok śmierci, byle samemu utrzymać się przy życiu, bo sam wisiał na włosku.

Słusznie ktoś powiedział, że nie ma gorszego bandytyzmu od polityki i że polityka upadla ludzi.

Bronisław Sobczyński