niedziela, 10 maja 2015

Śladami działalności śp. Romana Piekarskiego i towarzyszy, część II

Wybuchła rewolucja… sztandary… pochody
W Końskich strajk ogłoszono i Paczyński młody
Tworzy partię, z nim Niwiński i nasz Adaś mały
Ławacz, Łyżwa, Chodnikiewicz i z wojska Czekała...
Idzie pochód, pieśń dźwięczy… Niech Moskale słyszą…
Wkrótce „zakaz” - represje…
Fragment: Lirycznego pamiętnika legionisty. Moje Kartki 1903 - 1920, Kazimierza Kapla. 
Rysunek pastelą Kazimierz Kapel.

Uwag kilka od wydawcy

W dwudziestoleciu międzywojennym Końskie miało swój wielki proces. Jeszcze dzisiaj, gdy rozmawiam ze starszymi mieszkańcami pytają:
– A słyszał pan o procesie…? – ściszając głos.
Przedstawiam czytelnikom historię i relację procesu zawartą w artykułach zamieszczonych w gazecie Siedem Groszy (kolejnych pięć artykułów z 1938). Artykuły mają dużą ilość literówek - redakcja (drukarnia?) nie zatrudniała chyba korektora, a i „język” dziennikarskiej relacji; nieco napuszony, wzniosły i jednoznaczny w komentarzach. Wykorzystałem fotografie (nie najlepszej jakości) zawarte w artykułach.
Co więcej - nie wiem jak ten proces się zakończył i czy się zakończył do września 1939 roku…
KW


...Bojowcy stworzyli sobie w grobowcu hr. Wielhorskiego istniejącym do dziś 
na cmentarzu w Końskich, skład broni i amunicji…
Z grobowca hr. Wielhorskiego pozostała płyta nagrobna. Foto. KW.


...Z jedwabiu miękkiego tkanina...
Dopiero w 1908 roku na skutek na skutek zdrady został aresztowany i po procesie stracony w dniu 1.02.1908 r.
Winny tej śmierci - Stefan Jaroszyński dosłużył się godności burmistrza miasta Końskich. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę udekorowany został Krzyżem Niepodległości. Spowodowało to falę protestu. Oburzony tym faktem znany bojownik o wolność - Roman Baranowski ze Skarżyska w swym wierszu napisał:
...Z jedwabiu miękkiego tkanina
W amarant umalowana
Rzekła raz do krzyża wstęga:
Znikła już chwały potęga.

Dawniej kto był w boju śmiały
Kto krew przelewał dla Ojczyzny
Temu wstążka, krzyż biały
Koiły cierpienia, blizny.

Dzisiaj ten kto łzy wyciska
I cierpienia innym daje
Temu wstążka, krzyżyk błyska!
O czasy! O obyczaje!
[Olgierd Witkowski, Wczoraj i dziś stąporkowskich odlewni, Stąporków 1978]



Historia procesu Jaroszyńskiego p
rzeciw Niwińskiemu i towarzyszom


Ja idę do apteki - już ją widzę w dali…
Magistrat - przystanąłem - policjant w ordynku…
Padły strzały… i strażnik na chodnik się wali…
Fragment: Lirycznego pamiętnika legionisty. Moje Kartki 1903 - 1920, Kazimierza Kapla. Rysunek pastelą Kazimierz Kapel.
...24 lutego 1908 r. wykonano wyrok, wydany na wachmistrza policyjnego Krzemińskiego. Był to, niestety Polak, z Bliżyna na służbie carskiej, źle zapisany wśród rodaków. Wyrok wykonano na ulicy Piotrkowskiej (dziś 3 Maja), w pobliżu byłego magistratu...


VI

Po utworzeniu organizacji bojowej na terenie Końskich, bojowcy zaczęli systematycznie przygotowywać się do akcji. Podstawą do tej działalności, obok pewnych ludzi, było również należyte ich wyposażenie w broń i amunicję. W tym celu bojowcy stworzyli sobie w grobowcu hr. Wielhorskiego istniejącym do dziś na cmentarzu w Końskich, skład broni i amunicji.
Wystąpienia bojowców nosiły raczej charakter indywidualny, gdyż brało w nich udział dwóch - trzech ludzi, często nie znających się wcale.
Poza tym bojowcy rozwijali działalność zbiorową, której celem było: niszczenie monopoli (zapasy wódki i spirytusu wylewano, a znaczki i blankiety wekslowe zabierano), przejściowe obsadzenie urzędów gminnych w celu zdobycia oryginalnych blankietów paszportowych, którymi później posługiwali się emigranci, zamachy na więzienia, skąd uwalniano więźniów politycznych przebywających w śledztwie, zamachy na stacje kolejowe i poczty, wreszcie rozbrajanie straży leśnych.
Organizacja bojowa w Końskich, prowadzona przez Edwarda Niwińskiego wespół z organizacją bojową w Skarżysku, z którą współdziałała, wykonała w latach od 1905 -1908 cały szereg działań bojowych. Mianowicie w 1905 roku: Radoszyce poczta, gmina i monopol, następnie rozbrojenie nadleśnictwa, gdzie zabrano 50 szt. karabinów Berdan oraz zapas naboi, poza tym rozbrojono 36 gajowych carskich. W Rudzie Maliniewskiej [Rudzie Malenieckiej] poczta i monopol. Z więzienia w Końskich uprowadzono czterech więźniów politycznych, przygotowanych do więzienia do X Pawilonu w Cytadeli warszawskiej, skąd zasadniczo droga była jedna… na szubienicę. Uwolnionymi więźniami byli: Bolesław Kowalski z Silpi [Sielpi], Masztalerz z Odrowąża, Wojciechowski z Opoczna i jeden nieznanego nazwiska.
W roku 1907 przyszła kolej na monopol w Białaczowie (5 września), Gowarczów (2 października), Ruda Ma. (15 marca) i Radoszyce (31 marca) raz jeszcze.
A wreszcie tragiczny łańcuch wyroków na prześladowców carskich i stojących na ich usługach prowokatorów. Dnia 30 stycznia 1907 r. wachmistrz policji carskiej w Końskich, Matwiejew, został skazany przez organizację na śmierć za zakatowanie w więzieniu na śmierć portiera fabryki - odlewni w Bliżynie.
Matwiejew znęcał się nad bezbronnym więźniem za to, że nie chciał ujawnić nazwiska bojowca, który ścigany przez żandarmów, schronił się na teren fabryki.
Wyrok na Matwiejewie wykonał Niwiński w towarzystwie bojowców Stysia i Sękowskiego. Egzekucja ta była jedną z najbardziej wstrząsających dla Niwińskiego, tym bardziej przejmująca, że żona żandarma, Polka, była świadkiem egzekucji.
Po wykonaniu wyroku bojowcy znikli. Stwarzając sobie na mieście alibi. Egzekucja trwała zaledwie kilka minut. Alarm… Przybywa policja śledcza i prokuratorzy. A przeprowadzona nazajutrz sekcja wykazuje 37 kul w olbrzymim ciele Matwiejewa, z tego 18 śmiertelnych…
Przyszły i inne egzekucje: 28 czerwca 1907 roku na żandarmie Warczence za rewizje i bicie chłopów w wioskach w roku 1907. Zginął on w odległości 500 kroków od swego mieszkania, mieszczącego się przy dawnej ulicy Koronowskiej [sic!] róg Krakowskiej.
Ciekawą i charakterystyczną karierę zrobił szwagier zgładzonego żandarma, niejaki Fiedorow, carski wachmistrz policyjny, Rosjanin. Pracował on w tak zwanym „sekretnoje otdielenie”. Dziś na stare lata, zażywa wypoczynku w lasach państwowych Polskiej Dyrekcji Lasów Państwowych w Radomiu, gdzie otrzymał posadę leśniczego w leśnictwie Jedlni, leżącej o 11 km od Radomia…
24 lutego 1908 r. wykonano wyrok, wydany na wachmistrza policyjnego Krzemińskiego. Był to, niestety Polak, z Bliżyna na służbie carskiej, źle zapisany wśród rodaków. Wyrok wykonano na ulicy Piotrkowskiej (dziś 3 Maja), w pobliżu byłego magistratu.
Z kolei przyszły wyroki na prowokatorów: Stępnia ze Skarżyska (1 kwietnia 1908) i Lipińskiego (w lutym 1908). I dalej znów akcje masowe w Żarnowie (29 marca 1908), w Końskich na towarową stację kolejową i Niekłań (21 czerwca 1907, stacja kolejowa i poczta).
Z samych ofiar, jakie w ciągu trzech lat poniosła piątka konecka, stojąca pod kierownictwem Niwińskiego, wynika jasno, że akcja ta wymagała nie tylko poświęcenia, ale i samozaparcia.
Jeszcze większe niebezpieczeństwo groziło stale kierownikom wyższych komórek organizacyjnych.
Całą akcję stojących na usługach żandarmerii, nastawiono na zdemaskowanie kierowników. Śp. Roman Piekarski, mimo wyjazdu z Końskich do Radomia czuł się coraz bardziej zagrożony. Organizacja zaś wartościowa, widząc jego zdolności, używa go do coraz trudniejszych zadań. W połowie roku 1908 Piekarski otrzymał rozkaz udania się do Moskwy.



VII

Po wyjeździe Piekarskiego z Końskich, kontakt jego z rodziną był słaby. Jedynie jego matka, która przez syna stała się łącznikiem organizacyjnym, często miała możność dowiadywać się pośrednio o zdrowie syna.
Po wyjeździe jednak do Moskwy łączność ta zanikła i zdaje się, że tylko kilka razy nadeszły okrężną drogą wiadomości od Romka, że jest zdrów i … cały. To też jak grom z jasnego nieba uderzyła wiadomość jaką otrzymała za pośrednictwem urzędnika z Radomia z wiosną roku 1909:
Naczelnik więzienia w Radomiu przysłał po panią.
Serce matki odgadło, że syn jest blisko, ale w więzieniu…
Wyjechała do Radomia. Tam naczelnik więzienia przedstawił jej fotografię syna (zdjęcie to zamieściliśmy w dniu 10. 6.) Trudno było matce nie przyznać się do syna…

Ostatnie spotkanie

Po chwili odbyło się ostatnie jej z synem widzenie w obecności naczelnika więzienia i urzędników. Miało ono charakter dramatyczny.
Romek usiłował swoją siłą woli i spokój przelać na matkę, bo wiedział, że tego spokoju potrzeba jej teraz, kiedy zabrakło ojca (zmarł przed rokiem), gdy zabraknie jego, a pozostaną drobne dzieci (rodzeństwo). Dlatego wyszedł na spotkanie ze słowami:
- Trzy lata przysposabiałem mamusię do tego i dziś proszę przyjąć wszystko ze spokojem!
Wobec tego co mówiono w Końskich, nerwy nieszczęsnej matki nie wytrzymały i zapytała:
- Synu drogi, kto cię tak sprzedał?
- Mamusia się dowie. Kolega. Był u nas często przed wyjazdem, przed pierwszą rewizją w 1906 r. Tylko proszę mamy, niech się mamusia nie złości!
A na zakończeniu tego widzenia Romek rzekł do matki:
- Niech im (kolegom - bojowcom) mamusia powie: ja rozkazywałem i nigdy bym ich nie zdradził…
Był to testament Romana Piekarskiego dla kolegów.

Wyrok wykonano

Skończyło się śledztwo, odbył się sąd, zapadł nieuchronny wyrok. Matka jedzie jeszcze raz do więzienia w Radomiu. Al;e Romka już tam nie ma. Wywieziono go do „X Pawilonu” Cytadeli warszawskiej, do którego wywieziono z Końskich wielu aresztowanych, między innymi i Jaroszyńskiego.
Naczelnik więzienia w Radomiu przyjął nieszczęsną matkę serdecznie i wręczył jej ostatnią fotografię syna, dziś najdroższą pamiątkę matki - staruszki, ze słowami:
- Matko droga, nie miej do nas żalu, bo to nie my… (winniśmy jego śmierci, chciał dodać zapewne…).
Wróciła nieszczęsna matka do swych dzieci. Przyszło urzędowe zawiadomienie o wykonaniu wyroku śmierci.

List do syna

Kiedy śp. Roman Piekarski kierował swe kroki pod słup szubieniczny, od czasów Traugutta symbol męczeństwa i bohaterstwa w Polsce, walczącej o swą wolność, Jaroszyński wracał z „X Pawilonu” do Końskich na posadę w Bliżynie, największej gminie w powiecie.
A matka ś. p. Romana dostała w chwili największej rozpaczy drogą urzędową list od syna.
Oto urywek tego listu:
Droga Mamo!
Sąd nade mną odbył się dnia 1 czerwca 1909 roku, no i wyrok nie był wcale pomyślny. Nigdym się nawet takiego wyroku nie spodziewał, ale stało się…
Chcę tylko powiedzieć, żem pogodził się całkiem ze swym losem. Proszę bardzo Drogiej Mamy, aby się nie martwiła, bo to nic nie pomoże, a może szkodzić zdrowiu, które potrzebne jest do wychowania pozostałych dzieci.
Zadowolony jestem z góry, że Mama usłucha mej synowskiej rady i przestanie boleć nad moją niedolą.
Kończę, żegnając serdecznie Kochaną Mamę, braci i siostrę, oraz dalszą rodzinę, i znajomych. Żegnam Was wszystkich! Bywajcie zdrowi i szczęśliwi!
Syn Roman Piekarski

Ale nie zaznała spokoju w Końskich matka Romka, bo jak sama mówi dziś, po latach, kiedy przed paru dniami odwiedziłem ją w Skarżysku, gdzie żyje obok syna Kazimierza, ludzie - koledzy wskazywali wyraźnie na sprawcę jej nieszczęścia i wymienili nazwisko i czas popełnionej zdrady.
I dziś widać, że lata nie zdołały zatrzeć śladów tych ciężkich dni, a pogoda staruszki i jej pogodzenie się z losem jest zasługą Romka i… głębokiej wiary matki, która Krzyże Niepodległości z mieczami syna i swój, otrzymane niedawno, gdy sprawa stała się głośna z procesu, zawiesiła jako wotum przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, przed którym płonie wieczna lampka...


VIII

Lista wystąpień organizacji bojowej w Końskich, oraz lista poniesionych przez nią ofiar w ciągu dwóch przeszło lat działalności mówią same o intensywności jej działania. Kto zaś był duszą tej organizacji i motorem działania, stwierdzić się dziś da łatwo, faktem jest bowiem, że działalność ta zamarła równocześnie z aresztowaniem jej instruktora Edwarda Niwińskiego w ostatnim dniu kwietnia 1908 r.

Ucieczka i powrót

Wraz z Niwińskim został aresztowany Stanisław Zieliński. Aresztowani jako „niebłagonadiożni”, a przy tym niepełnoletni zostali na podstawie rozporządzenia gubernatora skazani na zesłanie do guberni orenburskiej. Niwińskiemu wraz z drugim zesłańcem, niejakim Skrobkiem z Bliżyna, udało się zmylić czujność eskorty i zbiec w Czelabińsku.
Ucieczka z transportu, aczkolwiek ryzykowna, była jednak niczym w porównaniu z powrotem przez kraj nieznany i obcy.
Bez pieniędzy i bez żywności wracali skazańcy bądź pieszo, bądź też kolejami „na gapę” często o głodzie, bo żyli tym, co wyprosili po wioskach rosyjskich lub nocą „upolowali” w jakiejś zagrodzie. Uproszony chleb i słonina, i upieczona w lesie kaczka, kura lub gęś stanowiły od czasu do czasu „ucztę” zbiegów.
Po sześciu tygodniach takiej wędrówki dobrnęli wreszcie uciekinierzy do stron ojczystych. Skrobek pozostał w Bliżynie, a Niwiński przybył do Końskich.
Ale cóż z tego! W domu rodzinnym nie można było przebywać, bo żandarmi i szpicle węszyli wszędzie, mając na oku rodziny podejrzane.

...Przez przeszło trzy tygodnie ukrywał się Niwiński na przemian w istniejącej jeszcze do dziś w Końskich stodole, należącej do Smerdzyńskiego, byłego powstańca z roku 1863, przy ulicy Pocztowej i w oborze Jakubowskiego przy ulicy Krakowskiej…


Dobrowolne wygnanie

Przez przeszło trzy tygodnie ukrywał się Niwiński na przemian w istniejącej jeszcze do dziś w Końskich stodole, należącej do Smerdzyńskiego, byłego powstańca z roku 1863, przy ulicy Pocztowej i w oborze Jakubowskiego przy ulicy Krakowskiej.
Kiedy o powrocie Niwińskiego dowiedziała się żandarmeria, nie pozostało nic innego, jak iść na dobrowolne wygnanie.
Dla działaczy wolnościowych jedna była droga - do Krakowa. Tam też znalazł się Niwiński. W Krakowie, dzięki poparciu znanej działaczki niepodległościowej p. Paszkowskiej, ziemianki, pochodzącej z Wilna, a działającej pod pseudonimem „Marii”; Niwiński otrzymał pracę w fabryce Zieleniewskiego.
Tymczasem rok 1908 stał się rokiem „czarnym” dla organizacji bojowych, działających na terenie Królestwa. Na skutek współdziałania z policją szpicli i prowokatorów, których nie brakło i na terenie Końskich, w ręce żandarmerii wpadły dokumenty demaskujące bojowców.

Makabryczny bagaż

Głośnym echem odbiło się aresztowanie Albina Torontowicza, instruktora okręgu lubelskiego, który z żandarmerią rosyjską współdziałał, następnie w demaskowaniu bojowców nie tylko w lubelskim, ale i w kieleckim i piotrkowskim.
Torontowicz, wypuszczony na wolność przybył do Krakowa w celu wejścia w kontakt z władzami organizacji bojowych, ofiarując w zamian za przebaczenie materiał o prowokatorach. Nie znalazł jednak wiary u swych dawnych zwierzchników i kolegów.
Wyrok zapadł i Torontowicz - zdrajca zginął, zasztyletowany na tak zwanej Trybunie w Krakowie, a zwłoki jego w koszu, z fotografią i napisem: Rosyjski prowokator i szpicel, wysłano z bagażem koleją do Włoch.
W tych warunkach policja zdołała się wiele dowiedzieć o Niwińskim, który przestał już dla niej być „niebłagonadiożnym”, a stał się niezbędnym do prowadzenia dochodzeń i śledztwa.
Tymczasem zesłaniec znikł i nie można go było ująć. Pod koniec więc roku 1908, na zarządzenie pułkownika żandarmerii w Radomiu Wasiackiego, aresztowana została matka Niwińskiego. Polecono jej z aresztu pisać do syna, że o ile wróci do kraju i potwierdzi panu pułkownikowi niektóre wiadomości (dostarczone przez szpiclów), które mu są bardzo potrzebne, to matka będzie zaraz zwolniona, a syn (Niwiński) otrzyma pieniądze i paszport zagraniczny na wolny wyjazd za granicę.
Potworne i ohydne te metody, wymyślone przez satrapów moskiewskich, najlepiej malują tragedię rodziny Niwińskich. A takich rodzin były setki, jeśli nie tysiące!
Niwiński, poświęcając matkę, nie wrócił… Napisał tylko z Krakowa kartkę, że wyjeżdża do Ameryki.
Po sześciu miesiącach matka zesłańca została zwolniona z więzienia, a Niwiński pozostał na dobrowolnym wygnaniu.


IX

Pod koniec roku 1909, kiedy aresztowania w Królestwie wśród bojowców były coraz częstsze, rosła i fala emigrantów politycznych w Krakowie, gdzie przebywał Edward Niwiński pod pseudonimem „Justyna". Rozpoczęły się też aresztowania ze strony władz austriackich pod pretekstem nielegalnego przekraczania granicy.
W tym czasie przybyli do Niwińskiego dwaj jego współkoledzy z Końskich: Wawrzyniec Kamoda i Stanisław Łyżwa. Policja aresztowała obu, a wraz z nimi i Niwińskiego. Po trzech dniach aresztu policyjnego wysłano cała trójkę do Niemiec; trójka jednak wróciła do swego gniazda krakowskiego jeszcze tego samego dnia.
Po przedstawieniu się w „Trybunie” koledze „Julianowi”, oddano „trójkę” pod opiekę Paszkowskiej („Marii”), która wysłała Łyżwę i Kamodę do Morawskiej Ostrawy, aby skomunikowali się z niejakim Kowalskim. Niwińskiego zaś skierowała do Trzebini, gdzie otrzymał pracę w hucie cynkowej.
W roku 1910, w czerwcu, Niwiński („Justyn”) otrzymał za pośrednictwem „Marii” zlecenie powtórnego wyjazdu do kraju, gdzie mieli wrócić Sękowski i Kamoda.

Nieszczęście na granicy

W nocy z 10 na 11 czerwca roku 1910 Niwiński pod kierownictwem przewodnika organizacyjnego „Cześka" z grupą ludzi, niosącą transport „bibuły", przekrada się przez granicę.
Przekradająca się grupa natknęła się na graniczną czujkę rosyjską, składającą się z trzech żołnierzy i jednego urzędnika granicznego. Wywiązała się strzelanina, w wyniku której Niwiński został niebezpiecznie ranny w lewą nogę, w pachwinę.
Niwińskiego ujęto; reszta ratowała się
ucieczką. Przy rannym znaleziono brau
ning z nabojami i paszport na nazwi
sko Edmunda Głucha, obywatela austriac
kiego.
Po 5-miesięcznej kuracji w szpitalu w Będzinie i po szczęśliwej operacji jeszcze chorego Niwińskiego - Głucha przetransportowano do więzienia w Piotrkowie, gdzie po śledztwie skazany został na 3 lata więzienia jako Głuch, obywatel austriacki.



Fieodorow zeznaje...

W międzyczasie jednak zjawił się w Piotrkowie wachmistrz policji tajnej Konstanty Fieodorow z Końskich (dziś leśniczy w Polskiej Dyrekcji Lasów Państwowych w Radomiu) i rozpoznał w skazanym obywatelu austriackim Głuchu... poszukiwanego przez żandarmerię rosyjską „niebezpiecznego bojowca" z Końskich, który miał na sumieniu między innymi szwagra Fieodotorowa, st. żandarma Warczenkę.
Akta dotyczące rozpoznania Niwińskiego przez Fieodorowa zachowały się do dnia dzisiejszego. Charakterystyczny ich urywek podajemy w reprodukcji.
Po konfrontacji Niwińskiego z Fieodorowem, który przy tym nie szczędził Niwińskiemu pogróżek w rodzaju: „Teraz już ci się nie uda ujść i będziesz wisiał za mojego szwagra Warczenkę!". Niwiński, zakuty w kajdany, został przewieziony z więzienia w Piotrkowie do Końskich, gdzie skonfrontowano go z szeregiem innych urzędników, a następnie wywieziono do więzienia w Radomiu i oddano do dyspozycji pułkownika żandarmerii radomskiej Wosiackiego (na którym wyrok wykonał wkrótce potem Smerdziński). W Radomiu rozpoczęło się dla Niwińskiego długie, męczące śledztwo, trwające przeszło dwa lata, a przeplatane demonstracjami i głodówką więźniów politycznych.

Taktyka więźnia

Więzienie radomskie było wówczas przepełnione aresztowanymi działaczami wolnościowymi.
Sojusz socjalistów - Polaków z Żydami (z Poalej Syjonem i Bundem) wydawał owoce: „bojowiec" Żyd Stern, przytrzymany na inwigilowaniu Chorenicza, „sypał", ile tylko wiedział...
W tym czasie przesunęła się też przez więzienie radomskie bohaterska postać prawdziwego bojowca, Romana Piekarskiego - Rydza, aresztowanego w Bemaule [?] na Uralu.
Gdy Piekarski stwierdza, ze został poznany nie bronił się, tylko brał na siebie wszystkie wystąpienia bojowe, jakie tylko znał, chcąc tym samym uchronić innych. Taką taktykę zawsze zalecał Piekarski swoim kolegom i podległym. Taką taktykę przyjął i Niwiński - „Justyn”, nieodrodny uczeń „Rydza”. Ś. p. Piekarski bowiem zawsze wyznawał zasadę, iż bojowiec musi być nieustraszony, ofiarny i czysty. Tej zasadzie był wierny do końca swego życia i działalnością swą i śmiercią ją potwierdził.

Katorga i wyzwolenie

Po męczącym, dwuletnim śledztwie sporządzono przeciwko Niwińskiemu akt oskarżenia za szereg wystąpień bojowych. W roku 1912 zapadł wyrok, skazujący go za poszczególne wystąpienia na 127 lat katorgi. Ze względu na niepełnoletność Niwińskiego w chwili popełnienia wykroczeń przeciwko obowiązującym w Rosji prawom wymierzono mu łączną karę 18 lat katorgi, którą zmniejszono mu w drodze różnych okoliczności łagodzących do 12 lat katorgi.
Ta niepełnoletność uratowała Niwińskiego od wiszącego nad nim stryczka.
Po wyroku Niwiński, zakuty w kajdany jako katorżnik, został wywieziony do więzienia centralnego w Pskowie, a stamtąd do Włodzimierza pod Moskwę, skąd dopiero w marcu 1917 roku uwolniła wszystkich więźniów politycznych rewolucja Kiereńskiego. Więźniowie polityczni - katorżnicy stali się wskutek przewrotu bohaterami całej Rosji…


X

W tym czasie, kiedy w Końskich, podobnie jak w całej Polsce toczyła się zacięta podziemna walka z zaborcami, a śp. Roman Piekarski - „Rydz” zdobywał sobie miano bohatera, przypieczętowane męczeńską śmiercią na stokach cytadeli warszawskiej, a Edward Niwiński - „Justyn” - miano dwukrotnego zesłańca i katorżnika inni zaś towarzysze pracy wolnościowej zdobywali śmierć, więzienie, lub wygnanie, koło tych ludzi kręcił się niemal ich rówieśnik, Stefan Jaroszyński.
W Końskich znana była rodzina państwa Firkowskich, szczególnym też poważaniem cieszyła się pani Firkowska, wielka patriotka, pamiętająca powstanie 63 roku i nienawidząca Moskali z całej duszy. Patrzyła bowiem na walkę z wrogiem, sama też doświadczyła wielu przykrości i katuszy w tej walce.
Jeden syn, Stanisław Firkowski, pracował w Kasie Skarbowej, starszy zaś, „Pan Łukasz”, był sekretarzem Magistratu.
W domu państwa Firkowskich gromadziła się młodzież na patriotyczne czytanie, któremu przewodziła i które uzupełniała swymi opowiadaniami pani Firkowska.
Pewnego razu „Pan Łukasz” przyprowadził do domu 12 letniego chłopca i oddał go pod opiekę matki, chłopca bowiem przywiózł do Końskich ojciec, aby chłopak się czegoś nauczył, gdyż skończył już dwa oddziały szkoły powszechnej.
Jak się okazało, chłopcem tym był Stefan Jaroszyński, urodzony we wsi Jesion, Gmina Machowy [Machory], powiat Opoczno. Pan Łukasz akurat chłopca potrzebował, przygarnął go więc do siebie.
Odtąd Stefek, siedząc wieczorami pod piecem, przysłuchiwał się czytaniom, dyskusjom, a czasem, gdy mu się coś podobało, w swoisty sposób reagował, zachichotał z zadowolenia, szczerząc białe zęby.
Pan Łukasz karcił go lecz wścibski Stefek zapominał o tym. Z czasem pan sekretarz zabierał Stefka do magistratu, gdzie dawał ku do adresowania koperty, a później to i owo do przepisania.
Nie długo to trwało, bo pan Łukasz wnet zmarł na suchoty. Stefek jednak znalazł już drogę do powiatu, gdzie wyszukał sobie nowego protektora w osobie Fufajkina, referenta spraw policyjnych, który był synem strażnika policyjnego.
Stefan wnet stał się przyjacielem swego protektora i odtąd „pan Stefek” już z uśmiechem na ustach i laseczką w ręku chodził po mieście, kręcąc się wśród patriotycznej młodzieży, a szczególnie przy św. p. Romanie Piekarskim.
Piekarski początkowo wtajemniczał Jaroszyńskiego w tok swej pracy organizacyjnej, wkrótce jednak przekonał się, a informacje jego były bez wątpienia pewne, gdyż ojciec św. p. Romana Piekarskiego był referentem w powiecie; że Jaroszyński ujawnił jego działalność Katinowi bądź to bezpośrednio, bądź pośrednio przy pomocy Fufajkina.
W roku bowiem 1905 [w tekście jest rok 1665; ta pomyłka i kilkadziesiąt innych w tym artykule pozwala mi zapytać - czy gazeta zatrudniała korektora?] w trakcie organizowania organizacji [uwaga jak wyżej] bojowej, na jednym z zebrań, w którym brali udział: Szafrański (u którego odbyło się zebranie przy ul. Małachowskiego [ul. Małachowskich], Piotr Łuptas, Józef Piekarski, Edward Niwiński (wszyscy żyją), Wł. Rogulski i Zawada, przybył instruktor Roman Piekarski - „Rydz” przerwał zebranie i oświadczył zebranym kandydatom na bojowców, aby wystrzegali się Jaroszyńskiego, bo do niego doszły wiadomości, że Jaroszyński wsypał go i powiedział naczelnikowi powiatu Katinowi, że Piekarski przybył z Zawiercia, gdzie pracował w spółdzielni, aby teraz w Końskich organizować kółka polityczne. Polecił też Piekarski zebranym, aby wzięli Jaroszyńskiego pod obserwację, a jednocześnie wydał na Jaroszyńskiego wyrok, oświadczając:
że może zaszkodzić bardzo organizacji i trzeba będzie go sprzątnąć.
Ci, co znali osobiście św. p. Romana Piekarskiego, wiedzą dobrze, że takich decyzji nie mógł powziąć bez uzasadnionych i pewnych informacji.
Wobec takiego oświadczenia „Rydza” zebranie bojowców natychmiast przerwano i postanowiono zmienić miejsce zebrań.
W początkach 1906 roku rozpoczęły się wśród działaczy wolnościowych aresztowania. W Stąporkowie aresztowano szereg robotników, a między nimi również nauczyciela Lipkę, oraz Zielińskiego z Końskich. Aresztowanych przewieziono do Końskich, gdzie aresztowano szereg osób, a między nimi i Jaroszyńskiego.
Aresztowanych przewieziono z więzienia do aresztu gminnego, gdzie panowały sielskie i przyjacielskie stosunki.
Nad więźniami roztoczył opiekę Fufajkin, przyjaciel Jaroszyńskiego. Jaroszyński zaś aranżował różne rozrywki, a nawet pamiątkowe zbiorowe fotografie. Na to wszystko Fufajkin patrzył bardzo „pobłażliwie”.
Po zwolnieniu z aresztu, jeżeli chodziło o urzędników gminnych, czy nauczycieli, to nie zawsze wracali na swoje posady. Jaroszyński jednak wrócił i awansował wkrótce na pomocnika sekretarza gminy Końskie. Odtąd Jaroszyński często, gęsto dostawał się do aresztu, a w roku 1909, w czasie śledztwa ś.p. Romana Piekarskiego, trafił nawet do X Pawilonu. Lecz równolegle z tymi aresztowaniami robił zawrotną jak na siebie i swój wiek karierę. Został bowiem kolejno: zastępcą referenta w powiecie, a następnie sekretarzem największych gmin w powiecie, jak Bliżyn (gdzie było pięciu pomocników), Czermno i Gowarczów gdzie przetrwał do czasu wielkiej wojny.
Oto kariera „niebłagonadiożnowo” i niepodległościowego działacza, rzekomego bojowca polskiego w carskiej Rosji.
Józef Najmoła