poniedziałek, 2 marca 2015

Pierwsze rozbicie więzienia w Końskich. Koczwara 2.11.1942 - Tworzyańscy

Bojomir Tworzyański - autor wspomnień. 
Były dowódca 7 batalionu partyzanckiego AK Okręgu Nowogródek. 
Ranny pod Szczuczynem w 1944 r. ps. „Ostoja”. 
Fotografia z książki: Bojomir Tworzyański, Tak jak pamiętam. 
AK, Ziemia Konecka i Nowogrodzka 1939-1945.

Zdrada Relampago

W drugiej połowie 1942 roku Komenda Okręgu ustaliła, że szef
 oddziału II Obwodu Koneckiego, Maks Szymański „Relampago",
 współpracował z Gestapo i występował pod pseudonimem „Trop".
 Płk. Borzobohaty, były szef sztabu Okręgu Radomskiego, którą to fun
kcję objął w 1944 roku, tak przedstawia sprawę w swojej książce Jod
ła:
... jak się potem okazało, Niemcy mieli swoje wtyczki w II refera
cie sztabu Obwodu Koneckiego. Szef referatu II „Maks", „Relampa
go" był na ich usługach i przekazywał im dane dotyczące organizacji
 obsady Obwodu. Wywiad Komendy Okręgu ustalił kontakty Maksa 
i po zbadaniu sprawy został wydany wyrok. Wykonanie wyroku plano
wano na koniec września 1942 roku. Jadąca z Radomia do Końskich 
sekcja likwidacyjna II oddziału Komendy Okręgu została zaatakowana
w pociągu na stacji Rożki i rozbita. W związku z tym likwidację Maksa 
odłożono na termin późniejszy, zerwano z nim kontakty i wszystkich 
zagrożonych ostrzeżono. Maks działał dalej i 2 listopada 1942 roku
 zdemaskował lokal komendanta Obwodu w domu Białeckich na Bu
dowie pod Końskimi. Dom został otoczony a „Brzoza", Komendant
 Obwodu, zastrzelony przez Kripo Celiniaszka podczas ucieczki. Ges
tapo usiłowało także zlikwidować znany Maksowi punkt oddziałów
 dywersyjnych na Koczwarze koło Końskich w domu Tworzyańskich. Prze
bywający w tym czasie w domu cichociemny NN z radiostacją i kuzyn
 Tworzyańskich Andrzej Wybraniec uciekli do lasu, uciekli również 
ostrzeliwując się - Stanisław Białecki i Bojomir Tworzyański. Nato
miast Tomir Tworzyański, szef VI referatu, zginął od kuli gestapowca,
 a ranną zaś, matkę Tworzyańskich Gestapo przewiozło do więzienia
 w Końskich...


Koczwara, dom Tworzyańskich od strony południowej, fotografia zapewne z lat 60. i współczesna. Foto. w zbiorach KW.


Tak jak pamiętam - Bojomir Tworzyański

Pragnę sprostować i uzupełnić informacje płk. Borzobohatego.
Z chwilą, gdy pierwsze poszlaki o współpracy Maksa z Gestapo i potwierdzenia ich prawdziwości zostały podane nam do wiadomości, po naradzie z komendantem Obwodu, Tomir Tworzyański udał się do Komendy Okręgu w Radomiu i zażądał aprobaty, aby wyrok został wykonany natychmiast przez oddział likwidacyjny dywersji Obwodu, lecz Okręg kategorycznie odmówił. Po powrocie Tomira zwróciliśmy się do Komendanta Obwodu, kpt. Stoińskiego, aby sam w zakresie swoich kompetencji, do czego miał pełne prawo, udzielił zezwolenia - nie zgodził się.
Od września do listopada to więcej niż jeden miesiąc, w czasie którego wielu kluczowych przywódców podziemia w Końskich zostało pozostawionych na pastwę losu przez Komendę Okręgu. Był to okres wyraźnego braku organizacji i dowodzenia w Okręgu, który przeciągnął się do 1943 roku i poważnie zaważył również na losach por. Jana Piwnika „Ponurego". Zakończył się usunięciem „Ponurego" z Gór Świętokrzyskich za brak subordynacji. Niestety, tragedii, która spotkała nas 2 listopada 1942 roku można było uniknąć. Należało wykonać wyrok samemu i nie przyznać się. Trzeźwość umysłu „Cumulusa" i odbicie przez niego więźniów z więzienia w Końskich pomniejszyło straty w ludziach.
Co mnie uderzyło w opisie płk. Borzobohatego - to przejście do porządku dziennego nad opóźnieniem wykonania wyroku na Maksie o ponad jeden miesiąc. W moim pojęciu decyzja tego rodzaju była niedopuszczalna. Niewątpliwie Maks „sypałby" dalej, gdyby nie inicjatywa „Cumulusa", który 24 grudnia 1942 roku wyczekał odpowiedni moment i wykonał ze swoim kolegą wyrok na „Maksie". „Cumulus" został w tej akcji lekko ranny w rękę.

Natalia Tworzyańska (Matka). 
Zamordowana przez Gestapo w 1942 r. 
Fotografia z książki: Bojomir Tworzyański, Tak jak pamiętam.

Teresa Białecka-Tworzyańska. 
Uwolniona z więzienia w 1942 r. przez grupę „Cumulusa”. 
Fotografia z książki: Bojomir Tworzyański, Tak jak pamiętam.


Pierwsze rozbicie więzienia w Końskich

Bezpośrednio po aresztowaniach, wczesnym rankiem 2 listopada 1942 roku Gestapo osadziło aresztowanych w więzieniu w Końskich z zamiarem, jak dowiedzieliśmy się później, powieszenia wszystkich na rynku w Końskich 3 listopada 1942 roku.
Pragnę przytoczyć incydent który miał miejsce w więzieniu w Końskich. Tuż przed uwolnieniem z więzienia, siostry Teresa i Janina Białeckie były zamknięte w jednej celi, w której stały stare beczki. Naraz rozlega się potworny krzyk, strażnik otwiera drzwi i pyta o co chodzi. Teresa Białecka siedzi na beczce i żąda przeniesienia do innej celi, bo w tej są myszy. Strażnik pokiwał głową z niedowierzaniem i powiedział: Kobiety, jutro będziecie powieszone na rynku, a teraz myszy się boicie ? i zamknął drzwi.
Niezawodny „Cumulus" ze swojej własnej inicjatywy postanowił rozbić więzienie i uwolnić aresztowanych. Zebrał swoją grupę, w skład której weszli między innymi: Chojniarz, Tadek Jencz, Lutek Zasada, Kotulski i Stanisław Kołodziejczyk. Późnym wieczorem, uzbrojeni, udali się do jednego z członków granatowej policji, zabrali od niego karabin, amunicję i umundurowanie. „Cumulus" przebrał się w płaszcz policyjny, zawiesił karabin na ramieniu i ustawił swoją drużynę „gęsiego". Każdy trzymał wspólny łańcuch w lewej ręce, a w prawej zaciskał rękojeść rewolweru. „Cumulus" na przodzie prowadził środkiem ulicy niby to skutych „przestępców" do więzienia w Końskich na ulicy Jatkowej. Podchodzą do drzwi, „Cumulus" stuka, uchyla się „judasz" w drzwiach i ktoś pyta:
- Kto tam?
„Cumulus" odpowiada, że przyprowadził więcej „ptaszków". Osobnik przy drzwiach, widząc przez „judasza" mundur granatowego policjanta, otwiera z pełnym zaufaniem drzwi i mówi:
- Dawaj ich.
Część weszła do środka więzienia, a paru zostało na zewnątrz na osłonie. Z chwilą wejścia na teren więzienia łańcuch opadł na ziemię, jednym strzałem zostało zakończone życie naczelnika więzienia, a reszta załogi obezwładniona. Przerwano natychmiast połączenia telefoniczne, otworzono cele, część mężczyzn była skuta do wspólnego łańcucha, wyprowadzono wszystkich. Skuci mężczyźni nie czekając na dalsze instrukcje zaczęli uciekać kierując się na wieś Pomyków w kierunku na Smarków. W końcu dogonili ich dywersanci z grupy „Cumulusa", którzy przed Smarkowem spotkali grupę chłopów eskortującą skutych więźniów z powrotem do Końskich, gdzie mieli zamiar oddać ich w ręce Niemców. Wracają do Smarkowa, następuje rozcięcie kajdan. Druga część grupy „Cumulusa" z odbitymi z więzienia niewiastami przez pola uciekła w kierunku na Kornicę na punkt kontaktowy. Rozprowadzono uwolnionych na różne meliny.


Tablica pamiątkowa ufundowana przez żołnierzy AK Gór Świętokrzyskich, upamiętniająca walkę z Gestapo w domu rodzinnym Tworzyańskich na Koczwarze k. Końskich 2 listopada 1942 roku. Tablica poświęcona pamięci Natalii i Tomira Tworzyańskich. Foto. KW.


Dziesiątek różańca

Niestety między uwolnionymi nie było Natalii Tworzyańskiej. Nikt nie wiedział, że trzymali ją w celi szpitalnej. Nazajutrz wywieziono Natalię Tworzyańską do więzienia Gestapo w Radomiu, gdzie została poddana potwornym torturom. Po pewnym czasie udało się nam nawiązać z nią kontakt za pomocą grypsów przenoszonych przez Siostry Szarytki. Natalia Tworzyańską miała na skutek pobicia dwa wylewy wewnętrzne i według słów Szarytek zacisnęła usta i nie odezwała się słowem udając, że jest w stanie szoku.
Otrzymaliśmy od niej dziesiątek różańca zrobiony przez nią z czarnego chleba, który rodzina pielęgnuje jak relikwię. Wiadomość, że ja i Stach uniknęliśmy aresztowania sprawiła jej ulgę.

Pojechaliśmy ze Stachem Biełeckim do Warszawy i zaczęliśmy kołatać do Komendy Głównej, aby nam dali kontakty celem wykupienia matki. W krótkim czasie dostajemy kontakt. Gestapo żąda 300.000 złotych. Na ówczesne czasy była to bardzo pokaźna suma, jednak udaje nam się zebrać tę sumę i wpłacić. Czekamy cierpliwie. Pewnego dnia dostajemy wiadomość od Sióstr Szarytek, że rzeczywiście Gestapo p. Tworzyańską zwolniło, jedna z Szarytak szła za nią w pewnej odległości. Wyszły na szosę do Szydłowca, wtem nadjechał niemiecki samochód, zabrał p. Tworzyańską i od tej pory ślad po niej zaginął.
Cześć Jej Pamięci.

Tomir Tworzyański Borsuk. 
Zginął w walce z Gestapo w 1942 roku. 
Fotografia z książki: Bojomir Tworzyański, Tak jak pamiętam.

Stanisław Białecki ps. „Scevola”. 
Fotografia z książki: Bojomir Tworzyański, Tak jak pamiętam.


Wydarzenia w Koczwarze 2.11.1942

W dniu 31 października 1942 roku przyjechał na Koczwarę do domu Tworzyańskich radiooperator Komendy Głównej i rozpoczął komunikację szyfrową z Londynem. Zawsze byliśmy przygotowani na wszelką ewentualność, mając pod ręką broń i granaty. Drugiego listopada około godziny 4 nad ranem rozległo się stukanie do drzwi. Tomir Tworzyański schwycił rewolwer i podszedł do okna, natychmiast wpadł do naszego pokoju i powiedział:
- Panowie, Niemcy.
Skradając się po ciemku podszedł do oszklonych drzwi werandy i strzelił wprost w piersi stojącego za drzwiami gestapowca. Niemcy otworzyli ogień. Radiooperator z ekwipunkiem i szyframi razem z kuzynem Tworzyańskich, Andrzejem Wybrańcem, skoczyli przez tylne drzwi do ogrodu i uciekli do lasu. Niemcy jeszcze nie zdołali obstawić tyłu domu i sporadycznie strzelali w okna. Tomir Tworzyański przeszedł do okna wychodzącego na zachód, tak w domu jak i na zewnątrz było zupełnie ciemno. Nagle - strzał z zewnątrz, kula trafiła Tomira w czoło i utkwiła między dwoma płatami mózgu. Pozostało nas dwóch, Stanisław Białecki i ja. Miałem na sobie białą koszulę, spodnie do długich butów i bose nogi. Nie było czasu do stracenia. Stanisław miał w ręce stary pistolet Stayera, a ja nowy pistolet ze zrzutu i jeden granat, na nieszczęście zaczepny. Tomir Tworzyański leżał w kałuży krwi na podłodze, w drugim pokoju znalazłem matkę, nie dającą znaku życia, leżącą na ziemi. Podejmujemy decyzję, Stanisław otwiera drzwi od tyłu domu i wychyla się na zewnątrz, odróżnia w ciemności na rogu domu od strony wschodniej sylwetki ludzi. Jedna z nich wysuwa się naprzód i odzywa się po niemiecku, myśląc, że reszta ekspedycji już opanowała dom. Stanisław strzelił wprost do mówiącego i cofnął się do domu zamykając drzwi. Przeszedłem na drugi koniec domu do okna, zaczynało świtać, widoczność była jeszcze bardzo ograniczona, zdołałem jednak odróżnić postacie ludzkie pochylone nad leżącą osobą na ziemi. Wróciłem szybko do Stanisława, wyciągnąłem zawleczkę z grantu, granat był stary i przez myśl mi przeszło - wybuchnie czy też nie - puściłem rączkę i liczyłem do czterech. Stanisław otworzył drzwi, rzuciłem granat na grupę Niemców w dalszym ciągu stojących na rogu domu. Granat musiał być co najmniej metr nad ziemią gdy huk targnął powietrzem, a my obydwaj wyskoczyliśmy z domu i popędziliśmy jak szaleni, pod osłoną alei przekwitłych mimoz, w stronę lasu odległego o 400 metrów od domu. Byliśmy dobre 100 metrów od domu, kiedy Niemcy otworzyli ogień. Zaczęły mi gwizdać kule po obu stronach głowy, zacząłem biec zygzakiem i krzyknąłem do Stacha, czy strzelają do niego. Odkrzyknął, że nie i krzyknął:
- Zrzuć białą koszulę
- co natychmiast uczyniłem. Mimo dalszej strzelaniny nie słyszałem już gwizdu kul. Dotarliśmy do lasu, po ciemku zamiast wyjść w kierunku na wieś Barycz, zmyliliśmy w podnieceniu drogę i nad ranem wyszliśmy na Niekłań. Był już dzień, kierujemy kroki w stronę domu Zdzienickich. Obserwujemy dom przez dłuższy czas, w pewnym momencie wychodzi z domu niewiasta i po paru minutach wraca z powrotem. Zachowanie jej utwierdziło nas w przekonaniu, że Niemców nie było w środku. Podchodzimy bliżej, Stasiek podszedł do drzwi, ja pozostałem chwilowo w krzakach koło domu. Drzwi otworzyła Pani Zdzienicka, bardzo zdenerwowana. Powiedziała nam, że Gestapo opuściło jej dom przed godziną. Dostaliśmy ubranie, buty, bo byłem boso, i coś cieplejszego do nałożenia na siebie, ponieważ tego ranka był silny przymrozek, a ziemia była lekko zmarznięta. Dostaliśmy dobre śniadanie i opowiedzieliśmy pani Zdzienickiej, co zaszło u nas na Koczwarze. Z Niekłania skierowaliśmy się w stronę Końskich, aby nawiązać kontakt z naszymi placówkami. Na noc zatrzymaliśmy się w jednej wsi pod Końskimi. Lokalna placówka dla naszego bezpieczeństwa wystawiła w nocy uzbrojone w karabiny warty. Podeszliśmy bliżej Końskich i dowiedzieliśmy się o uwolnieniu więźniów. Siostry Stanisława Białeckiego, Teresa i Maria, zostały odwiezione poza Końskie, na melinę Obwodu.

Bojomir Tworzyański

[w: Bojomir Tworzyański,
Tak jak pamiętam. AK, Ziemia Konecka i Nowogrodzka 1939-1945, Łódź 1995]

Fragment okupacyjnych wspomnień Henryka Seweryna Zawadzkiego dotyczący opisywanych wydarzeń. Proszę zwrócić uwagę na różnice w datach. 
Maszynopis i zapiski wspomnień Henryka Seweryna Zawadzkiego w zbiorach KW.