niedziela, 8 marca 2015

Grażyno gdzie jesteś (cześć 2)

Do pomnika podchodzę z mieszanymi uczuciami. 
Trzymam w ręku zapalony znicz i nie wiem, gdzie mam go ustawić. 
Partyzanckie mogiły przeorane zostały brukową kostką dla wygody składających kwiaty.
Kto tak właśnie zaprojektował najbliższe otoczenie pomnika, 
za nic mając prochy spoczywających tu poległych i ich rodziny?
– Tu, pod tą kostką, jest mogiła mojego ojca – powiedział Bolesław Borowiecki, syn poległego pod Brzeźnicą koło Gowarczowa 12 grudnia 1944 r. Ludwika Borowieckiego ps. „Młot”.
– Mogiła „Robota” jest pośrodku, a „Grażyny” tuż obok, na prawo.
Wszyscy składający kwiaty, zapalający znicze i oddający honory poległym, 
depczą po ich mogiłach (fragment 1 części) Foto. Lata 60.


Pamięć o zmarłych jest probierzem uczuć społecznych, 
a tam, gdzie groby porastają chwasty, tam i serca ludzkie chwast okrywa. 
(Jan Luboński, Monografia historyczna miasta Radomia, Radom 1907, s 238) 
Jan Luboński nie przewidział, że zamiast chwastów mogiły pokryć może bruk chodnika.


Jak już napisałem wcześniej, Grażyna Maria Śniadecka „Grażyna Ossolińska”, „Marta” dołączyła do oddziału chwilę przed akcją pod Berezowem 12 lipca 1943 roku.
C. Chlebowski w Czterech z tysiąca, tak ją opisał prezentując żołnierzy ppor. „Robota”:
Przy nich kręciła się „Grażyna” – Grażyna Śniadecka, niespełna osiemnastoletnia maturzystka z tajnych kompletów, a już doświadczona konspiratorka z warszawskiego małego sabotażu. Miała za sobą także „wachlarzowską” służbę. To ona przecież, gdy trzeba było ewakuować z Brześcia w styczniu 1943 r. zagrożoną aresztowaniem matkę ppor. „Motora”, jeździła tam, przez pilnie strzeżoną granicę na Bugu z fałszywymi dokumentami dla starszej pani, Na razie miała za zadanie jechać do lasu tylko na trzy dni, poznać miejsce pobytu oddziału, a następnie wrócić do Warszawy i stać się łączniczką Komendy Głównej AK ze zgrupowaniem. Ale gdy tylko ujrzała Wykus, gdy poznała atmosferę partyzanckiego lasu, zbuntowała się, stanęła z płaczem przed komendantem, odmówiła wyjazdu do Warszawy i tak długo – becząc błagała „Ponurego”, że ją wreszcie wcielił jako prostego żołnierza pod komendę „Robota”.[1]
Ten opis, w świetle dziennika Staszka Wolfa zupełnie niezgodny z prawdą, przedstawia Grażynę, jako zapłakaną upartą kozę. Nigdy taką nie była.

Nasza opowieść nie będzie opisem działalności „robotowców”. Nie opowiem o wszystkich akcjach oddziału, a głównie o tych w których zapamiętano „Grażynę”. Choćby niewielkim epizodem. Również i w nich nie zawsze pojawi się postać tej dzielnej dziewczyny, ale przybliżyć państwu również warunki w których przyszło jej żyć.
Spróbujmy, na podstawie kruchych fragmentów wspomnień, odtworzyć jej historię.


Obława na Ponurego w lasach iłżeckich

Akcja pod Berezowem, była dla Niemców sygnałem, że najwyższa pora przestać ignorować doniesienia o poszczególnych akcjach partyzanckich i traktować je jako przypadkowe ekscesy. Berezów wyraźnie pokazał im, że mają do działania z większym dobrze wyszkolonym i uzbrojonym zgrupowaniem, przygotowanym do walki z frontowymi żołnierzami.
Do akcji przeciw zgrupowaniu „Ponurego” skierowano cztery tysiące [2] żandarmów, policjantów, żołnierzy Ostlegionu z Końskich. Skarżyska, Starachowic, Kielc i innych pobliskich posterunków. [3] Uderzenie 17 lipca trafiło jednak w pustkę. [4] Oddziały zgrupowania opuściły Wykus i przeniosły się w lasy iłżeckie.
„Ponury” założył obóz w odległości 2,5 km na północ od Klepacz [5], pomiędzy działkami 8 i 9, blisko leżni H (tzw. austriackiej). (…) zjawił się u ojca na leśniczówce [6] wyjaśniając sytuację. Powiedział, że wojsko trochę zmęczone ostatnimi walkami w lasach świętokrzyskich i chciałby mieć kilka dni odpoczynku. Rozumiem, rzekł, że ma pan obowiązek meldowania o pojawieniu się tzw. „band” i będzie pan musiał to zrobić. Chciałem jednak prosić aby pan to zrobił możliwie najpóźniej. (…) Natychmiast po odejściu „Ponurego” z leśniczówki zostałem wezwany przez ojca, który polecił mi abym z Wacławem Grolmanem (…) pojechał na leżnię K i w miejscu gdzie przewody telefoniczne zwisają nisko nad ziemią, przeciął je. [7]

Leśniczy Marian Langer.
M. Langer, Lasy i ludzie, Warszawa 1993.

W uzgodnionym terminie ojciec pojechał do nadleśnictwa, meldując obecność w lasach partyzantów, o nieznanym miejscu obozowania. Podał, że nie wolno jest poruszać się po lesie i tylko z trudem udało mu się przedostać do Kuter, skąd pożyczonym rowerem dotarł do nadleśnictwa w Marculach. [8]

Leśniczówka Klepacze.
M. Langer, Lasy i ludzie, Warszawa 1993.

Zatrzymajmy się na chwilę. Marian Langer w swoich wspomnieniach (w pominiętym fragmencie) podaje, że jego ojciec miał zgłosić pobyt „Ponurego” na swoim terenie w piątym dniu od przeprowadzonej rozmowy. Po czym stwierdza, że w umówionym terminie ojciec pojechał do nadleśnictwa. Nie jest to możliwe, wg relacji Langera, najpierw jego ojciec zgłosił obecność oddziału, a dopiero później, niejako na podstawie zgłoszenia, rozpoczęła się obława. Oddział Ponurego pojawił się w lasach leśnictwa Klepacze 21 lipca, a niemiecka obława dotarła w to miejsce 24 lipca, a więc dzień przed ustalonym terminem.

22 lipca por. Antoni Heda „Szary” nawiązał kontakt z „Ponurym” i na dzień 24 lipca wyznaczono akcję na Iłżę. [9] Jednak i tu dosięgła oddziały zgrupowania niemiecka obława i zniweczyła zamiary „Ponurego”.

Tym razem jednak, wg słów Mariana Langera, syna leśniczego Mariana Langera, zdecydowanie słabsza.
Oddział żandarmerii utworzony z żandarmów zebranych z okolicznych miasteczek: Iłży, Tarnowa, Lipska, Ostrowca, Starachowic, Skarżyska, w sile 130 do 150 ludzi zapuścił się w lasy, zdążając najwyraźniej w stronę obozu „Ponurego”. Oddział ten wyruszył o godzinie 6. rano w dwóch grupach. Jedna grupa, licząca około 60 ludzi, wyruszyła z Brodów Iłżeckich a druga z rejonu Marcul. Obie grupy spotkały się około godz. 11. w Kuterach, u wylotu drogi biegnącej z Marcul. [10]

W okolicach Kuter Langer natknął się na niemiecką obławę. Dzięki temu mamy rzadką możliwość obserwować akcję niemiecką widzianą od strony przeciwnika.

Marian Langer, syn leśniczego Langera.
M. Langer, Lasy i ludzie, Warszawa 1993.

Gdy byłem dość blisko skrzyżowania, na zaczęli się wysypywać ludzie w niemieckich mundurach, idący z południa czyli od strony Brodów Iłżeckich. Widząc mnie zaczęli mnie przywoływać machając rękami. Zrozumiałem, że jest to patrol od „Ponurego”, który prawdopodobnie potrzebuje informacji. Po zbliżeniu się na małą odległość doszedłem do wniosku iż mam do czynienia z oddziałem niemieckiej żandarmerii. Na ucieczkę było trochę za późno. (…) Dowódca w stopniu oberlejtnanta (porucznika) kazał mi z nimi iść drogą w kierunku leśniczówki. Za nami w szyku rozproszonym maszerowało kilkudziesięciu żandarmów, bokami przez pola maszerowały ubezpieczenia boczne. (…) Zdziwiony byłem, że przed nami nie szło żadne ubezpieczenie. Powiedziałem to porucznikowi, że my idziemy na samym przedzie, a skąd możemy wiedzieć czy na skraju przeciwległego lasu nie leżą bandyci i nie ostrzelają nas. (…) Prosiłem go aby mnie zwolnił do domu, bo oni tu walczą z bandytami, a ja tu jestem niepotrzebny i tylko mogę oberwać kulą. [11]
Dowodzący obławą nie zwolnił Langera. Wprost przeciwnie, do Langera został jeszcze dołączony po drodze leśniczy Kozłowski z bratem i młody człowiek pracujący w gospodarstwie leśnym.
Niemcy najwidoczniej bali się, że ktoś może zawiadomić „Ponurego” o zbliżającej się żandarmerii i na wszelki wypadek zabierali ze sobą wszystkich napotkanych mężczyzn. Gdy doszliśmy do obrzeża lasu, zrozumiałem dlaczego Oberleutnant szedł na czele oddziału bez ubezpieczenia przedniego. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć leżeli po lesie rozproszeni żandarmi. Wiedział o tym i nie musiał się bać. [12]
Po dojściu do miejsca stacjonowania majora dowodzącego akcją, zwolniony został leśniczy Kozłowski i jego brat. Mariana Langera i młodego robotnika leśnego zatrudniono do niesienia ciężkich skrzyń z radiostacją.
Zgrupowanie niemieckiej żandarmerii uporządkowało swe szyki na działce 14., rozwijając się na długości około 300 m w tyralierę. (…) Widać było, że na końcu lewego skrzydła znajdowało się dwóch granatowych policjantów, który potem znikli bojąc się prawdopodobnie rozpoznania przez prowadzonych cywilów. Gdy tyraliera ruszyła przyjmując kierunek wschodni, las był stosunkowo rzadki i widoczność sięgała na odległość ponad 100 metrów. Niemcy szli w odległości średnio 2 metry jeden od drugiego. Wkrótce jednak las gęstniał i Niemcy stopniowo tyralierę skracali powiększając jej głębokość, przechodząc w tzw. rój. Żandarmi poruszali się w milczeniu, zwracając uwagę na dowódcę, który wydawał im polecenia za pomocą znaków. Widać było u Niemców dobre wyszkolenie w zakresie walk leśnych. Wiedzieli że idąc cicho, mogą zaskoczyć napotkane ubezpieczenie partyzanckie. Częste były wypadki, że partyzant zmęczony wielogodzinnym marszem nocnym, potrafił zasnąć leżąc na ubezpieczeniu. Słoneczne ciepło i cichy szum poruszanych wiatrem gałęzi stwarzały atmosferę sprzyjającą drzemce.
Gdy tylko Niemcy ruszyli zdawałem sobie sprawę z tego, że w rejonie spalonej gajówki Bekowiny muszą wejść na placówkę „Ponurego”, która zajęła stanowisko przy leżni H, po wschodniej stronie drogi łączącej Budy Brodzkie z Piotrowym Polem. (…) W dniu poprzednim jadąc rowerem leżnią H wjechałem na tą placówkę. (…) Placówkę obsadzała drużyna, która wg przedwojennych regulaminów, liczyła łącznie z dowódcą 19 ludzi. Dowódca, podoficer, uzbrojony był w pistolet maszynowy Sten, pozostali żołnierze w karabiny. Drużyna miała karabin maszynowy polski, tzw. rkm wz. 28. Dla zabicia czasu żołnierze grali w karty. (…)
Niemcy posuwając się w kierunku obozu „Ponurego” szli powoli, często robiąc kilkuminutowe odpoczynki. Po przejściu bardzo gęstych zarośli przekroczyliśmy działkę 12. i weszliśmy w stary dębowy las bez podszycia. Na skraju tego lasu major zarządził dłuższy odpoczynek. Przed nami rozciągał się teren wyrąbany lub pokryty małymi krzakami dębiny. Za nami widoczna była ściana młodego lasu w którym przebywała placówka ubezpieczająca „Ponurego”. Niemcy najwidoczniej nie wiedzieli o niej, gdyż nie wystawialiby się przed jej frontem jak na dłoni. Placówka znajdowała się za niewielką górką i bezpośredniej widoczności w kierunku Niemców nie miała. Grzbiet górki pokryty był metrowej wysokości kępami dębowych krzaków, w których możliwe było dobre zamaskowanie żołnierzy i karabinu maszynowego. Można było stamtąd strzelać do odkrytych Niemców jak do kaczek. Odległość rzędu 100 m gwarantowała dobrą skuteczność ognia. Należy przypuszczać, że na górce umieszczone było ubezpieczenie placówki, w postaci czujki. Jeśli tak było i czujka ostrzegła placówkę o zbliżających się Niemcach, to sytuacja nie została wykorzystana.
Z chwilą rozpoczęcia dalszego marszu wiedziałem, że za chwilę usłyszę syczały i zacznie się bój. Widziałem oczami wyobraźni partyzantów zajętych grą w karty i bałem się bardzo że partyzanci zostaną zaskoczeni. Jedynym ratunkiem dla nich będzie ucieczka. Niemcy po znalezieniu się na górce będą mieli doskonały wgląd w pozycje placówki i to z odległości rzutu granatem.
W pewnej chwili moje obawy zostały przerwane. Prawe skrzydło niemieckiej tyraliery (…) zostało dostrzeżone przez dwuosobową czujkę „Ponurego”. (…) Widziałem jak dwóch ludzi w cywilnych ubraniach poderwało się do góry i zniknęło w ścianie lasu. Poruszały się jeszcze gałęzie po ich ucieczce, a kilkudziesięciu żandarmów strzelało w to miejsce z karabinów. Chociaż nikogo nie trafili to jednak ogień jaki prowadzili był przerażająco silny. [13]

Obawy Mariana Langera choć nie bezpodstawne, okazały się przedwczesne. Oddajmy w tym miejscu głos Antoniemu Hedzie „Szaremu”, który w tym właśnie momencie znajdował się w obozowisku porucznika „Ponurego”.

Antoni Heda „Szary”.
A. Heda, Wspomnienia „Szarego”.

Kończyliśmy właśnie spożywać obiad, kiedy przybiegł goniec z leśniczówki z meldunkiem na piśmie: „Uprzątnąć jodłę z drogi, gdyż dzisiaj nastąpi wywóz drewna”. Był to znak, że zbliża się w naszym kierunku obława i to dzisiaj. „Ponury” natychmiast zarządził zbiórkę dowódców i wysłał konnych zwiadowców w różnych kierunkach. Zanim te pierwsze kroki zostały poczynione, odezwały się pojedyncze strzały od zachodniej strony, od Błazen. [14]

Na wysuniętej placówce, o którą tak obawiał się Marian Langer, był pluton „robotowców”. Pierwsze wiadomości o Niemcach przywiozła na koniu „Grażyna”. [15]

Nastąpił alarm w obozie. Jeden pluton wysłany został by powstrzymać nadciągającego wroga, a tymczasem formowano wozy i kierowano je na wschód, w stronę przeciwną do nadciągającej obławy. [16]

Akcja na Iłżę tak skrupulatnie przygotowana nie doszła do skutku. Może to i lepiej. Antoni Heda ze zdziwieniem odnotował, że plan akcji był przygotowywany w obecności wielu postronnych osób, bez zachowania w takich przypadkach koniecznej tajemnicy. Szczególną uwagę zwrócił na Jana Wojnowskiego „Motora”, wobec którego już wtedy miał podejrzenia, że współpracuje z Niemcami. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Wojnowski mógłby znaleźć sposób powiadomienia Niemców o planowanej na Iłżę akcji, która w tym momencie stałaby się dla oddziału krwawą porażką.

Podsumujmy ten rozdział analizą niemiecką zawartą w protokóle z posiedzenia Sztabu Gospodarki Wojennej i Komisji do Spraw Obrony GG z dnia 22 października 1943 r.:
Walka z bandytyzmem (…) Zwykłe penetrowanie lasów nie da żadnego efektu, gdyż bandyci znają wszelkie ukryte ścieżki. A więc okrążenie bandytów z zewnątrz jest niemożliwością; akcję trzeba rozpocząć od wewnątrz. [17]


Dalsze akcje „robotowców”

„Robot” nie zagrzebywał gruszek w popiele. W kilka dni po powrocie ze zgrupowania w lasach iłżeckich, dał znać Niemcom o swoim powrocie na teren ziemi koneckiej. W nocy z 19 na 20 sierpnia, miała miejsce akcja na pociąg towarowy w okolicach przystanku kolejowego Wąsosz Konecki. W akcji tej „robotowcy” współpracowali z późniejszym plutonem koneckim dowodzonym przez „Allana” Tadeusza Jencza. Miejsce koncentracji oddziałów wyznaczono na północny – wschód od leśniczówki Kamienny Krzyż. [18]
Noc z 31 sierpnia na 1 września to tzw. „konecki wrzesień” i opanowanie miasta na kilka godzin przez zgrupowanie „robotowców”. Od tej akcji zupełnie zmienił się wygląd plutonów i wyróżniał się na tle pozostałych oddziałów zgrupowania por. „Ponurego”. Każdy z partyzantów otrzymał kompletne umundurowanie zdobyte w koneckich magazynach.

Pluton Warszawski, Zgrupowanie ppor. „Robota”. Zdjęcie wykonane zostało po akcji na Końskie. Wykus – koncentracja wrześniowa
Pierwszy rząd od prawej: „Azor” – Piotr Downar, „Karolek” - Karol Waligórski, „Staszek” – Stanisław Wolf, „Wydra” - Stanisław Underlich, „Jasiek” – Jan Rychter, „Jacek” – Jacek Szperling, „Komar” – Jan Materek.
Drugi rząd, od prawej: „Sokolik” – Henryk Fąfara, „Grażyna” – Grażyna Śniadecka
W. Borzobohaty, „Jodła”, C. Chlebowski, Cztery z tysiąca.


Akcja na pociąg urlopowy 
w Wólce Plebańskiej 4 września 1943 [19]

Akcja na pociąg w Wólce Plebańskiej była z kilku względów nietypowa. Po pierwsze została przeprowadzona zaledwie kilka dni po głośnej akcji na Końskie, która postawiła na nogi wszystkie posterunki niemieckie. Po drugie, przeprowadzona została w biały dzień. Po trzecie, Niemcy, na których miał za chwilę nastąpić atak, pozdrawiali partyzantów „Robota” z uśmiechem machając do nich rękami. Jest jeszcze jeden powód dla którego uważamy akcję za nietypową, ale ten podam w podsumowaniu tego rozdziału.

Żołnierze do akcji przygotowali się już wieczorem 3 września. Pobudka w leśnym obozie ogłoszona została o godz. 5.30. Po szybkim śniadaniu ogłoszono pogotowie bojowe. Około godz. 8.00 oddział, bez taboru i zbędnego ekwipunku, wyruszył z biwaku pod Wielką Wsią do Wólki Plebańskiej. Ostatni kilometr przez otwartą przestrzeń pól przebyli w trójkowym szyku ubezpieczonym. Był to charakterystyczny dla Niemców sposób marszu oddziałów wojskowych.
Moment ten relacjonował kpr. pchor. Henryk Smalc „Herwin”, erkaemista z 2 plutonu: Wkraczamy do wsi. Ludzie ujrzawszy nas, zaczęli w panice uciekać w pole, sądząc, że to Niemcy. Tym bardziej, że wszyscy byliśmy umundurowani w niemieckie mundury robocze, które trzy dni temu „zafasowaliśmy” w Końskich, a które miały nam dziś ułatwić opanowanie pociągu. Szybko wyprowadziliśmy ludzi z błędu, gdy zaśpiewaliśmy piosenkę „Nie masz to jak partyzanty”. [20]

Oddajmy głos uczestnikowi tej akcji, Tadeuszowi Chmielowskiemu „Bartkowi”:

Tadeusz Chmielowski „Bartek”.
H. Sasal – Sadowska, W poszumie lasów koneckich, Kraków 1983.

Przed południem 4 września oddział (…) doszedł do stacji, po opanowaniu której zajął stanowiska wzdłuż północnej strony linii kolejowej. Leżeliśmy równolegle od oddalonego, o najwyżej 20 metrów toru: 3 pluton na lewym skrzydle, 1 pluton – w środku, dalej część 2. plutonu i na skraju prawego skrzydła ckm. Po drugiej stronie toru zajęła stanowiska ogniowe grupa z 2-go plutonu z rkm-em dowodzona przez „Kmicica” – aby przeszkodzić Niemcom w ewentualnej ucieczce z pociągu. (…) Nie czekaliśmy długo. Najpierw ukazał się dym i za kilka minut ujrzeliśmy pociąg, lecz nie ten oczekiwany przez nas. Zamiast niego nadjechał pociąg osobowy i zatrzymał się pod semaforem. Połowa wagonów zarezerwowana była „Nur fur Deutsche”, o czym informowały odpowiednie napisy. Z wagonów tych wyglądali teraz w naszą stronę umundurowani Niemcy, którzy sądząc, że jesteśmy ćwiczącym oddziałem Wehrmachtu, uśmiechali się i machali do nas rękami. [21]

Na to właśnie liczył „Robot”. Na kompletne zaskoczenie niczego nie spodziewających się Niemców jadących pociągiem urlopowym (Urlauberzug). „Taki pociąg urlopowy – jak wyjaśniał „Bartek”, - był najdogodniejszy do zdobycia ze względu na niezorganizowany charakter masy żołnierskiej, niezdolnej przeto do efektywnej obrony”. [22]

Miejsce akcji pod Wólką Plebańską i usytuowanie semafora pod którym zatrzymał się niemiecki pociąg urlopowy.

Również tym razem zastosowano wielokrotnie sprawdzoną metodę. Opanowano budynek stacji i opuszczono semafor zatrzymując ruch. Nadjeżdżający pociąg ustawił się między niekryjącymi swej obecności stanowiskami partyzantów.
Rozkaz „Robota” do opuszczenia pociągu i poddania się został przyjęty z dużym zdziwieniem. Seria z cekaemu, który wkrótce i tak się zaciął, wyjaśniła sytuację i Niemcy rozpoczęli nieskładny, pozbawiony dowództwa opór.
Teren wzdłuż linii kolejowej jest płaski i odkryty, pozbawiony wszelkich naturalnych osłon umożliwiających ukrycie się podczas ataku. Dziś porastają go krzewy dochodzące na kilka metrów do trakcji. W czasie okupacji, zgodnie z zarządzeniem niemieckim tereny wzdłuż torów na odległość 50 metrów pozbawione zostały wszelkich tego typu zasłon umożliwiających atak na jadące pociągi.
Po takim właśnie odkrytym, płaskim terenie nastąpiło uderzenie na skała stojący pod semaforem.
Jako pierwsza ruszyła do natarcia drużyna konecka „Allana” z zadaniem opanowania parowozu i obrzucenia wagonów granatami.
Część Niemców już zdążyła ukryć się pod kołami pociągu i za nasypem. Chwilę później ruszył na wprost, zaległy pod obstrzałem, pluton warszawski.
Biegłem z „Pawłem” i kilkoma kolegami w kierunku środka składu pociągu, gdzie jeszcze Niemcy stawiali opór i byłem kilkanaście kroków od nadbiegającego dowódcy 1 plutonu ppor. „Rafała”, gdy na naszych oczach padł rażony z bliska pociskiem karabinowym. [23]
(…) Zdążył tylko krzyknąć „dostałem”. Gdy nadbiegli żołnierze, aby go ratować, ciało jego drgnęło po raz ostatni w śmiertelnej agonii, a oczy już obojętnie patrzyły na pogodne niebieskie niebo. Kula dum-dum wyrwała mu niemal całe plecy. [24]

Jak zaznacza w swojej książce Henryk Zawadzki [25], relacja Chmielowskiego, będącego najbliżej por. „Rafała” jest sprzeczna z ustaleniami Cezarego Chlebowskiego, który podaje, że zginął on trafiony przez snajpera już po zakończeniu walki. Tragedię miał spowodować charakterystyczny angielski Battle Dress noszony przez por „Rafała”. [26]
Problem tylko w tym, na co nie zwrócił najwyraźniej uwagi Cezary Chlebowski, że uczestnictwo w akcji Niedzielskiego, ubranego w angielski mundur, podważało całkowicie założenia „Robota” zaskoczenia Niemców przez oddział ubrany w niemieckie drelichy. Jak zauważył sam Chlebowski, Niedzielski rzucał się w oczy i dlatego został obrany jako cel przez ukrytego snajpera. Nie inaczej byłoby w przypadku spotkania się partyzantów w czasie marszu na miejsce akcji z jakimkolwiek patrolem niemieckim, czego mógł spodziewać się „Robot”.



Rafał Niedzielski „Mocny” [27] i miejsce jego śmierci pod Wólką Plebańską. [28]
Pomnik ku czci poległych w walce ppor. Rafała Niedzielskiego ps. „Mocny” oraz lejtnanta Armii Radzieckiej Arkadija Wołkowa „Arkadija”. Foto. KW.

Po frontalnym ataku plutonu warszawskiego i koneckiego wydawało się że walka dobiegła końca. Niemcy zaczęli wypełzać spod wagonów z podniesionymi rękami, rzucali broń. Spośród nich warszawiacy wyciągnęli ukraińskiego Werksschuza, sprawcę śmierci „Rafała”. Któryś z kolegów wystrzelił z kbk w skroń renegata – napisał we wspomnieniach „Bartek” Chmielowski. [29]

Jednak walka rozgorzała na nowo. Kryjący się za nasypem Niemcy, próbowali przedrzeć się do lasu.
Do akcji włączają się ustawione z drugiej strony toru erkaemy por. „Kmicica” [Marian Janikowski]. „Arkadij” zmienia stanowisko. Wraz z amunicyjnym „Borem” podrywają się i biegną w prawo od naszej tyraliery, usiłując zająć stanowisko umożliwiające prowadzenie ognia na skos, w lewo, aby pokryć skutecznie ogniem tych, którzy strzelają do nas zza kół wagonów.
W momencie skoku „Arkadij” otrzymuje serię z MP i zostaje trafiony w brzuch. Jego amunicyjny „Bór” otrzymuje z tej samej serii postrzał w lewe przedramię. Śmiertelnie ranny „Arkadij” posyła jeszcze ze swego „MG 42” długą serię w kierunku wrażego stanowiska. [30]
To był już ostatni, tragiczny akord tej walki.
Bilans trudny był do określenia. Broń zdobytą na Niemcach, partyzanci z miejsca podzielili między siebie, niejednokrotnie wymieniając na lepszą od tej posiadanej. Por. „Robot” zainteresował się jedynie bronią krótką, której brakowało w pododdziałach. Kazał ją zwrócić i sprawiedliwie rozdzielił między plutonami. [31] Z jednym wyjątkiem.


Zawróciłem (…) do rozbrojonego Niemca i sprawdziłem mu buty. Nie miał w nich broni, ale za to ukrywał w kieszeni spodni „damski” pistolet kalibru 6,35 mm. [32] Chwilę później ujrzałem zakrwawioną „Grażynę” mocującą się z zamkiem kbk, zakleszczonym pękniętą łuską. W niepojęty sposób, z samoistnie odchylonego – w czasie odpalania ładunku – trzonu zamkowego, wydostała się część sprężonych gazów prochowych wraz z odłamkami kryzy łuski, z których jeden ranił „Grażynę” nad prawym okiem. [33] Podarowałem jej na pocieszenie ten pistolecik, czym sprawiłem jej widoczną radość, gdyż od dawna pragnęła mieć przy pasie broń krótką. Nawiasem mówiąc, miała już przy tym pasie ładownice od swego kbk, ładownice z magazynkami erkaemu i wielkie nożyce do cięcia drutu. Dzielna dziewczyna-żołnierz nie chciała korzystać z jakichkolwiek ulg i przywilejów. [34]

Po dokonaniu podziału broni, sprawdzeniu stanu oddziału [35] i pozostawieniu ochrony przy grupie jeńców niemieckich, por. „Robot” zarządził odwrót. Przed odejściem „Robot” rozkazał, że Niemcy mają być puszczeni wolni. W przeciwnym razie winowajcę miał czekać sąd wojenny. [36]
Wydarzenia jednak potoczyły się inaczej niż przewidywał „Robot”. Spisujący relację Tadeusz Chmielowski nie był ich świadkiem, a jedynie odtworzył je na podstawie zebranych na bieżąco relacji.
(…) z pozostawionej drużyny do pilnowania jeńców, część partyzantów odeszła do pobliskiej szosy, ubezpieczając całą grupę. Przy jeńcach zaś zostali: „Bandera” (xxx), „Wrzos” [M. Zasada – uzup. JL] i „Szczerba” (B. Modzerowski). Jeden z jeńców, silnej budowy żandarm widząc tak słabą obsadę niespodziewanie chwycił za sten „Szczerby” i byłby go niewątpliwie wyrwał, gdyby nie „Wrzos”, który błyskawicznym uderzeniem kolbą erkaemu w łeb żandarma unieszkodliwił go. Ale wówczas, dotychczas spokojni jeńcy rzucili się nagle na partyzantów, aby im broń wyrwać z rąk, lecz zamiaru tego nie zdążyli wykonać gdyż partyzanci tworzyli ogień [ze stenów – zmiana JL] [37] i wszystkich położyli. [38]

Jan Wilczur wspomina, że kiedy odchodzili z miejsca akcji, słyszał strzały dodającej sobie odwagi nadjeżdżającej niemieckiej odsieczy. Były to jednak chyba odgłosy strzałów pozostałych przy jeńcach wartowników. Niemcy przybyli na miejsce walki dopiero po dwóch godzinach, kiedy oddział był już za daleko, żeby cokolwiek słyszeć. [39]

Poległego w walce Rafała „Mocnego” i zmarłego po kilku godzinach Arkadija pochowano jeszcze tego samego dnia na partyzanckim cmentarzu w lesie nieopodal Wólki Zychowej.
(…) z szeregu występuje najstarszy wiekiem spośród Rosjan, partyzant Grigorij. Staje na baczność przed poległymi, zdejmuje z głowy ciężki niemiecki hełm, zdobyczny automat przesuwa na plecy, prawą ręką żegna poległych szerokim, zamaszystym prawosławnym krzyżem. Mówi wolno, mieszając rosyjskie i polskie słowa. Nie pamiętam ich treści, ale wiem, że były to słowa płynące z głębi szczerej, przepojonej żalem duszy, o przyjaźni partyzantów polskich i radzieckich, o przyjaźni, której wyrazistym symbolem będzie za chwilę ta wspólna mogiła, skoczka spadochronowego z Anglii, Polaka – por. „Rafała” i komsomolca, żołnierza Armii Radzieckiej, dońskiego Kozaka – „Arkadia”. [40]

Mogiły na cmentarzu partyzanckim nieopodal Wólki Zychowej (przed ekshumacją).
Piąty od prawej ojciec „Robota”, Józef Szwiec.
Arch: M. Jedynak.

Zachowanie władz okupacyjnych, można określić zaskakującym. Nie chcieli przyjąć do wiadomości, że mogła być to robota „Der Gruppe Jakob”. Najlepiej oddaje to meldunek por. „Robota” za okres od 10 sierpnia do 8 września 1943 r.
Niemcy po przybyciu na stację, (z dwugodzinnym opóźnieniem) zaznaczyli wszystkim obecnym pasażerom, że pod karą śmierci nie wolno im nic mówić o efekcie napadu. Z miejsca rozpoczęli propagandę szeptaną, umniejszającą wrażenie wywołane na sobie i ludności polskiej. Fakt, że oddział był jednolicie umundurowany, potężnie uzbrojony, nasunął Niemcom i ludności cywilnej przypuszczenie, że jest to desant angielski lub sowiecki. Ostatecznie Niemcy przypuszczają, że oddział nasz przymaszerował zza Sanu. [41]

W cytowanym już wcześniej protokóle z posiedzenia Sztabu Gospodarki Wojennej i Komisji do Spraw Obrony GG z dnia 22 października 1943 r. znajduje się następujący zapis:
Generalna Gubernia posiada sieć kolejową o długości 7000 km oraz 800 placówek kolejowych. Niemożliwością jest zabezpieczyć całą tę sieć przy pomocy własnej policji oraz tych sił, które Wehrmacht przeznaczył do ochrony Kolei Wschodniej. Trzeba się zadowolić energicznym patrolowaniem urządzeń kolejowych i stacji, kierując znienacka większe siły do zagrożonych punktów. W rezultacie można stwierdzić, że w ciągu ostatnich miesięcy liczba napadów w najlepszym razie nie uległa zmianie. Natomiast poszczególne napady stały się teraz o wiele bardziej zuchwałe: napadano w biały dzień na pociągi wiozące siły ochronne; napad taki miał np. miejsce koło Końskich. [42]

Według źródeł niemieckich, jak podaje Bogdan Hillebrandt, w akcji pod Wólką Plebańską 15 hitlerowców poniosło śmierć, 6 zaś odniosło ciężkie rany. Ponadto partyzanci zdobyli pocztę, w której m.in. znajdowała się przesyłka placówki SD w Końskich do centrali w Radomiu oraz 4160 zł. [43]
Próba tuszowanie przez Niemców okoliczności akcji na niewiele się zdała. Już wkrótce, niemal na gorąco, ukazał się jej opis z podaniem niezbędnych, i oczywiście dopuszczonych przez bezpieczeństwo, szczegółów w dwutygodniku (po pewnym czasie miesięczniku) konspiracyjnym „Wieś w Walce” współredagowanym przez Mieczysława Młudzika „Szczytniaka”. [44]


Partyzanckie obozowe życie

Mimo odniesionego zwycięstwa wśród powracających z akcji żołnierzy nie było radości. Śmierć „Rafała” odczuli wszyscy, nie tylko pluton warszawski.
„Rafał” był kimś więcej niż dowódcą – pisał Tadeusz Chmielowski - bo niezawodnym przyjacielem i – jak byliśmy dziś powiedzieli – idolem. Od pierwszego dnia pobytu w Zgrupowaniu słyszałem słowa uznania pod adresem „Rafała”, widziałem skierowane w jego stronę spojrzenia żołnierzy, wyrażające szacunek i dumę z takiego dowódcy. Lubiono go nie dlatego, że zabiegał o to. Był naturalny, pozbawiony pozy. Nie należał do wielomównych. Bywało, że opowiadał o swoich wrażeniach z Anglii, lecz unikał wszystkiego, co dotyczyło bezpośrednio jego osoby. Kiedyś zagadnąłem go pytając, jak się dostał z Anglii do kraju. Odpowiedział, że został zestrzelony nad Niemcami. Byłem zatem pewny, że „Rafał” to nie cichociemny, a zestrzelony nad Rzeszą lotnik RAF (o tym, że był skoczkiem, dowiedziałem się dopiero w 1968 r.). Pamiętam wieczorne ognisko w przeddzień akcji na pociąg. Śpiewaliśmy piosenki harcerskie i wojskowe, a wśród nich stare pieśni ludowe o tematyce związanej z wojną, z której warszawiacy szczególnie upodobali sobie „A jeżeli zginę od kuli?”. Tego wieczora, pogodny zwykle „Rafał”, był jakiś osowiały i głęboko zamyślony. Zwróciło to nie tylko moją uwagę. Ognisko zgasło i nikt już nie miał ochoty na jego podsycanie. [45]
Życie toczyło się dalej nie dając wytchnienia. Na miejsce poległego ppor. „Rafała” por. „Robot” wyznaczył został ppor. „Dalski” Jerzy Ryfiński. [46]
Codzienne życie na biwaku, miało już od dawna uregulowany charakter narzucony warunkami ciągłego okrążenia przez nieprzyjaciela. Niemiecki wywiad był w stanie z grubsza określić miejsce pobytu oddziału. W każdej chwili można było spodziewać się akcji zaczepnej lub próby okrążenia. Z trzech plutonów jeden zawsze ubezpieczał miejsce postoju oddziału wystawiając cztery placówki. W każdej z nich dyżur pełnił jeden żołnierz usytuowany w miejscu z którego można było najlepiej obserwować teren i dostatecznie szybko powiadomić pozostałych. Spotkaliśmy się już z tym systemem ubezpieczenia oddziału w poprzednim rozdziale. Drugi pluton trwał w tzw. gotowości bojowej. Trzeci pluton odpoczywał, ale to właśnie z niego rekrutowała się drużyna pomagająca przy kuchni wyposażonej w dwa 30 litrowe kotły. Wieszano je na żerdzi umieszczonej między dwoma i palono pod nimi kłodami drewna. Mistrzem tej polowej kuchni był strzelec „Kapka” Wacław Kapsiak [47], którego rola sprowadzała się do mieszania w kotłach i dyrygowania przydzieloną mu do pomocy drużyną.
Menu tej kuchni nie było zresztą specjalnie urozmaicone. [48]
Każdy partyzant otrzymywał kilogramowy bochenek sitkowego chleba, rano i wieczorem menażkę czarnej słodzonej kawy i na obiad zawsze to samo: gęstą kaszę jęczmienną z ziemniakami i kawałkiem mięsa. [49]
Z tą, jak ją wiele lat później ochrzczono „wkładką mięsną”, było jednak różnie, zależnie od humoru kuchmistrza. Dość trafnie i humorystycznie scharakteryzował go Tadeusz Chmielowski:
Była to charakterystyczna postać. Rozebrany zawsze przy pracy do pasa, opływający potem – stąd chyba warszawiacy wymyślili mu pseudonim. Mieszał w kotłach kaszę, przy czym chwiały mu się rytmicznie nad ogniem obfite – jak u kobiety – piersi, przedmiot wiecznych kpin i żartów ze strony kolegów. „Kapka” złościł się i bełkotał wyzwiska a następnie karał prześmiewców zmniejszoną porcją mięsa. Był w tym mistrzem. Jednym rzutem oka oceniał stojących w kolejce żołnierzy i tak zręcznie manewrował chochlą, że – dziwnym trafem – zawsze ci sami koledzy otrzymywali lepsze i większe kąski. „Kapka” często odgrażał się, że rzuci kucharzowanie i przejdzie do plutonu strzeleckiego, ale jakoś nigdy do tego nie doszło. [50]

Tabor zgrupowania „Robota”.
Na koniu szef plut. Albin Żołądek „Boruta”, 
za nim na wozie kucharz strz. „Kapka” Wacław Kapsiak.
C. Chlebowski, Cztery z tysiąca, Warszawa 1981.

Niezależnie od humoru „Kapki” każdy partyzant nosił w chlebaku szczelnie zamknięte naczynie napełnione masłem lub smalcem, najchętniej ze skwarkami, zdobywane już we własnym zakresie w okolicznych wsiach.
Codziennym, rutynowym zajęciem były patrole. Powrót jednego z nich tak zapamiętał Jan Zbigniew Wroniszewski:
(…) wraca do obozu patrol „warszawski”. Jego dowódca „Jasiek” – zaczerwieniony od upału i forsownego marszu, melduje „Robotowi” wykonanie zadania: dopadli nareszcie policjanta, na którym ciążył wyrok. „Robot” skwitował meldunek skinieniem głowy, lecz oto zabiera głos „Azorek”, podnosząc za uszy parę butów. „Przez tydzień się wywietrzą i będą jak znalazł” – mówi rzeczowo. „Robot” nie komentuje tej opinii, podchorąży „Staszek” zżyma się wyraźnie, a malutka „Grażyna” krzywi wargi z niesmakiem. [51]

Piotr Downar „Azorek”.
C. Chlebowski, Wachlarz, Warszawa 1985.

Jacek Wilczur przytacza w swoich wspomnieniach słowa piosenki śpiewanej chętnie przy obozowym ognisku i w marszu:
Znów żołnierzem jestem, w mym ręku karabin.
Pas ciężki uciska do krwi starte biodra.
I piosenkę żołnierską, tamtą od „Robota”,
Wichrzysko cichutko śpiewa mi na jodłach.
…A wy przychodzicie, jestem razem z wami –
Bojowi „Robota” żołnierze.
Już płonie ognisko trzaskając iskrami,
Żołnierskie umacnia przymierze.
Jest „Jasiek” i „Stasiek”, „Allan”, „Katylina”,
„Gryf”, „Szczerba”, „Jabłonka” i „Wilk”
„Krakowiak” i „Jacek”, „Leśnik” i „Grażyna”,
„Robot” – nasz komendant, i „Lin”(…) [52]
Cały tekst piosenki znajdzie czytelnik we wspomnieniach Jacka E. Wilczura. Przytaczamy ją tutaj jedynie we fragmencie ze względu na postać Grażyny. Jak wynika z tekstu, i potwierdza to również Tadeusz Chmielowski, piosenka powstała wiele lat po wojnie, więc nie mogła być śpiewana przy obozowym ognisku. Autorem jej słów jest partyzant plutonu warszawskiego „Sokolik” Henryk Fąfara, najmłodszy partyzant w oddziale. [53]

Strz. Henryk Fąfara „Sokolik” i porucznik Jan Piwnik „Ponury”.
Wykus, koncentracja wrześniowa.
W. Borzobohaty „Jodła”, Warszawa 1984.


Koncentracja na Wykusie 16–21 września

Wielkimi krokami zbliżał się termin koncentracji zgrupowań „Ponurego” na Wykusie.
Żołnierze z plutonu warszawskiego, którzy już wcześniej znali ten rejon, opowiadali o Wykusie, o poprzedniej koncentracji oddziałów „Ponurego” w tym rejonie, o uroczystościach zorganizowanych tam, o barakach, nawet o patefonie. Słuchającym tych opowieści Wykus jawił się jako partyzancki raj. [54]
Koncentracja miała być nie tylko przeglądem zgrupowań („robotowcy” odebrali na nim słowa uznania od majora „Ponurego”), ale również miała to być partyzanckim świętem poświęcenia sztandaru ofiarowanego przez społeczeństwo Kielecczyzny. Pieniądze na sztandar zebrano z dobrowolnych składek, w uznaniu śmiałej, patriotycznej działalności Zgrupowań „Ponurego” a wykonany przez rodzinę Włodzimierza Giedycha ze Starachowic. [55]

Sztandar Zgrupowania majora „Ponurego”.
C. Chlebowski, Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie.

Zanim jednak plutony „Robota” wyruszyły w drogę, 13 września rozegrała się tragiczna w skutkach walka z żandarmerią w Smarkowie. Śmierć poniosło w niej wielu cenionych i lubianych żołnierzy. Od kul żandarmów koneckich zginął podczas próby aresztowania „Huragan” Kazimierz Sałata, komendant placówki w Smarkowie.

Jerzy Ciszek „Gryf”.
H. Sasal – Sadowska W poszumie lasów koneckich, Kraków 1983.

W brawurowym ataku po odkrytym terenie, na wprost stanowisk niemieckich, poległ „Gryf” Jerzy Ciszek i „Adaś”, Adam Wolf, który wielokrotnie przemierzył szlaki kurierskie wspólnie z „Grażyną”.


Bogusław Modzerowski „Szczerba” i Mieczysław Zasada „Wrzos”.
J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, J. Z. Wroniszewski, Końskie… T 4.

Zmarł w kilka godzin po walce śmiertelnie ranny w brzuch Bogusław Modzerowski „Szczerba”. Ciężko rannego „Lina” i „Szczerbę” z wielkim poświęceniem wynieśli spod ostrzału „Bartek” i „Wrzos” (Mieczysław Zasada [56]). [57] Bogusław Modzerowski „Szczerba”, „Gryf” Jerzy Ciszek i „Adaś” Adam Wolf spoczęli obok mogił „Rafała” Niedzielskiego i „Arkadija” opodal Wólki Zychowej. [58]

Na Wykus oddziały „Robota” dotarły rano 15 września i zajął miejsce na stoku wąwozu opadającym ku wyschniętemu na skutek suszy strumykowi. Tylko w niektórych miejscach utworzyły się zagłębienia z których można było zaczerpnąć nieco wody.
Obozowisko było okazałe. Nie było już co prawda w tym czasie baraków, a właściwie porządnych szałasów – pozostały po nich tylko zwęglone szkielety. Stało natomiast sporo namiotów, prowizorycznych szałasów i półszałasów w postaci pochyłych daszków. Za biwakiem pasło się stado bydła, dymiły ogniska, rozlegały się pieśni i grał osławiony patefon, co prawda tylko jedną płytę. [59]
Noc z 15 na 16 września minęła spokojnie. Zmęczony oddział „Robota” odpoczywał po trudach drogi. Jednak przed świtem obóz został postawiony na równe nogi pobliskimi strzałami z niemieckich „MG 34”. Rozpoczęła się kolejna obława sprowadzona przez „Motora” [60], który pojawił się w oddziale „Robota” wkrótce po akcji pod Wólką Plebańską i znał dokładnie termin koncentracji na Wykusie. [61]

Dom Józefy Sroki. Pierwsza kwatera ppor. 
„Robota” w Wielkiej Wsi podczas kuracji. Foto. Jacek Lombarski.


Ostatnie dni

Po wyrwaniu się z podwójnej obławy na Wykusie i pod Łysicą, oraz po nieudanej akcji kolejowej pod stacją Tumlin [62] w nocy z 3 na 4 października Zgrupowanie por. „Robota” powróciło na ziemię konecką 9 października.
Zmęczenie i coraz zimniejsze noce dały się całemu oddziałowi we znaki. Dodatkowo wśród osłabionych partyzantów zaczęła się szerzyć grypa [63] lub angina. [64]

Kiedy ppor. „Robot” zachorował – wspominała Maria Niedzielska - zaszła konieczność zapewnienia mu jakich takich warunków do wykurowania się. Początkowo (6 października) zamieszkał się, razem z Karolem Niedzielskim „Doboszem” w domu teściowej Niedzielskiego, Józefy Sroki. Leczyła ich dr Agnieszka Appelt. W domu Józefy Sroki przebywała razem z „Robotem” jego narzeczona [65], pani Wanda Słoniewska. Leczenie „Robota” przebiegało dość szybko, bo już w dniu 9 października dr Agnieszka Appelt stwierdziła: „Komendancie, można już iść do lasu, jesteście zdrowi.”
Warunki pobytu „Robota” w domu teściowej „Dobosza” nie były najlepsze, ponieważ w dwupokojowym mieszkaniu przebywało dziesięć osób: jeden pokój zajmował chory „Robot” z panną Wandą, a drugi ośmioosobowa rodzina Józefy Sroki, teściowej „Dobosza”. W tej sytuacji „Robot” przeniósł się z p. Wandą do domu Franciszka Rurarza „Oseta”, który oddał mu do dyspozycji cały dom a sam przeniósł się ze swą rodziną do teściowej. [66]
Zbliżał się tragiczny dzień 14 października 1943 roku.

W ostatnim odcinku cyklu o Grażynie Śniadeckiej odpowiem na pytania:
– Gdzie stacjonował oddział dowodzony przez ppor. „Dalskiego”?
– Czy można było uniknąć tragedii w Wielkiej Wsi?
– Jak zginęła Grażyna? (nieznana relacja świadka ostatnich chwil Grażyny Śniadeckiej, do którego dotarli Marek Kozerawski i Krzysztof Woźniak).
Jacek Lombarski


Bibliografia

Archiwalia:

M. Kozerawski, K. Woźniak, Śmierć Grażyny - Relacja Marii Stępień z d. Rut,
T. Chmielowski, Uwagi szczegółowe dot. Książki p. Henryka Seweryna Zawadzkiego pt. U boku „Ponurego” s. 4 (zbiory K. Woźniak),

Druki zwarte:

W. Borzobohaty, „Jodła”, Warszawa 1984.
C. Chlebowski, Cztery z tysiąca, Warszawa 1981.
C. Chlebowski, Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie, Warszawa 1988.
C. Chlebowski, Raport z tamtych dni, Warszawa 1986.
C. Chlebowski, Wachlarz, Warszawa 1985.
A. Heda, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 1999.
B. Hillebrandt, Partyzantka na kielecczyźnie 1939 – 1945, Warszawa 1970.
B. Kacperski, J. Z. Wroniszewski, Końskie i powiat konecki 1939-1945, Końskie 2006.
L. Kaczanowski, Zagłada Michniowa, Warszawa 1980.
W. Königsberg, Droga „Ponurego”, Warszawa 2011.
M. Langer, Lasy i ludzie, Warszawa 1993.
M. Młodzik „Szczytniak”, Polem, lasem, Warszawa 1980.
Okupacja i ruch oporu w dziennikach Hansa Franka, T 2.
H. Sasal – Sadowska, W poszumie lasów koneckich, Kraków 1983.
J. Ślaski, Polska Walcząca, Warszawa 1990.
J. Tucholski, Cichociemni, Warszawa 1985;
J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, Warszawa 1982.
J. K. Wroniszewski, Śladami „Robota” po ziemi koneckiej, blog M. Jedynaka Wokół Wykusu.
H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”; Toruń 1992.

Publikacje prasowe:

Lech Zduński, „Trędowaty” z Pułtuska, „SEDNO” nr 27 z 30.11.1990
Marek Jedynak, Zanim powstała kapliczka na Wykusie, „Wykus” 2009

Publikacje internetowe:

maps.geoportal.gov.pl
martyrologiawsipolskich.pl
szymanow.edu.pl
ponury-nurt.blogspot.com - blog M. Jedynaka Wokół Wykusu - Grażyna Maria Śniadecka „Grażyna
Tadeusz Chmielowski Klon” W Kedywie i partyzantce


Przypisy
  1. C. Chlebowski, Cztery z tysiąca, Warszawa 1981, s. 42.
  2. C. Chlebowski, Cztery z tysiąca, Warszawa 1981, s. 46.
  3. H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”, Toruń 1992, s. 48.
  4. C. Chlebowski, Cztery z tysiąca, Warszawa 1981, s. 46.
  5. W tych okolicach na początku października 1939 roku stacjonował oddział majora Henryka Dobrzańskiego. (P. Kacprzak, Lasy, leśniczówki i gajówki w działalności majora Hubala, maszynopis, s. 2-3).
  6. Leśniczy Marian Langer, leśniczówka Klepacze.
  7. M. Langer, Lasy i ludzie, Warszawa 1993, s. 113.
  8. M. Langer, Lasy i ludzie, Warszawa 1993, s. 113.
  9. A. Heda, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 1999, s. 46-49.
  10. M. Langer, Lasy i ludzie, Warszawa 1993, s. 113-114.
  11. M. Langer, Lasy i ludzie, Warszawa 1993, s. 114.
  12. M. Langer, Lasy i ludzie, Warszawa 1993, s. 115.
  13. M. Langer, Lasy i ludzie, Warszawa 1993, s. 116 - 117.
  14. A. Heda, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 1999, s. 48.
  15. C. Chlebowski, Pozdrówcie…, s. 230.
  16. A. Heda, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 1999, s. 48.
  17. Okupacja i ruch oporu w dziennikach Hansa Franka, T 2, s. 217.
  18. J. E. Wilczur, Sosny..., s. 100.
  19. Pomnik w Wólce Plebańskiej ustawiony jest około 200 metrów od przystanku kolejowego, pod polną gruszą, na pagórku skąd Zgrupowanie „Robota” zaatakowało pociąg osobowy z wagonami niemieckimi. J. Z. Wroniszewski, Śladami „Robota” po ziemi koneckiej, s. 6.
  20. M. Jedynak, Pamięć o żołnierzach AK,
  21. H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”¸ Toruń 1992, s. 74-75.
  22. T. Chmielowski, W Kedywie i partyzantce (3), „Zeszyty Kombatanckie” nr 38.
  23. T. Chmielowski, W Kedywie i partyzantce, Zeszyty Kombatanckie nr 38.
  24. J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, Warszawa 1982, s. 172.
  25. H. Zawadzki, U boku „Ponurego”, s. 79.
  26. C. Chlebowski, Cztery z tysiąca, s. 77.
  27. www.ww2.pl/ww2/zdjecia/166.
  28. J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, Warszawa 1982.
  29. H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”¸ Toruń 1992, s. 76.
  30. J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, Warszawa 1982, s. 171-172.
  31. H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”¸ Toruń 1992, s. 76.
  32. Prawdopodobnie był to małokalibrowy pistolet samopowtarzalny produkcji niemieckiej „Liliput”, w Polsce znany pod nazwą „Orzeł”. Na jego bazie w Gnieźnie produkowany był pistolet małokalibrowy „Smok”.
  33. „(…) karabin wypalił i część gazów przez niedomkniętą szczelinę uderzyła „Grażynę” w okolicy oka, osmalając jej brew i uszkadzając lekko skórę” (M. Jedynak, Grażyna Maria Śniadecka „Grażyna”, Blog M. Jedynaka Wokół Wykusu).
  34. W Kedywie i partyzantce (3) Tadeusz Chmielowski – „Klon”, „Bartek”, „Walter”, „Zeszyty Kombatanckie”.
  35. Poza poległymi Rafałem Niedzielskim „Mocnym” i Arkadijem Wołkowem, rany w walce odnieśli Zdzisław Lange „Bór”, Feliks Janas „Sołtyk” i N.N. (H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”¸ Toruń 1992, s. 78).
  36. H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”¸ Toruń 1992, s. 77.
  37. Zmiana w tekście [za] T. Chmielowski Uwagi szczegółowe dot. książki Henryka Seweryna Zawadzkiego pt. „U boku Ponurego” s. 1.
  38. H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”¸ Toruń 1992, s. 77.
  39. J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, Warszawa 1982, s. 173.
  40. Relacja H. Fąfary „Sokolika” [w:] J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, Warszawa 1982, s. 173-174.
  41. H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”¸ Toruń 1992, s. 82.
  42. Okupacja i ruch oporu w dziennikach Hansa Franka, T 2, s. 215.
  43. B. Hillebrandt, Partyzantka na kielecczyźnie 1939 – 1945, Warszawa 1970, s. 179.
  44. M. Młudzik „Szczytniak”, Polem, lasem, Warszawa 1980, s. 91.
  45. T. Chmielowski, W Kedywie i partyzantce, „Zeszyty Kombatanckie” cz. 3.
  46. H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”, s. 77.
  47. J. Z. Wroniszewski, Końskie i powiat konecki 1939 – 1945, T 4, s. 112-114.
  48. J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, s. 154 - 155.
  49. J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, s. 154.
  50. B. Kacperski, J. Z. Wroniszewski, Końskie i powiat konecki 1939-1945, Końskie 2006, T IV, s. 75-76.
  51. B. Kacperski, J. Z. Wroniszewski, Końskie i powiat konecki 1939-1945, Końskie 2006, T IV, s. 110.
  52. J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, s. 144.
  53. T. Chmielowski, Uwagi szczegółowe dot. Książki p. Henryka Seweryna Zawadzkiego pt. U boku „Ponurego” s. 4 (rękopis w zbiorach K. Woźniaka).
  54. J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, s. 154.
  55. H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”, s. 84;
  56. C. Chlebowski, Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie, s. 503.
  57. H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”, s. 85-87.
  58. H. S. Zawadzki, U boku „Ponurego”, s. 87.
  59. J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, s. 159.
  60. C. Chlebowski, Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie, s. 282.
  61. J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, s. 154.
  62. Akcja pod stacją Tumlin występuje również pod nazwą akcji pod Sufragańcem.
  63. J. E. Wilczur, Sosny były świadkami, s. 167.
  64. J. Z. Wroniszewski, Końskie..., T 5 s. 79.
  65. Wiadomość o cichym ślubie „Robota” i Wandy Słoniewskiej, pochodzi od księdza Czernika, ówczesnego wikariusza parafii niekłańskiej i od ppor. „Antoniewicza”, który pisze: „Małżeństwo trwało zaledwie miesiąc i ze zrozumiałych względów nie nadawano mu rozgłosu”. To tłumaczy dlaczego we wszystkich wspomnieniach Wanda Słoniewska występuje jako narzeczona „Robota”. (Źródło: Kacperski, Wroniszewski, Końskie i powiat konecki, Konecka konspiracja 1943-1945, T IV, s. 99).
  66. J. Z. Wroniszewski, Końskie i powiat konecki, Konecka konspiracja 1943-1945, T IV, s. 103.