niedziela, 13 lipca 2014

Pierwszy zrzut koło Końskich 30/31 marzec 1942

Bogumił Kacperski ps. „Malina”, „Frycz”, „Kil” (1922-2001), licealista, kpr. pchor. AK, członek komendy Obwodu, ref. łączności, adiutant kmdta. Aresztowany 20.08.1943 - KL Auschwitz, Mauthausen, Gusen. Fotografia zawarta w książce: Bogumił Kacperski, Jan Zbigniew Wroniszewski, Konspiracja Konecka 1939-1943, Końskie 2005.
Bogumił Kacperski ps. „Malina”, „Frycz”, „Kil” (1922-2001), licealista, kpr. pchor. AK, członek komendy Obwodu, ref. łączności, adiutant kmdta. Aresztowany 20.08.1943 - KL Auschwitz, Mauthausen, Gusen. Fotografia zawarta w książce: Bogumił Kacperski, Jan Zbigniew Wroniszewski, Konspiracja Konecka 1939-1943, Końskie 2005.

Fragment wspomnień uczestnika

Motto: Dzwoniąca w uszach cisza stanowi niesamowity kontrast z trwającym blisko sześć godzin dudnieniem i wibracjami silników potężnego Halifaksa ... słowa wypowiedziane przez jednego z cichociemnych po lądowaniu na ojczystej ziemi.

Pewne daty utrwalają się w naszej pamięci i chętnie wracamy do wspomnień, tak bardzo bolesnego dla nas okresu okupacji hitlerowskiej. Polacy przez cały okres okupacji bronili swej Ojczyzny różnymi sposobami walki. Prowadzono wiele form oporu. Ale jeszcze nie wszystkie poczynania są znane. A szkoda. Jedną z tych akcji nieznanych przekazuję poniżej.

Było to wiosną - 30/31 marca 1942 r. Już w tym okresie dobrze były zorganizowane na naszym terenie grupy oporu i dywersji przeciwko okupantowi. Co pewien czas dokonywaliśmy jakiś wypadów celem nękania Niemców, zdobycia broni, czy też przeprowadzaliśmy ćwiczenia wojskowe. Teren naszej działalności był dogodny, a do tego żyjący jeszcze wspomnieniami walk prowadzonych przez majora Henryka Dobrzańskiego „Hubala”. Terenem naszej działalności było miasto Końskie i powiat konecki. Młodzież, którą i ja reprezentowałem jako siedemnastoletni młokos, z najwyższym uznaniem muszę teraz po wielu latach stwierdzić, nad podziw była odważna i całą duszą oddana walce o wolność. Byli to w większości wychowankowie Państwowego Gimnazjum i Liceum im. św. Stanisława Kostki (obecnie Komisji Edukacji Narodowej) w Końskich, wychowywani w duchu patriotycznym przez grono pedagogów pod przewodnictwem Dyrektora Józefa Lamberta. Duży wpływ na takie wychowanie mieli Rodzice i Kościół.

Końskie 26.05.1968 r. Seminarium historyczne Stoją od lewej: Stanisław Kołodziejczyk „Orkan”, Jan Jokiel „Ligota”, Bogumił Kacperski  „Malina”, Tadeusz Chmielowski „Bartek, „Klon”, Tadeusz Krajewski „Grom”. Fotografia zawarta w książce: Bogumił Kacperski, Jan Zbigniew Wroniszewski, Konspiracja Konecka 1943-1945, Końskie 2006.
Końskie 26.05.1968 r. Seminarium historyczne Stoją od lewej: Stanisław Kołodziejczyk „Orkan”, Jan Jokiel „Ligota”, Bogumił Kacperski „Malina”, Tadeusz Chmielowski „Bartek, „Klon”, Tadeusz Krajewski „Grom”. Fotografia zawarta w książce: Bogumił Kacperski, Jan Zbigniew Wroniszewski, Konspiracja Konecka 1943-1945, Końskie 2006.

W ostatnich dniach marca 1942 r., zostałem zawiadomiony, abym podległych mi żołnierzy przygotował i trzymał w pogotowia do godziny 23:30, czekając na dalsze rozkazy. Łącznie z moim zastępcą Zygmuntem Wyrwiczem ps. „Cumulus”, ogłosiliśmy alarm mobilizując około 12 ludzi. Ustaliliśmy miejsca zbiórek. Część miała zameldować się u mnie przy ul. Browarnej 13, a pozostali mieli zebrać się u Tadeusza Drzewieckiego przy ul. Kościeliska, najgorszą sprawą było przygotować moich rodziców na to, że tak późno po godzinie policyjnej mieli pozostać. Ale jakoś rodzicom to wytłumaczyłem, zresztą od dawna orientowali się, że należę do tajnej organizacji to jest konspiracji. Lecz tego dnia nasze oczekiwania były daremne. Odwołany został alarm i wszyscy rozeszliśmy się. następnego dnia w rozmowie z Bolesławem Czerwińskim ps. „Kalina” a później „Wir”, dowiedziałem się, że zarządził pogotowie celem odebrania zrzutu broni, amunicji i skoczków z Anglii, Znakiem wywoławczym przygotowania z góry ustalonych miejsc na zrzuty było podanie przed dziennikiem radiowym z Londynu kilku ustalonych melodii i piosenek wojskowych w godzinach 17.00 do 17.15 i powtórzonych w następnej audycji o godzinie 23.00. Brak powtórzenia oznaczało, że samoloty wy leciał lub zawrócił z drogi. „Kalina” prosił o byciu w pogotowiu, gdyż za kilka dni prawdopodobnie nastąpi zrzut, a czym mnie lub „Cumulusa” powiadomi.

Tą fotografię (xero) otrzymałem wraz z maszynopisem artykułu od autora Bogumiła Kacperskiego. Podpis na fotografii: Spotkanie ze skoczkiem - cichociemnym, Końskie 15 maja 1971 r. Stoją od strony lewej: Marian Czerwiński  kpr. AK ps. „Socha”, Jan Jokiel kmd. AK, skoczek, ps. „Ligota”, Bogumił Kacperski kpt. AK, ps. „Malina”, „Frycz”, Jerzy Czerwiński kpr. AK, ps. „Grej”.
Tą fotografię (xero) otrzymałem wraz z maszynopisem artykułu od autora Bogumiła Kacperskiego. Podpis na fotografii: Spotkanie ze skoczkiem - cichociemnym, Końskie 15 maja 1971 r. Stoją od strony lewej: Marian Czerwiński kpr. AK ps. „Socha”, Jan Jokiel kmd. AK, skoczek, ps. „Ligota”, Bogumił Kacperski kpt. AK, ps. „Malina”, „Frycz”, Jerzy Czerwiński kpr. AK, ps. „Grej”.

I faktycznie, kilka dni później - 30 marca 1942 r. przeżywaliśmy nie lada emocje. O godzinie 23.00 zaraz po odebraniu komunikatu radiowego przez naszego łącznika, wyruszyliśmy kilkoma grupami przez Czerwony Most, Psie Górki omijając Stary Młyn na skraj lasu przy drodze prowadzącej lasem do Starej Kuźnicy i Piasków. Szliśmy swobodnym marszem. Odległość do miejsca zrzutu wynosiła około 10 kilometrów. Miejscem zrzutu była polana za osadą Witków lub Witów. Położenie wspaniałe na odbiór - daleko od dróg bitych, otoczone z trzech stron lasem. Broni z sobą nie mieliśmy, gdyż stanowiliśmy grupę przyjmującą, natomiast ubezpieczenie należało do do placówki Niekłań. Po przybyciu na miejsce otrzymaliśmy krótkie instrukcje, zadania - i na stanowiska.

Noc była mroźna, tak, że co chwilę musieliśmy się rozgrzewać.
. Na niebie iskrzyły się gwiazdy, a co pewien czas przesuwały się chmurki. 
Stałem z moim przyjacielem Kazimierzem Chojniarzem ps. „Walcz” a póź
niej „Wacek” i nagle usłyszeliśmy bardzo daleki warkot motoru. Warkot
 zbliżał się coraz szybciej. Zaczęło nas ogarniać dziwne uczucie - nie
cierpliwość i zdenerwowanie. Przecież to była cząstka wolności, świa
domość, że nie jesteśmy sami. Nasza strzała już zapłonęła. Samolot 
z olbrzymim hukiem przeleciał nad naszymi głowami. Zamarliśmy w oczeki
waniu patrząc w niebo. Przecież mieliśmy liczyć ilość zasobników (konte
nerów), ustalać miejsca upadku i docierać do nich. Samolot zatoczył 
krąg i znowu z nad lasu przeleciał nad naszymi głowami, ale nic nie widzieliśmy żeby wyrzucał. Co się dzieje? Szum motorów zaczyna oddalać się
 i milknąć. Staliśmy jakiś czas lecz bezskutecznie. Przyszedł rozkaz zwi
jania posterunków i grupkami odmaszerowania. Szliśmy zamyśleni i zawie
dzeni, pełni niepokoju co mogło się przydarzyć? Ktoś powiedział, że 
nasza polowa radiostacja wysiadła i może dlatego samolot poleciał na
 zapasowe zrzutowisko. Panowała cisza talko gdzieś z daleka słychać by
ło zgrzyt kół wozów, którymi mieliśmy ewakuować otrzymany sprzęt. To 
odjeżdżały wozy z placówki Niekłań. Szedłem z „Cumulusem”, „Walczem”, „
 Sobolem”, „Czyżykiem” - Jerzy Drzewiecki, „Czajką” - Józef Wilk, „Roso
makiem” - Zygmunt Czekalski, oraz „Sochą” - Marian Czerwiński i jeszcze 3 
innych. Przed nami jechał wozem Zdzisław Firkowski ps. „Sokół”. Zbli
żając się do miasta rozdzieliliśmy się i każdy na własną rękę miał wrócić do domu. Byliśmy bardzo zmęczeni, a przy tym to nasze zdenerwowanie i zawód, nie mówiąc o tych przeszło dwudziestu kilometrach drogi. A rano trzeba było iść do pracy. Trzeba wiedzieć, że wszyscy pracowaliśmy.

Uczestnicy zrzutu koło Końskich 30/31 marzec 1942 (brakuje fotografii Stefana Majewicza ps. Hruby i Piotra Motylewicza ps. Krzemień). Biogramy cichociemnych dostępne są w Wikipedii.
Foto. NAC i Wikipedia.
Uczestnicy zrzutu koło Końskich 30/31 marzec 1942 
(brakuje fotografii Tadeusz Sokołowski ps. „Trop” i Piotra Motylewicza ps. Krzemień).
Górny rząd od lewej: Jan Jokiel ps. „Ligota”, Jerzy Mara-Meyer ps. „Filip”, „Vis”.
Dolny rząd od lewej: Jerzy Sokołowski ps. „Mira”, Stefan Majewicz ps. „Hruby”,
Biogramy cichociemnych dostępne są w Wikipedii.
Foto. NAC i Wikipedia.

Nasza nieodłączna trójka przyjaciół to jest „Cumulus”, „Walcz” i „Malina” (późniejszy ps. „Frycz”, a następnie „Kil”), oraz jeszcze kilku kolegów pracowaliśmy wówczas w Zakładach Przemysłowych „Neptun”, które były pod komisarycznym zarządem. Mieliśmy pełne zaufanie i przychylność tej kilkaset liczącej załogi.

Do pracy stawiliśmy się punktualnie, oprócz „Cumulusa”. Czyżby zaspał? To niemożliwe, przecież jego wujek, u którego mieszkał jest w pracy. Jest również „Franc” jak popularnie nazywaliśmy kierownika warsztatu Franciszka Nowaka (pod tym nazwiskiem ukrywał się rotmistrz Wojsk Pancernych Jan Rusinowski - późniejszy Komendant Obwodu Końskie) i który mieszkał razem z „Cumulusem”. Przyszedł do mnie do Biura Wypłat „Walcz” i rozmawialiśmy półgłosem. Nagle drzwi się otworzyły i wbiegł „Cumulus”. Domyśliłem się, że ma jakieś wiadomości. Byliśmy we trzech.

- Słuchajcie - powiedział - mam wiadomość od „Babinicza” (Marian Słomiński Szef Sztabu i Referatu Operacyjnego), że zrzut jednak doszedł do skutku i musimy szukać miejsca lądowania skoczków i zasobników.

Nastąpił szybki podział terenu do spenetrowania i w drogę na rowerach. Zyga - tak na niego mówiliśmy, miał pojechać drogą na Rogów i Nieświń, Kazik na skraj lasu i drogą leśną w kierunku Czystej, Chełbia i i Starej Kuźnicy, a ja zwany Bobkiem, obok toru kolejowego do Dyszowa i polną drogą do Młynka Nieświńskiego.

Niestety, nie natrafiliśmy na żadne ślady i o 15.00 spotkaliśmy się z Kazikiem w fabryce. Wróciliśmy do domu. Położyłem się i ledwo usnąłem zbudziła mnie mamusia, bo przyszedł kolega i ma bardzo ważną i pilną sprawę. Poinformował mnie, że zrzut został dokonany na skraju lasu za Młynkiem Nieświńskim (właściwie był to nieduży powierzchniowo las). Jeden ze skoczków zgłosił się na skrzynkę kontaktową do sklepu Chodaczyńskich, podając prawidłowe hasło:
Czy pan ma do sprzedania granatowy garnitur?

Celem ewakuowania skoczków udał się już tam Kujdowicz - kuzyn Czerwińskich, pseudonimu, nie pamiętam , oraz „Socha”. Mają ich przeprowadzić na skrzynki w Końskich. My natomiast mamy ewakuować sprzęt. Ucieszyłem się bardzo, zebrałem kilku kolegów i przed wieczorem udaliśmy się na Koczwarę do domu rodziny Tworzyańskich. Zebrało się nas około 10 ludzi.

Już było ciemno gdy wyszliśmy, maszerowaliśmy polami, omijając zabudowania, często wpadając w błoto i wodę. Około godziny 21.00 przeskoczyliśmy drogę z Końskich do Nieświnia, na której był duży ruch pojazdów wojskowych. Na horyzoncie ujrzeliśmy czarną plamę lasu - cel naszej wyprawy. Przyspieszyłem tempo marszu, gdy ujrzałem błysk latarki. Czyżby to był znak naszych? Posuwaliśmy' się ostrożnie prawie terenem odkrytym, pod wiatr. Nagle usłyszałem kilka słów wypowiedzianych po niemiecku. Padłem na ziemię, a za mną koledzy. Po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że musieli też wiedzieć o zrzucie Niemcy i dlatego ten ruch na drodze, szukają prawdopodobnie miejsca lądowania. Pomału zaczęliśmy się wycofywać, podchodząc do pierwszych drzew lasu. Do ziemi przykuł nas usłyszany trzask, a następnie przeklinający głos . Był to głos „Cumulusa”. Półgłosem powiedziałem:
- To my, nie strzelaj.
- A to ty, a ja myślałem, że to Niemcy, którzy od godziny kręcą się po drodze. Całe szczęście, że ze zdenerwowania nie odbezpieczyłem pistoletu, którym po raz pierwszy się posługuję. Prędko chodźcie za mną. Jestem sam. Skoczkowie już ewakuowani. Cześć sprzętu zakopana, część prawdopodobnie zabrali i pochowali, okoliczni mieszkańcy. Jeden zasobnik otworzony. Tu macie broń - Colty i granaty. Jeden z was niech bierze mój rower i załaduje worki. Ty - rzekł zwracając się do mnie - weź najważniejszą rzecz, a mianowicie ten pas. Są tam ważne dokumenty i w żadnym przypadku nie może to wpaść w ręce Niemców. Jest to tak zwany „wór św. Jerzego”. Colty wszystkie są załadowane. Tu jest bezpiecznik, tak zmienia się magazynki, granaty tak się odbezpiecza, broni możemy użyć tylko w konieczności. Musimy zamaskować miejsce i szybko odwrót. Ostatni granat zostawiamy dla siebie.
Głos Zygi drżał i z trudem panował nad sobą. Nie dziwiło mnie to - wszyscy byliśmy przejęci. „Cumulusa” znałem przeszło dwa lata. Do Końskich przyjechał z Warszawy. Po maturze był w Szkole Podchorążych Lotnictwa - stacjonował w Sadkowie koło Radomia. Dostał się do niewoli Sowietów, z której uciekł. Zawsze opanowany i nad podziw odważny.

Krótka narada - wycofujemy się w kierunku Końskich, następnie przetniemy drogę między Rogowem a Młynkiem Nieświńskim kierując się na wschód na skraj lasu. Cała odległość do lasu 3 do 4 km.

Po przejściu około 600 metrów stanęliśmy nad rzeczką. Z dala widzieliśmy reflektory jadących samochodów. Gdzieś z kierunku Nieświnia odezwał się karabin maszynowy. Chwila namysłu - decyzja Zygi - w rzece zatopić rower, który Kazikowi bardzo przeszkadzał. Na odnalezienie jakiegoś mostku nie było czasu, a nie mogliśmy narażać się na podejście do zabudowań, nie namyślając się długo postanowiliśmy przejść rzekę wpław. Woda była lodowata i przy brzegu zamarznięta, sięgała nam prawie po pas. A potem skokami biegiem. Nagle musieliśmy przylgnąć do ziemi, gdyż nad nami przesuwało się światło reflektora. To posterunek niemiecki oświetlał przedpole. Był zainstalowany na tak zwanej Budowie oraz na Baryczy gdzie Niemcy trzymali jeńców radzieckich. Do miejsca w którym znajdowaliśmy się w linii prostej mogło być 2 do 3 km. Zmieniliśmy teraz kierunek posuwania się - na wschód do drogi. W rowie za drzewami czekaliśmy na dogodną chwilę, aby przeskoczyć na drugą stronę drogi. Jest droga wolna - skoczyłem z Kazikiem. Przepadliśmy do ziemi w jakiejś bruździe. Jest nam ciężko bo jesteśmy bardzo obładowani. Za chwilę dołączą pozostali koledzy. Szybko, poruszamy się w wyznaczonym kierunku, aby jak najprędzej dostać się do lasu, gdzie łatwiej się ukryć przed zagrożeniem. Posuwamy się polem, później łąką, a po prawej stronie teren się wznosi. W pewnym momencie, z dala na horyzoncie widzimy postacie idące w naszym kierunku. Widzimy, je dokładnie na tle pogodnego nieba. Oni nas nie widzą, jesteśmy w dole. A wiec chyba Niemcy robią obławę, to znaczy, że dokładnie nie znają miejsca zrzutu. Nerwy zaczynają odmawiać posłuszeństwa - prędzej. Jeszcze do lasu tylko chyba pół kilometra. Jeszcze 200 metrów i przeszkoda - rzeka ta sama, którą już raz musieliśmy wpław przechodzić. Bez zastanowienia wchodzimy w wodo, jeszcze kilkanaście metrów i skraj lasu. Krótki odpoczynek i zagłębiamy się w gęstwinę. Tu już dobrze znamy drogę Zyga zmęczony, ale szczęśliwy. Przecież on bez przerwy, bez jedzenia, w ciągłym napięciu trwa dwie doby. wszyscy się cieszymy, chociaż jeszcze nie koniec naszej wędrówki. Duktami kierujemy się na południe do punktu zbornego na Koczwarze. Robi się nam zimno, ubranie staje się sztywne, trudno nam się poruszać. Ale już niedaleko - 2 do 3 km. Po północy jesteśmy na miejscu. Szybko przekazujemy ewakuowany sprzęt, który zostaje schowany w przygotowanych miejscach. Opuszczamy dom po wypiciu gorącej herbaty. Idę z Kazikiem, bo Zyga musiał pozostać załatwiając formalności dotyczących ewakuowanego przez nas sprzętu. Omawiamy z Kazikiem ostatnie wydarzenia. Ponieważ zostaliśmy ostrzeżeni, że droga z Piły do Końskich jest patrolowana przez Niemców decydujemy się iść w kierunku Szabelni nad rzeczką. Nagle widzimy przed nami, że coś się porusza. Ściskam Colta. Ale i nas zauważono. Dwie postacie zaczynają uciekać. W międzyczasie Kazik przeskoczył na drugą stronę rzeki idąc równolegle ze mną. Podszedłem do miejsca, skąd uciekało dwóch mężczyzn i widzę krowę z postronkiem na szyi. A więc byli to handlarze. Czekam na Kazika, ale go nigdzie nie ma. Siadam na kamieniu, zaczynam marznąć i usypiać. Ostatnim wysiłkiem zerwałem się i skierowałem kroki w kierunku miasta. Szedłem bardzo długo trzymając się rzeczki i wypatrując Kazika. Zacząłem opadać z sił. Co robić? Do domu nie mogę teraz pójść, bo powiedziałem, że na noc nie przejdę bo mam dyżur w fabryce (przez jakiś czas musieliśmy dyżurować przy telefonie). Postanowiłem jednak, że najlepiej będzie pójść do fabryki. Dozorcę znałem dość dobrze i na jego milczenie mogłem liczyć. Otworzył mi wejście popatrzył jak wyglądam i podał mi kożuch. Zdjąłem ubranie, usiadłem i nie wiedziałem kiedy usnąłem. Obudził mnie rano. Ubranie trochę było jeszcze mokre. Powiedział mi, że coś musiało się stać i że całą noc jeździła samochody z żołnierzami. Poszedłem do pokoju gdzie pracowałem jako kierownik Biura Wypłat. Punktualnie przyszedł Zyga bardzo zmęczony. Brakowało tylko Kazika. W drodze do fabryki schowałem pod mostkiem Colta i granaty. Wysłałem więc naszego łącznika Tadeusza Drapińskiego ps. „Dębicz”, który wszystko przyniósł. Poszliśmy do Franca, który już częściowo znał nasze przygody od Zygi. Zamknął nas w swoim kantorku, gdzie do południa drzemaliśmy. Kazik natomiast tak był zdenerwowany, że zabłądził. Błąkał się po lesie i całe szczęście że nie zasnął i nie zamarzł.

Jak się po wojnie dowiedziałem nastąpiła pomyłka zrzutu. Oświetlający reflektor z obozu jeńców radzieckich przyjęła załoga jako znak z ziemi.

Dla wyjaśnienia dodaję, że „Cumulus” spotkał Kujdowicza, z którym udał udał się na miejsce zrzutu.
Nastrój u nas był wspaniały. Uśmiechaliśmy się tylko, gdy opowiadano różne plotki, a które w pewnym sensie podtrzymywały społeczeństwo na duchu. Niemcy jeszcze przez kilka dni buszowali po polach. Do tej akcji ściągnęli spore siły z Kielc, Radomia i okoliczną żandarmerię.
Ta operacja lotnicza miała kryptonim „Bełt” a zrzutowisko „Kopyto”, ekipa nosiła nr VII. Dowódcą był kap. naw. Antoni Voelnagel. Załogę stanowili następujący skoczkowie:
- por. Jan Jokiel ps. „Ligota”,
- por. Stefan Majewicz ps. „Hruby”,
- por. Piotr Motylewicz ps. „Krzemień”,
- rtm. Jerzy Sokołowski ps. „Mira”,
- mjr. dypl. Tadeusz Sokołowski ps. „Trop”
- kurier ppor. Jerzy Mara-Meyer ps. „Filip", „Vis".
Wojnę przeżyli tylko „Ligota” i „Mir”.

Bogumił Kacperski „Malina”, „Frycz”
Kraków, 17.08.1999 r.