niedziela, 25 maja 2014

Stanisław Brzeziński z Koczwary - pancerniak od Maczka

Stanisław Brzeziński z Koczwary k. Końskich - pancerniak od Maczka. Fotografia z początku lat 40. i współczesna z 2013 roku. Foto. współczesne Radosław Nowek.
Stanisław Brzeziński z Koczwary k. Końskich - pancerniak od Maczka. 
Fotografia z początku lat 40. i współczesna z 2013 roku. 
Foto. współczesne Radosław Nowek.

Pana Stanisława Brzezińskiego poznałem w pierwszych dniach września 2013 roku. Wykonywałem prace instalacyjne w pobliskiej Koczwarze i dowiedziałem się o sędziwym 90-letnim mieszkańcu tej wioski, byłym żołnierzu Dywizji Pancernej gen. Maczka.

Pan Stanisław okazał się być człowiekiem komunikatywnym, bardzo miłym, nie wyglądającym na swoje lata. Poprosiłem go o rozmowę na ten temat.
Usiedliśmy na ławeczce za domem, a na stoliku pojawiła się kawa i ciasteczka... Z ust „pancerniaka” od Maczka popłynęła opowieść:

Urodziłem się 20.11.1923 roku w Grzybowie. Jako dziecko uczęszczałem do szkoły w Końskich, pamiętam że dyrektorem był pan Proskurnicki. Po lekcjach pomagałem rodzicom w obejściu. W tym czasie chodziłem również na naukę gry na skrzypcach do pana Jana Stoińskiego, późniejszego komendanta koneckiego ruchu oporu. Dużo rozmawialiśmy o sprawach patriotycznych, historycznych, to on zasiał we mnie takie ziarno polskości.

Kiedy wybuchła wojna, byłem za młody aby wziąć udział w walkach w obronie kraju. W roku 1940 inżynier z Końskich (nazwiska nie pamiętam), który znał moją mamę, wziął mnie do pracy przy budowie drogi. Moim obowiązkiem było wbijanie palików, posługiwanie się miarą i noszenie przyrządów mierniczych. Stuag z Austrii była firmą budującą drogę, a konecki inżynier był kierownikiem robót. Miałem tam dobrze, dużo się nauczyłem, a kontakty z niemieckimi pracownikami zaowocowały poznawaniem tego języka.

Stanisław Brzeziński z Koczwary k. Końskich.
Po 3 miesiącach w Kassel zostałem przewieziony do obozu w Buhenwaldzie, a tam skierowany zostałem do pracy w zakładach Dora.
Stanisław Brzeziński z Koczwary k. Końskich. 
Po 3 miesiącach w Kassel zostałem przewieziony do obozu w Buhenwaldzie, 
a tam skierowany zostałem do pracy w zakładach Dora.

Pewnego dnia „mój” znajomy inżynier nie pojawił się w pracy, a jego miejsce zajął wiedeńczyk Józef Liphert. Moje dotychczasowe obowiązki nie zmieniły się, tylko teraz częściej posługiwałem się przyrządami mierniczymi pod okiem Lipherta. Był dla mnie dobry, uczył mnie niemieckiego, a wkrótce nieźle mówiłem, pisałem i czytałem w tym języku. Skończyłem 18 lat i dostałem powołanie do Junaków Pracy. Był 1942 rok, trafiłem do Radomia pod skrzydła niemieckiego inżyniera w stopniu porucznika (nie pamiętam jego nazwiska), który prowadził budowę dróg w tych okolicach. Wraz z innymi mieszkałem na budowie w barakach, ale znając język niemiecki i mając doświadczenie jako pomocnik inżyniera budowy dróg, trafiłem bezpośrednio do tego porucznika. Oprócz zwyczajnych, codziennych obowiązków Niemiec nakazał mi obsługę magazynu. Ufał mi, dał klucze do magazynu i swojego biura. Miałem tam sprzątać i palić w piecu. Oficer codziennie wieczorem wychodził z biura i wracał na drugi dzień około godziny 9-10. Pewnego wieczora powiedział do mnie, że wróci dopiero następnego dnia późnym popołudniem. Zostawił dyspozycje na ten dzień i odjechał. Postanowiłem zostać w biurze na noc. Sprzątając zajrzałem machinalnie do szuflady biurka, taka moja ciekawość. W środku znajdowała się kabura, w niej pistolet P-08 Luger Parabellum i 2 magazynki z amunicją. W mojej młodej głowie, nagle pojawił się szalony pomysł, aby przywłaszczyć broń. Pistolet schowałem za pasek, kaburę zostawiłem w szufladzie, a uzbrojony również w przepustkę stałą wsiadłem do pociągu. W wagonie siedziałem z żołnierzami niemieckimi, ubrany byłem w uniform Junaka Pracy i nikt mnie nie niepokoił. Dojeżdżając jednak w pobliże domu, zdecydowałem się wysiąść w Wąsoszy, bałem się ewentualnej rewizji przez żołnierzy Bahnschutzu. Rodzice mieszkali już w Koczwarze, gdzie pieszo dotarłem w nocy. Kiedy wszyscy już usnęli ukryłem pistolet w kuchni. Przy podłodze, obok komina była poluzowana deseczka. Wyjąłem drewno i w suchym piasku ukryłem broń, którą zabezpieczyłem natłuszczonym pergaminem i szmatami. Wiedziałem, że oficer będzie mnie szukał, dlatego postanowiłem uciekać do partyzantki. Wcześniej już będą na przepustce w domu chciałem wstąpić do oddziału przez mojego kolegę. Niestety mój przydział do lasu został odroczony z powodu młodego wieku i braku broni. Powiedziano mi że jak będę miał broń, przyjmą mnie od razu. Mając pistolet, miałem nadzieję na przyjęcie, niestety nie mogłem złapać kontaktu, a podobno oddział działał teraz w innym rejonie. Na razie spałem u różnych kolegów i po rodzinie.

Banknot zastępczy obozu koncentracyjnego Mittelbau-Dora, pamiątka Stanisława Brzezińskiego z Koczwary k. Końskich - pancerniaka od Maczka.
Banknot zastępczy obozu koncentracyjnego Mittelbau-Dora, 
pamiątka Stanisława Brzezińskiego z Koczwary k. Końskich - pancerniaka od Maczka.

W tym czasie do domu przyjechali żandarmi i rozpytywali o mnie. Mama powiedziała, że jak pojechałem do Radomia do Junaków, tak jeszcze nie pojawiłem się w domu. Dziś, tak sobie myślę, że mój porucznik musiał mieć 2 pistolety, jeden nosił w kaburze przy pasie, a drugi miał w szufladzie. Myślę, że nie przyznał się policji o zaginięciu tej broni, ale robił wszystko aby mnie odnaleźć. Pomimo tego zaaresztowano mojego tatę, mówiąc że jak się zgłoszę to on zostanie zwolniony. Postanowiłem uciekać na Zachód, najdalej jak się da. Przyjechałem do Częstochowy i jakimś cudem udało mi się dostać na transport pracowników jadących do Rzeszy. Tak dojechałem do Kolonii. Na miejscu wyczytywano ludzi z list i kierowano do gospodarzy lub zakładów. Na placu zostałem sam, bez papierów i w niezłym strachu. Zawołałem po niemiecku, że ja też chcę pracować, ale zgubiłem dokumenty. Gauleiter w brązowym mundurze zapytał czy umiem czytać i podstawił mi pod nos paczkę z wypisanym adresem. Zostałem zatrudniony przy segregacji paczek. Tam pracowałem przez 9 miesięcy, aż do dnia kiedy żandarm zatrzasnął mi kajdanki na jednej ręce, a drugą zamknął na swojej. Trafiłem do Gestapo, a tam rozpoczęto śledztwo. Oficerowie, którzy mnie przesłuchiwali, nie chcieli uwierzyć w moją wersję ucieczki od Junaków i chęcią wyjazdu do pracy w Rzeszy.

Nieliczne, cenne, zachowane fotografie z okresu okupacji  w  Wilhemshaven. Fotografie Stanisława Brzezińskiego z Koczwary k. Końskich - pancerniaka od Maczka.

Nieliczne, cenne, zachowane fotografie z okresu okupacji  w  Wilhemshaven. Fotografie Stanisława Brzezińskiego z Koczwary k. Końskich - pancerniaka od Maczka.

Nieliczne, cenne, zachowane fotografie z okresu okupacji  w  Wilhemshaven. Fotografie Stanisława Brzezińskiego z Koczwary k. Końskich - pancerniaka od Maczka.
Nieliczne, cenne, zachowane fotografie z okresu okupacji w Wilhemshaven. 
Fotografie Stanisława Brzezińskiego z Koczwary k. Końskich - pancerniaka od Maczka.

Po 3 miesiącach w Kassel zostałem przewieziony do obozu w Buhenwaldzie, a tam skierowany zostałem do pracy w zakładach Dora. Po wojnie dowiedziałem się że w tych zakładach produkowano części do rakiet V1,V2. W 1944 roku kiedy było już gorąco i zachodziła obawa zbombardowania zakładu, zostaliśmy przetransportowani za Ren. Tam doczekałem się wyzwolenia przez Brytyjczyków. Poprosiłem Anglików o możliwość wstąpienia do wojska. Zawieźli mnie do strefy gdzie stacjonowała Polska Dywizja Pancerna pod dowództwem gen. Maczka. Zostałem wcielony do 2 pułku i jako szeregowy służyłem w czołgu typu Sherman M4. Swój chrzest bojowy przeszedłem w Belgii podczas odbijania Tielt, a później Ruysselede. Walka trwała naokoło, obok w maszynach ginęli chłopcy atakowani panzerfaustami. Prawda jest taka, że niemieccy żołnierze byli zaprawieni w boju, odwagą dorównywali nam Polakom, no i mieli skuteczną broń przeciwko naszym czołgom. Wystarczył jeden człowiek z panzerfaustem lub panzershreckiem i czołg stawał w płomieniach. Oprócz tego, saperzy rozmieszczali wszędzie przeróżne zmyślne pułapki, które mogły uszkodzić nasze pojazdy. To wszystko działo się tak szybko i tak szybko posuwaliśmy się do przodu, że tak naprawdę mało pamiętam z tego okresu. Hałas, dym, wybuchy i ogień, to wszystko co utkwiło w mojej pamięci. Wiem na pewno że moja załoga zniszczyła kilka samochodów pancernych oraz kilkanaście umocnionych stanowisk karabinów maszynowych i działek małego kalibru. Z walk w Holandii pamiętam niszczone przez Niemców kanały. Woda przelewała się na torfową ziemię, co skutecznie hamowało nasze rajdy. Czołg który wjechał na taką ślizgawkę grzązł i nie mógł wyjechać. Pamiętam jeszcze radość i entuzjazm ludzi. Tego nie da się opisać, byliśmy niejako czczeni, dziewczyny rozdawały całusy raz po raz, a inni ściskali nas serdecznie. Z rozkazu dowództwa ruszyliśmy w stronę Niemiec, przekroczyliśmy granicę pod Goch i uderzyliśmy na przeprawę Kuersten. Pomimo dużej przewagi długo trwało zanim przełamaliśmy opór Niemców, dopiero wsparcie z powietrza złamało ich wolę walki. Na terenie Rzeszy wyzwoliliśmy obóz kobiet żołnierzy AK w miejscowości Oberlangen. Na teren obozu przybył nasz dowódca podpułkownik Stanisław Koszutski i wygłosił takie małe, ale jak wyraziste przemówienie:
– Żołnierze Armii Krajowej i Towarzysze Broni, to historyczny moment spotkania na ziemi niemieckiej dwóch Polskich Sił Zbrojnych. Dzień 18 kwietnia niech zostanie na zawsze w Waszej Pamięci jako ukoronowanie dążeń i trudów. Niech żyje Polska!.

Mój pułk zakończył walki na zdobyciu bazy Kriegsmarine w Wilhelmshaven gdzie w przeddzień natarcia, które mieliśmy wykonać razem z Kanadyjczykami, twierdza poddała się. Kapitulację przyjął płk. dypl. Antoni Grudziński, wzięliśmy do niewoli wysokich oficerów marynarki, zdobyliśmy 3 statki wojenne, oraz duże zapasy żywności. Później była stagnacja i nuda.

Przed wyjazdem do Polski.  Fotografia Stanisława Brzezińskiego z Koczwary k. Końskich - pancerniaka od Maczka.
Przed wyjazdem do Polski. 
 Fotografia Stanisława Brzezińskiego z Koczwary k. Końskich - pancerniaka od Maczka.

Przez kolejne 2 lata pełniliśmy tutaj funkcję okupacyjną. W czerwcu 1947 roku Dywizja została rozwiązana.Większość żołnierzy wyjechało do Wielkiej Brytanii, a kilka procent, w tym ja zostało w Niemczech. Wyjechałem do Hamburga gdzie mieszkałem przy rodzinie niemieckiej. Głupio się czułem u nich, miałem wrażenie, że w pewien sposób wykorzystuję tę rodzinę. Źle się tam czułem. Wałęsałem się po mieście, nie wiedząc co ze sobą zrobić. W pewnym momencie przyszedł mi do głowy kolejny szalony pomysł i postanowiłem wrócić do kraju, choć słyszało się o niezbyt dobrej sytuacji w Polsce. Dostałem się na granicę z innymi, którzy postanowili wracać. Po drodze pozbyłem się dokumentów wojskowych i z dowodem obozu koncentracyjnego przekroczyłem granicę. Wróciłem do domu, ale nie przyznawałem się do swojej przynależności do wojska na Zachodzie. Przez długi czas nawet żona i dzieci o tym nie wiedziały. Dopiero w latach 80. dostałem wiadomość z Niemiec o spotkaniach byłych pancerniaków Maczka. Po jakimś czasie zacząłem jeździć na zloty żołnierzy. Do dziś żałuję pochopnego zniszczenia wielu pamiątek z wojska, zdjęć i dokumentów, dziś są nie do odtworzenia. Bałem się że mogę być rewidowany, a wiele się słyszało o represjach w stosunku do żołnierzy powracających z Zachodu.

Została pamięć, fotografie, odznaczenia...

Została pamięć, fotografie, odznaczenia...
Została pamięć, fotografie, odznaczenia...

Pod koniec lat 80. dostałem zaproszenie do Niemiec na wywiad do telewizji. Otrzymałem bilet i pojechałem na wywiad. Było bardzo miło. W Polsce nigdy nie wyemitowano tego materiału. Od pewnego momentu już nie wyjeżdżam na zloty pancerniaków, nie mam już sił, a i niewielu z nas zostało.
- A co się stało z tym pistoletem, który pan ukrył w rodzinnym domu?

W pewnym momencie przypomniałem sobie o nim i na początku lat 90., próbowałem odszukać to parabellum, które schowałem w skrytce pod podłogą. Niestety bezskutecznie - brat mój kilka lat wcześniej zrobił remont domu i wtedy prawdopodobnie broń została odnaleziona przez fachowców.
Tyle opowieść, a ja uważam że mam trochę szczęścia w poznawaniu ciekawych osób. Cieszę się że poznałem pana Stanisława Brzezińskiego - kawalerzystę pancernego od Maczka. Takie życiorysy i historie zostają na długo w pamięci.
Radosław Nowek