niedziela, 2 marca 2014

Wąsosz Nowiny k. Końskich, małe getto. Trzecia relacja

Niedawno przedstawiłem dwie relacje przedstawiające „szczątki” z historii małego getta w miejscowości Wąsosz Nowiny k. Końskich (25.09.2012). Artykuł rozpocząłem kilkoma zdaniami Andrzeja Fajkosza, które zainspirowały mnie do odszukania „śladów”.

W czasie okupacji hitlerowskiej okupanci zorganizowali we wsi niewielkie getto, w którym zgromadzono okolicznych Żydów, używając ich do prac leśnych. Znalazł się wśród nich wraz z rodziną ostatni właściciel (lub dzierżawca) fryszerki Blumenzweig. Wszystkich wywieziono w roku 1943 [sic! - zdecydowanie 1942] do któregoś z miejsc zagłady.

Tak niewiele wiadomości zawarł w artykule Wąsosz autor Andrzej Fajkosz. Więcej informacji uzyskałem od naocznych świadków historii, mieszkańców Nowin.

Relacja III

Getto
Zajmowało kilka domów. Tam było napchane. Z wyglądu w takim domu jak ten [jesteśmy w typowym wiejskim domku w Stadnickiej Woli] było dziesięć rodzin. To tam spali jedno na drugim. Korzystali ze studni, która była na początku [wsi].
- Czy było ciężko z jedzeniem?
Jedna kobieta opowiadała mi taką rzecz:
Że miała coś do sprzedania, no i targowała się, żeby kupić materiału na spódnicę i bluzkę. Ta Żydówka mówiła, że to za mało, a ta nie miała więcej i nie pogodzili się. Nie pogodzili się. Taki mieli zmysł targowania się.
Z nazwisk [mieszkańców getta] pamiętam nazwisko Bok, lub coś koło tego. To on tam był z rodziną.

Środkiem drogi były słupy, druty kolczaste, pokrzyżowane były. W zasadzie to można było tam wejść, furty były. Policja żydowska pilnowała. Czapki mieli i marynarki. Niemcy też pewnie byli, może nie codziennie, samych by ich nie zostawili. Żydzi codziennie karczowali las koło Kamiennego Krzyża.

Książki otrzymałem niedawno od mieszkańca podkoneckiej wsi. Może były bardzo ważne dla ich pierwotnych posiadaczy? (ze stopki: drukarnia POŚPIECH, Warszawa, Św. Jerska 32) W zbiorach KW.

Książki otrzymałem niedawno od mieszkańca podkoneckiej wsi. 
Może były bardzo ważne dla ich pierwotnych posiadaczy? 
(ze stopki: drukarnia POŚPIECH, Warszawa, Św. Jerska 32) W zbiorach KW.


Miłość w getcie?
Nazywała się Hala. Była młoda, może szesnaście lat. Wyróżniała się wśród Żydówek - nosiła spodnie. Myśmy się bardzo z tego śmiali. Bo to było nie spotykane by dziewczyna w spodniach chodziła, jeszcze na wsi. On, chłopak ze Stąporkowa, lat dziewiętnaście mający. Nazywał się chyba Młodawski, wygląd jego pamiętam, był dobrze zbudowany.
Brał te ukradkowe spotkania na poważnie.
Przyjeżdżał parę razy, proponował jej ucieczkę i ożenek. Ostatni raz [tuż przed deportacją] poszła i wyszła i powiedziała:
- Mama nie pozwala. Odwróciła się i odeszła
Więcej nie przyjechał i tak to się skończyło.
Pracowałem z nim po wojnie w Stąporkowie. Nigdy już nie opowiadał o tym wydarzeniu. Nie przypominałem się. Po co tam miałem z nim o tym rozmawiać. By się inni dowiedzieli.

Koniec getta. Stare księgi
Jak ich Niemcy wywieźli, oni mieli dużo materiału schowane na strychu. Całe bele materiału i mieli skóry na buty. To były potrzebne i poszukiwane skóry na buty i zelówki. Nie było gumowców, nie było nic. To wszystko wzięli Niemcy. Jak wywieźli [Żydów], Niemcy to wszystko przeglądali, brali chłopów, żeby tam pozbierać co się nadawało do zabrania. U jednego zauważyli wyciętą deskę. Kazali to wziąć i tam wyciągnęli woreczek z jakimiś monetami pewnie, co Żydzi schowali.
- Czy coś się zachowało, może jakiś papier, książka…?
Zostały książki. Wuj przyniósł do nas. Myśmy brali, ale się nie rozumieli na tym. Oni pisali innym drukiem. Inne słowa. Były takie duże księgi zamykane na klamry, stare bardzo. Okładki były twarde, papier był gruby - stare księgi. To my to siekierą rąbali, palili. Dzisiaj to bym wiedział co to jest, a wtedy starał się spalić, żeby nie było śladu, żeby w razie jakiejś kontroli Niemcy nie zauważyli, że to coś żydowskiego. Każdy się bał tego trzymać. To to ludzie szybko palili. Pisma były tośmy palili, by się pozbyć tego.
Byli gadki, że jakiś facet wykopał bunkier, ale to bzdura, to niemożliwe było. Ja w to nie wierzę, że jakiś tam gość wykopał bunkier, trzymał tych Żydów, dotąd dopóki miał od nich złoto, a później zabijał czy coś. Ale to było by niemożliwe. Gdzie by tam nie wiedzieli gdzie jest bunkier. Ludzie się bali. Takie gadki chodziły, ale ludzie nie wierzyli. To by wylazło po wojnie. Pokazał by się ktoś z pieniędzmi...

U nas mieszkali wysiedleńcy, którzy musieli opuścić dom [dom dla getta]. Wuj mieszkał z dwoma synami i córką. Wuj był wdowcem, a jeden syn był w Niemczech. Razem żeśmy siedzieli.
Potem szybko wrócili, ogrodzenia rozebrali, uprzątnęli, śladu nie było.

Eugeniusz Kusztal rocznik 1930, relacja z dnia 28.11.2013

Rozmowę przeprowadził KW.