niedziela, 19 stycznia 2014

Rzuców, kolonia harcerska 1920. Koneccy harcerze w Bitwie Warszawskiej

Po maturze można było zamówić w Końskich u fotografa Rocha Baranowskiego duże maturalne tabloau oraz małe pocztówki. Była to zbiorowa fotografia uczniów i nauczycieli gimnazjum im. św. Stanisława Kostki w Końskich.
W środku fotografii Baranowski umieścił swoją niezłą akwarelę przedstawiającą pluton ochotniczy harcerzy - maturzystów, biorących udział w Bitwie Warszawskiej. Na czele tego zastępu szedł Józef Grot z proporcem (poległ w bitwie pod Radzyminem). Foto. w zbiorach KW.


Kolonia harcerska 8. drużyny harcerskiej 
im R. Traugutta w Rzucowie

Na wiosennym polskim niebie ciężkie chmury się gromadzą. Od wschodu nadchodzą groźne wiadomości, że nawała bolszewicka silnie napiera na polskie wojsko, Ale ogólnie biorąc, ludzie tracą nadziei ufni w siłę polskiego oręża! Jak to, niedawno nasze wojsko przegnało bolszewików do samego Kijowa, więc bądźmy dobrej myśli! - tak wszyscy rozumowali.
W tym 1920 roku, szkolny rok nieco wcześniej zakończono, bo w drugiej połowie maja. Na czele szkolnej drużyny harcerskiej stał drużynowy Tadeusz Królikiewicz, ja byłem plutonowym i jego zastępcą. Uradziliśmy na odprawie komendy drużyny, aby w tym roku urządzić obóz ćwiczebny w okolicznych lasach powiatu koneckiego. Zaraz zgłosiło się kilkudziesięciu harcerzy.
Ojciec naszego drużynowego pan Władysław Królikiewicz miał dobrego znajomego, właściciela dużego majątku, p. Witolda Mokiejewskiego, którego nakłonił do zaofiarowania pustego domu gospodarczego na obóz dla koneckiej drużyny harcerskiej. Był to majątek Rzuców za Chlewiskami, z rozległym stawem i w pięknych sosnowych lasach. Już w połowie czerwca wyruszyliśmy pieszo do Rzucowa. Jedyna furmanka jadąca za nami wiozła nasze plecaki i tłumoczki. Nie mając zbytniego doświadczenia w dalekich marszach, szliśmy bardzo powoli, często odpoczywając i maszerując od wczesnego ranka, dotarliśmy do Rzucowa dopiero wieczorem o zmroku.

I Konecka Drużyna Harcerska im. Tadeusza Kościuszki. Podpis informuje, że komendantem był wówczas Leon Różycki, I plutonowym Antoni Kryj. Fotografia z 1917 roku w zbiorach KW.
I Konecka Drużyna Harcerska im. Tadeusza Kościuszki. Podpis informuje, że komendantem był wówczas Leon Różycki, I plutonowym Antoni Kryj. Fotografia z 1917 roku w zbiorach KW.

Na miejscu powitał nas pan Mokiejewski i wskazał budynek przeznaczony na nasze kwatery. Były tam cztery izby, kuchnia i dwa małe pokoiki na górze. W izbach leżała grubo rozścielona słoma, nakryta zgrzebnym płótnem. W kuchennej spiżarni był worek kaszy, worek mąki i niewielki woreczek cukru; był też jakiś tłuszcz, zdaje się - smalec. Kucharza mieliśmy swojego, ale pomagała nam kucharka ze dworu przy przygotowaniu obiadu. Ale kolacji tego dnia nikt nie jadł; wszyscy byli tak utrudzeni marszem, że zaraz po umyciu położyli się na posłaniach, okryli kocami i zasnęli - kamiennym snem.
Od rana zaczęło się normalne obozowe życie, według wcześniej opracowanego regulaminu. Chcąc się w jakiś sposób wywdzięczyć panu Mokiejewskiemu za jego gościnność, prosiliśmy o wyznaczenie nam jakiejś pracy w majątku. Po pewnych ceregielach wyznaczył nam w pobliżu kawał młodnika do trzebieży. Z miejscowej fabryki, produkującej różny sprzęt rolniczy i maszyny, przyniesiono nam kilkadziesiąt toporków podobnych do strażackich i zalecono wycinać w gęstwinie brzózki i wybujałe, cienkie sosenki, a zostawiać tylko młode, silne sosenki. Ten rodzaj pracy bardzo przypadł harcerzom do gustu. Po paru dniach - sensacja! W tym gęstym rewirze leśnym, harcerze wykryli melinę złodziejską z lichym szałasem i setkami niedopałków papierosowych. Okazało się, że istotnie w tamtej okolicy grasowała jakaś złodziejska banda.

Zachowała się oryginalna kartka z podpisami kolonistów: Rzuców 25.06.1920 r.
Pojawiają się nazwiska i funkcje: Marian Biegaj - I zastępowy, Henryk Zawadzki - oboźny
nieczytelne - trębacz, Józef nieczytelne - kuchmistrz, nieczytelne - kuchcik, S. Laurman, M. Kliszko, B. Szlifirski, Kaźmierzki, Tytus Albrycht, R. Zawada.

Zachowana notatka Henryka Seweryna Zawadzkiego o kolonii w Rzucowie, w zbiorach KW.
Zachowana notatka Henryka Seweryna Zawadzkiego o kolonii w Rzucowie, w zbiorach KW.

Zajęcia w lesie mieliśmy od rana do obiadu t.j. do godz. 12. Potem - mycie, obiad, odpoczynek i od godz.16. -18. zajęcia harcerskie, gry i zabawy itp. Po kilku dniach drużynowy Tadeusz Królikiewicz musiał wyjechać do Końskich. Na czele obozu zostałem ja jako oboźny. Miałem wiele pracy. Wieczorami po kolacji zachodziłem do dworu i zasięgałem wiadomości o sytuacji w kraju; czasem dostawaliśmy przeczytane we dworze gazety. Wiadomości nie były wesołe. Pewnego dnia do pp. Mokiejewskich przyjechał na kilka dni ich kuzyn major Łużecki z bardzo niepokojącymi wiadomościami i przywiózł odezwę podpisaną przez gen. Józefa Hallera, wzywającą młodzież do ochotniczego wstępowania do Armii Ochotniczej. Sytuację przedstawiono w tej odezwie jako bardzo groźną. W tych warunkach, po naradzie z p. Mokiejewskim wysłałem telegram do drużynowego Tadeusza Królikiewicza z zawiadomieniem, że za kilka dni zlikwidujemy obóz i rozpoczniemy marsz do Końskich.

Istotnie, po serdecznym podziękowaniu p. Mokiejewskemu za gościnę, wymaszerowaliśmy rankiem z Rzucowa. Za nami również jechało wóz w półkoszkach z naszymi plecakami, kocami i przewidziany dla tych, którzy nogi odparzą czy zachorują. Pamiętam, że był to dzień pogodny, ale bardzo upalny. Tym razem maszerowaliśmy nie szosą, a leśnymi drogami, na skróty, według mapy i wskazówek gajowych. Już w czasie drogi, po wsiach dochodziły nas wiadomości o tworzącej się Armii Ochotniczej i coraz większym zagrożeniu ze strony wojsk bolszewickich. Ta droga była krótsza i mniej męcząca.

Rzuców dwór, akwarela (z 1892 r. ?) odnaleziona w maju 2012 r. przez grupę sympatyków dworu podczas generalnych porządków. Akwarela znajduje się na stronie: Dwór w Rzucowie. Czytelnik znajdzie tu opisy innych kolonii harcerskich, ciekawe fotografie, informacje o historii dworu…
Rzuców dwór, akwarela (z 1892 r. ?) odnaleziona w maju 2012 r. przez grupę sympatyków dworu podczas generalnych porządków. Akwarela znajduje się na stronie: Dwór w Rzucowie. Czytelnik znajdzie tu opisy innych kolonii harcerskich, ciekawe fotografie, informacje o historii dworu…


Końskie, ochotniczy zaciąg harcerzy

Po przybyciu do Końskich wyznaczyłem zbiórkę obozowiczów na dzień następny, w godzinach popołudniowych. Pomimo zmęczenia, jeszcze tego dnia wieczorem widziałem się z Tadeuszem Królikiewiczem i kilku kolegami. Radziliśmy do późnej godziny w nocy. Następnego dnia też były narady z udziałem komendanta hufca prof. Wacława Ziembińskiego i prof. Tadeusza Mierzanowskiego. Postanowiono ogłosić zaciąg ochotniczy harcerzy koneckich do Armii Ochotniczej, w domu moich rodziców, przy ulicy Krakowskiej nr 8. Jednocześnie wydelegowany zostałem do Warszawy, do Komendy Głównej ZHP. Do Warszawy wyjechałem 13., a wróciłem 15 czerwca z dokładnymi instrukcjami.
W ciągu najbliższych kilku dni zgłosiło się ponad 120 harcerzy - ochotników, z kilku drużyn, po czym wyznaczyliśmy dzień odjazdu ochotników do Warszawy.

Tadeusz Królikiewicz, drużynowy szkolnej drużyny harcerskiej. Fotografia w sztambuchu Henryka Seweryna Zawadzkiego. Wpis:
Bądź spokojnością wśród burz niepokoju
W zamęcie siłą i strojem w rozstroju
Bądź wiecznym pięknem na wiecznym życia boju... [Zygmunt Krasiński]
Twój serdeczny kolega Tadeusz Królikiewicz, Końskie 20.10.1917 r.
Sztambuch w zbiorach KW.


Końskie, 17 czerwca 1920 roku.
Była bardzo piękna pogoda i całe miasto owacyjne żegnało nasz pierwszy oddział ochotniczy. Żegnał nas kler, cechy rzemieślnicze z chorągwiami, personel nauczycielski z kwiatami. Na czele pochodu idącemu ku dworcowi kolejowemu szła orkiestra miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej i grała marsze wojskowe. Na dworcu były przygotowane trzy wagony towarowe, ale umajone zielenią i tam w oczekiwaniu na pociąg piękne przemówienie wygłosił ksiądz proboszcz i ks. prefekt, ale najpiękniej przemówił nasz profesor, polonista dr Tadeusz Menfrys (późniejszy poseł z Chadecji do sejmu i działacz polityczny). W przemówieniu podkreślił profesor szlachetne i patriotyczne pobudki oddziałów Ochotniczej Armii, a z drugiej strony rozbójniczy napad dziczy azjatyckiej na naszą Ojczyznę, a po nim któryś z księży i p. Władysław Królikiewicz. Miejscowe panie i harcerki obdarowywały nas kwiatami. Najwięcej kwiatów zbierał Józio Grot, bo był najwyższym harcerzem i bardzo przystojnym chłopcem. Młoda hrabianka Gabriela Tarnowska przyniosła cały snop goździków. Nauczycielki, panie Wiktoria Czarnecka i Janina Sykulska przypinały nam do mundurów biało-czerwone, ochotnicze rozety…
Nadjechał pociąg, doczepiono nasze wagony i wśród oklasków pociąg ruszył.
Tłum ludzi machał chusteczkami i wielu łzy ocierało...

Warszawa, 17 czerwca 1920
Przyjazd do Warszawy i wymarsz czwórkami do Cytadeli. W koszarach nieład i ciasnota.

Warszawa, 18 czerwca 1920
Mimo źle przespanej nocy - defilada przed gen Józefem Hallerem. Było bardzo wielu harcerzy w różnolitych mundurach harcerskich i oczywiście jeszcze bez broni. Generał obchodził szeregi i często pytał:
Skąd jesteście?!
Zdziwił się nawet, że tak często natrafiał na harcerzy z Końskich.
W Cytadeli warunki były bardzo ciężkie.Trudności były z zakwaterowaniem, wyżywieniem, noclegami, brakiem pościeli itp. Dobrze, że każdy z nas miał jakieś zapasy w plecaku. Wiele doraźnej żywności (kanapki, suchary, a nawet cukierki) przynosili warszawiacy. Mało było jednak kuchni polowych.
Dość duży był również bałagan w zakresie wyszkolenia. Brak było zawodowych podoficerów, którzy walczyli już na froncie. Szkolenie było też we własnym zakresie przez harcerskich instruktorów i dopiero po kilkunastu dniach szkolenie było bardziej planowe.
Nasz oddział dostał nawet zawodowego kaprala, nazwiskiem Lewin, który jednak odznaczał się wielką zarozumiałością i złośliwością i był powszechnie nielubiany.
Wszyscy rwali się by dostać się do marszówki, wychodzącej na front, a tymczasem szkoleniowcy mówili, że szkolenie potrwa jeszcze kila tygodni. Te złe warunki spowodowały, że całymi grupami harcerze opuszczali Cytadelę i zgłaszali się do rozmaitych kadr, aby uzyskać przydział do „marszówek" wyruszających na front. Podobnie postąpiła i nasza czwórka harcerska, tj.Tadeusz Królikiewicz, Józef Karlikowski, Henryk Markiewicz i ja - Henryk zawadzki. Zgłosiliśmy się do kadry szwoleżerów w „Agricoli", ale z powodu braku koni - nie przyjęto nas. Dowiedziawszy się w Modlinie ogłoszono zaciąg do artylerii polowej, zaraz tam wyruszyliśmy. Istotnie, tego samego dnia przyjęto nas, zakwaterowano, wpisano do ewidencji, a następnego dnia już skierowano nas do magazynu, gdzie zatrzymano nasze sukienne harcerskie mundury, a dano nam bardzo piękne popielate, suto szamerowane mundury niemieckich huzarów śmierci. Obuwie i spodnie zachowaliśmy własne.
Dostaliśmy się do 6. baterii tego pułku. Oficerem i dowódcą baterii był kpt. Racięcki. Szkolenie było bardzo intensywne, od rana do wieczora. Najwięcej podobał się nam maneż konny i ćwiczenia z armatami typu francuskiego zwanymi „75-kami”. Z magazynu dostaliśmy krótkie karabinki „Lebelki" i szable francuskie z końca XVIII wieku, tak ciężkie, że na pewno żaden już Francuz nie potrafiłby nimi władać. Codziennie, przed jakimś wałem ziemnym odbywaliśmy ostre strzelanie z karabinów do celów ruchomych i stałych.
Po kilkunastu dniach intensywnego szkolenia, nasza bateria otrzymała rozkaz wymarszu, a magazynier - ogniomistrz kazał nam przyjść do magazynu po przydział sukiennych płaszczy i zawiadomił nas o rychłym wyruszeniu na front. Była to wielka uciecha. Wojska sowieckie musiały być chyba bardzo blisko, bo huk dział artyleryjskich był bardzo donośny i dobrze słyszalny. Niebawem też przydzielono naszą czwórkę do 6. baterii 18. pap i wyruszyliśmy marszem bojowym w kierunku północnym, przez Zakroczym, Płońsk, Sąchocin. W tej ostatniej miejscowości zastaliśmy most spalony i przeprawiliśmy się częściowo po świeżo odbudowywanym przez saperów moście, a częściowo brodami przez dość płytką Wkrę.
Dalej szliśmy przez Ojrzeń i w Ciechanowie mieliśmy postój od 20 do 23 sierpnia. W Ciechanowie widzieliśmy olbrzymią, zbiorową mogiłę, w której warstwami układano poległych żołnierzy bolszewickich. Mieszkańcy Ciechanowa pokazywali nam miejsce stracenia grupy harcerzy, przy baszcie zamkowej, przez bolszewickie NKWD. Spotykana ludność witała nas serdecznie i gościnnie.

Antoni Kryj, I plutonowy.  Fotografia w sztambuchu Henryka Seweryna Zawadzkiego - Końskie 1918. Sztambuch w zbiorach KW.
Antoni Kryj, I plutonowy. Fotografia w sztambuchu Henryka Seweryna Zawadzkiego - Końskie 1918. Sztambuch w zbiorach KW.

Maszerujemy dalej i pułk nasz wziął udział w działaniach bojowych w rejonie Mławy, które zakończyły się wielką klęską bolszewickich oddziałów Gay-hana. Później się dowiedziałem, że jedna z naszych baterii ostrzelała „omyłkowo” nasze oddziały Brygady Syberyjskiej w lesie pod Chorzelami, gdzie jeden pocisk spowodował szczególne straty. Omyłka powstała z powodu zerwania linii telefonicznej.
Po zakończeniu tych działań widzieliśmy tysiące jeńców bolszewickich bardzo licho i nędznie odzianych w drelichy i podarte obuwie. Sterty karabinów i amunicji leżały w Mławie, blisko kościoła. Ja sobie wybrałem mały, bardzo zgrabny, kawaleryjski karabinek japoński. Udało mi się też znaleźć ponad 100 sztuk naboi do tej broni. Naboje te są znacznie mniejsze od naboi rosyjskich czy niemieckich. Tam, we czwórkę zwiedzaliśmy kościół parafialny, a na cmentarzu przykościelnym zauważyliśmy świeżo usypaną mogiłę bolszewickiego komisarza Biriukowa, całą pokrytą czerwonymi wstęgami i zielenią.Tam też zjawiło kilku ochotników szwoleżerów, którzy podeszli do nas i gorąco nas namawiali do zamiany mundurów, za znaczną nawet dopłatą. Bardzo im się podobały nasze mundury huzarów śmierci. Oczywiście nie zgodziliśmy się na tę zamianę. Tak jak my, tak i oni mieli przypięte do mundurów ochotnicze kokardy (rozety) biało-amarantowe. Te odznaki nas wzajemnie zbliżały.
W rejonie Mławy przybywaliśmy kilka dni i każda bateria kwaterowała w innym, pobliskim dworze. Nasza 6. bateria kwaterowała krótko we dworze Niegodnie, a następnie we dworze w Podkrajewie. Obydwa dwory puste, zniszczone i rozgrabione przez kwaterujące wojsko bolszewickie. Meble połamane, fortepian wywrócony, książki z bibliotek wyrzucone na dziedziniec. Jednym z dziedziców tych dworów był niejaki Gryglewicz.Tam w stercie porzuconych książek, zawilgoconych przez deszcze, znalazłem i zabrałem sobie dwie książki: Pan Tadeusz A. Mickiewicza i pięknie oprawioną Historię Powszechną, jakiegoś niemieckiego autora. (W notatkach: Sierpień 1920 p. Zawadzki napisał: Niech mi właściciele tych książek darują)
Pod Mławą nasze baterie zdobyły i częściowo wymieniły sobie konie. Kilka koni zatrzymano jako zapasowe. Było w czym wybierać. Mnie i moim kolegom z obsługi działa czasami dawano konia wierzchowego i wysyłano na patrol. Pewnego razu w czasie takiego patrolu zajechałem do dworu w Zawadach, gdzie poznałem właściciela pana Sędzimira, który mnie przyjął bardzo gościnnie.
Coraz częściej dochodziły dobre wiadomości. Niezwyciężona Armia Czerwona umykała na całym froncie, nawet przed stosunkowo słabo wyszkolonymi formacjami Armii Ochotniczej.
Skończyły się przyjemne dni wypoczynku w rejonie Mławy. Zachowała mi się karta pocztowy z widokiem ratusza w Mławie, wysłana do rodziców w Końskich dnia 3 września 1920 r. Następnego dnia, wczesnym rankiem wymaszerowaliśmy do stacji kolejowej Iłowo i tam załadował się nasz pułk. Konie i jezdni umieszczeni zostali w towarowych wagonach, a armaty i obsługa dział - na odkrytych platformach, tak zwanych lorach, przykryci płachtami brezentowymi; w wagonach osobowych jechali oficerowie, podoficerowie i inne służby pomocnicze. Nikt nie wiedział gdzie mamy jechać i jakie nas czekają zadania. Pogoda dopisywała więc chętnie oglądaliśmy mijane krajobrazy. Wszędzie napotykani ludzie serdecznie nas witali. Z żalem omijaliśmy Warszawę i później Lublin. Wieczorem 7 września przyjechaliśmy do Chełma.Tam parę dni mieliśmy odpoczynku.
Moja czwórka (T. Królikiwicz, J. Karlikowski, H. Markiewicz i ja) dostała kwaterę w prywatnym mieszkaniu rzemieślnika p. Petzolda. Dał nam duży, wygodny pokój i łóżka. Stołowaliśmy się w niedalekiej kuchni bateryjnej. Polacy wszędzie okazywali radość z przybycia wojska polskiego, a nawet liczni unici też cieszyli się z nowej, polskiej władzy. Wieczorami chodziliśmy do cerkwi posłuchać bardzo pięknych, mocnych, męskich chórów. W Chełmie u jakiegoś żydowskiego czapnika kupiłem sobie wojskową furażerkę z biało-amarantową kokardą.
Poczciwi gospodarze dożywiali nas nieco, jak mogli i opowiadali o licznych nadużyciach i przykrościach w czasie pobytu armii czerwonej. Państwo Petzoldowie mieli dwie dorastające córki, z których starsza (zdaje się Hela) ,bardzo się nam podobała i jej właśnie ofiarowałem, ładnie oprawioną Historię Powszechną, pochodzącą ze sterty wyrzuconych przez bolszewików książek z biblioteki w Niegocinie.
Wkrótce wyjechaliśmy dalej przez Dorohusk, żydowski Luboml do Kowla, a stamtąd już marszem bojowym na Polesie, Pińszczyznę, Białoruś.

Antoni Pawłowski walczył: w jeździe ochotniczej majora Jaworskiego.  Fotografia w sztambuchu Henryka Seweryna Zawadzkiego - Końskie 1917. Sztambuch w zbiorach KW.
Antoni Pawłowski (ur. 1903 w Końskich, zm. 16.09.1968 – biskup rzymskokatolicki) walczył: w jeździe ochotniczej majora Jaworskiego. Fotografia w sztambuchu Henryka Seweryna Zawadzkiego, w zbiorach KW.


21 września
W Kowlu ludność żydowska i ukraińska przyjęła nas wrogim, a w każdym razie, obojętnym milczeniem.
Szliśmy przez Kamień Koszyrska, Jeziorko, Lubieszowską Wólkę, Lubleszów (tu przechodziliśmy jakiś kanał). Zachował mi się kalendarzyk (Polski kalendarzyk kieszonkowy) na rok 1920 oraz Block-notes z tegoż roku, w których notowałem zdarzenia, marszrutę i daty mijanych miejscowości. Nie napotykaliśmy wówczas na opór nieprzyjaciela, gdyż „niezwyciężona Armia Czerwona" uciekała na wschód w niezwykłym pośpiechu. My, młodzi chłopcy, stanowiący częściową obsługę naszego działa, o kalibrze 75 mm, w 6. baterii 18 pułku artylerii polowej, nie mieliśmy pojęcia o planach taktycznych naszego dowództwa. Ani prasa, ani wiadomości o działaniach wojennych do nas nie dochodziły. Czasami, w czasie przemarszów przez jakieś miasteczka od księdza lub aptekarza, a najczęściej od wystraszonego Żyda dowiadywaliśmy się o zdobyciu Baranowicz czy Brześcia lub Mozyrza.
Niekiedy podoficerowie poufnie nas informowali, że nasza bateria oraz bateria 5. wchodzą w skład specjalnej, dywersyjnej, niewielkiej jednostki taktycznej w sile jednego batalionu piechoty (zdaje się 144 pp), 2. baterii polowych, jednego szwadronu jazdy i plutonu służb specjalnych - pod dowództwem majora Alikowa. Jednostka ta maszeruje oskrzydlającym, dywersyjnym szlakiem poprzez puszczę poleską, gdy tymczasem nasza dywizja szła głównym traktem, itd. Ile w tym było prawdy - trudno dociec. Począwszy od Lubieszowa drogi były bardzo złe, wyboiste, prowadzące przez ogromne lasy i mokradła. Drogi te były wyłożone pniami ściętych drzew, już nieco podgniłe; podobno już w 1915 roku Niemcy tak te drogi układali. W dawnej Polsce to nazywało się „gacenie" drogi, a wioski w których mieszkali ludzie zobowiązani do takiego gacenia ,nazywały się Gatniki (np.w pow.koneckim).
Po opuszczeniu Kowla, w którym kwaterowaliśmy od 21 do 24 września, maszerowaliśmy wg moich ówczesnych notatek (przez Zarzecze, Karasin, Werki czy Werhy, Police (gdzie był dwór zniszczony należący do Popławskich), Jaromyślin, Kremno, gdzie dwór należał do Niepanicza, Pniewo - gdzie nocowaliśmy.
25 września przyjechaliśmy do wsi Werhy, gdzie w 1915 r .kwaterowali legioniści z i I p. ułanów z Beliną. Ludność miejscowa pamięta ich nazwiska i wskazuje ich kwatery, wymieniając Belinę, Żeromskiego (?), Rylskiego, Hankę,Wit..., Węgleńskiego itd. Zwiedziliśmy tam ziemianki budowane przez Niemców w 1916r. Jeszcze były tam łóżka i stołki.

26 września
Wólka Lubieszowska, Lubieszów zniszczony w 1915 r. przez Niemców; dalej Lubiąż, Dolsk, Zielone Kolano (jezioro), Mohre, Kuźliczyn vel Korzeliczyn, Konotp, Ruck, Brodnica, Ohowo vel Ogowo, Piotrowicze, Duboja, Parszewicze, Półtoranowicze, Lenin, Kowniatyn, Łohiszyn, Mohra.
Dalszy szlak prowadził przez miejscowości Łyszcze, Nowy Dwór, Pohost (duże jezioro), Kamień, Łuniniec, Dubsk, Mokroć, Sienkiewicze, Mikaszewicze, Grabów nad rz. Mosocz.
Nie zanotowałem daty naszego przemarszu przez małe miasteczko Łachwę, nad rzeką Śmierć, gdzie mieliśmy krótki postój. (Może to jednak było w powrotnej drodze - nie pamiętam). Pamiętam jeno, że w Łachwie dogoniła nas czołówka prowiantowa, co się rzadko zdarzało i tam „wyfasowali" nam tytoń i po dwa mocno solone śledzie. Czołówka stała za rzeką, więc przechodząc przez drewniany, trzęsący się most większość żołnierzy wyrzuciła do rzeki te zasolone śledzie.
Przez wiele dni przemierzaliśmy ten nieznany, dziki, ale piękny kraj zamieszkały przez mieszaną ludność białoruską, ukraińską, polską, a w miasteczkach z przewagą ludności żydowskiej, liczne zaś dwory i folwarki były przeważnie w posiadaniu „panów", czyli Polaków. Większość tych dworów było pustych, opuszczonych przez właścicieli, którzy kryli się po lasach przed bolszewikami. Wiele dworów było zniszczonych i zrabowanych. Chłopi z Polesia i Białorusi nie mieli wyrobionej tożsamości narodowej i na zapytanie kim oni są - odpowiadali, że oni są „tutejsi". Spokojny i potulny to naród do nas, żołnierzy polskich odnosili się z umiarkowaną życzliwością, ale zachowywali się lojalnie, choć rozmowy prowadzili ostrożnie i z rozwagą.
W czasie tego długiego marszu nasza bateria miała dwa, czy trzy razy za zadanie ostrzelanie mostów na drogach, po których cofali się bolszewicy. Czasami zastawaliśmy niedogaszone ogniska, porzucone menażki, amunicję itp.
Dnia 6 października na miejscu postoju, spodziewaliśmy się wizytacji, więc baterii „na gwałt" robiono porządki, czyszczenie karabinów, armat i koni. Istotnie tegoż dnia, po południu przyjechał mjr Alikow i sprawdzał te porządki.
Następnego dnia 7 października w dzień święta NNP Różańcowej - było uroczyste nabożeństwo, t.j.msza polowa, oraz wizytacja przez dowódcę pułku. Defilada wypadła bardzo dobrze. Kuchnia wydała wspaniały obiad (prawdziwą grochówkę na wędzonce!).
Wreszcie

18 października
Wieczorem zajęliśmy dużą wieś, czy miasteczko Grabów. Dla naszej czwórki przydzielono dość okazały, drewniany budynek. W dużej izbie gospodarze z dwojgiem dzieci spali na piecu, a nam wskazali szerokie ławy pod ścianami. Zgłodniali, bo bez kolacji, rozłożyliśmy koce, nakryliśmy się płaszczami i zasnęliśmy kamiennym snem.
Grabów - to większe osiedle z cerkwią; było tam kulka sklepów, ale nieczynnych, bo je zrabowali bolszewicy. Mieszkańcy Grabowa dość życzliwie się do nas odnosili i u nich można było za bezcen kupić mleko, jaja, chleb i ryby.Tam wkrótce zaczęła kursować plotka, że obie strony walczące przerwały działania wojenne i układają warunki rozejmu.
Któregoś dnia do naszej gospodyni przyszła sąsiadka z płaczem, że jej synek umiera, a we wsi niema ani doktora, ani znachora. Okazało się, że jej synek 10 letni chory był na dyzenterię i był tak osłabiony, że nie mógł się podnieść z ławy na której leżał. Narzekał i płakał bo miał silne boleści. Ja w swojej skromnej apteczce (jaką mi matka dała na wojnę),miałem m.in. krople Inoziemcowa, krople miętowe, węgiel, aspirynę, plastry opatrunkowe itp. Zaraz chłopcu dałem krople Inoziemcowa na cukrze, a rodzicom poradziłem zabić kurę i rosołem, zamiast mlekiem karmić syna. Od naszego sierżanta prowiantowego dostałem kilka sucharów z białego pieczywa i paczkę herbaty .Zaczęliśmy leczyć chłopca. Cieszyłem się, że po kilku dniach chłopiec nie odczuwał bólów i zaczął dochodzić do zdrowia. Mnie w baterii przezwali „znachorem". Rodzice dziecka przekonali się, że dla ich synka zdrowszą była potrawka z kury i rosół aniżeli kapuśniak i świnina.
Pod koniec października sypnął śnieg i mróz dochodził do minus 10 -12 C.
Dnia 28 stycznia na naszą kwaterę przyszedł ogniomistrz Józef Chrapczyński i wyznaczył mnie na dowódcę patrolu ze specjalnym zadaniem. Do tegoż patrolu wyznaczył Romana Wekera i Salomona Złotkina. Weker pochodził spód Winnicy, a Złotkin - z Warszawy. Mieliśmy przywieźć 70 wozów siana na zimę dla koni, z dóbr b. księcia Ogarkowa z okolic Lachowicz, położonych nad wielkim jeziorem Kniaź.
Według pogłosek w Lachowiczach już kwaterował niewielki oddział polski, jako karna ekspedycja, gdyż tam ponoć zamordowano 18 żołnierzy polskich.
Następnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, ale już długim wężem stały furmanki gotowe do wyjazdu po siano. Były to maleńkie wózki jednokonne. Furmani byli w kożuchach, bo śnieg prószył i był niewielki przymrozek. Wzięliśmy karabinki, amunicję, trochę prowiantu i siadłszy na konie ruszyliśmy z Grabowa w stronę Lachowicz, odległych ponad 20 kilometrów. Furmani byli zadowoleni, bo dostali pieniądze z komendy baterii za te podwody. Kawalkadę prowadził Weker w środku jechał Złotkin, a ja na końcu. Droga fatalna, pełna wybojów. Jechaliśmy dość wolno. W południe furmani prosili o postój i przerwę na posiłek. Zgodziłem się, a furmani wkrótce naznosili gałęzi i suszu na kilka ognisk. Wkrótce w kilku miejscach zabłysły ogromne ogniska. Każdy z chłopów miał zaostrzony kij, na który nadziawszy kawał słoniny przykładali do ognia i topiącą się słoniną smarowali grube pajdy chleba. Pokrzepiali się też jakimś samogonem. Nawet nas częstowali, ale woleliśmy naszą „czarną" kawę zbożową i suchary niż te kromki czarnego chleba ze słoniną.
Do Lachowicz przybyliśmy pod wieczór. Zameldowała się w placówce naszego wojska. Już byli powiadomieni o naszej ekspedycji po siano. W Lachowiczach zatrzymali się furmani, aby od rana zacząć ładowanie siana ze stogów. Został z nimi Złotkin. Ja zaś z Wekerem, z braku możliwej kwatery udaliśmy się do pobliskich Puchowicz i tam zatrzymaliśmy się przy najładniejszej chyba chacie - przywitała nas dobrą polszczyzną gospodyni tego domu. Okazało się później, że jest ona Polką i będąc służącą w Częstochowie, poznała miejscowego strażnika - rewirowego, którego następnie poślubiła. Mąż jej był Poleszukiem z Bachowicz, dokąd po wojnie powrócili i on zajął się rybołówstwem. Oboje byli bardzo dumni ze swej kuchni, bo chyba tylko w ich chacie była czterofajerkowa płyta żelazna przywiezioną z Częstochowy. Bardzo nas gościnnie przyjmowali blinami ze smażonymi rybami, pierogami itp,
Nazajutrz pojechaliśmy do Lachowicz. Nasi furmani nie śpieszyli się i bardzo powoli ładowali siano do swych niewielkich wózków. Ustaliwszy odjazd na dzień następny wróciliśmy do Puchowicz.Tam dowiedzieliśmy się,że w okolicy jest wiele chutorów i folwarków, należących do polskich ziemian, którzy musieli uciekać przed Armią Czerwoną. Tam też posłyszeliśmy od przejeżdżającego Żyda, że:
- Już się wojna skończyła.

Wczesnym rankiem powróciliśmy do Lachowicz, gdzie komendant polskiej placówki powiadomił nas, że on likwiduje placówkę bo zawarty został rozejm, a obecnie polskie oddziały wojskowe będą się musiały daleko cofnąć na ustaloną granicę.
Nie zwlekając ruszyliśmy z całą karawaną do Grabowa, ale nieco inną trasą, krótszą - przez Zamoszczeje. Do Grabowa przybyliśmy około południa i tu spotkała nas niemiła niespodzianka. Bateria nasza już wczoraj z Grabowa wyjechała na zachód. Spostrzegliśmy tylko „druciarzy" t.j. telefonistów, którzy zwijali linię telefoniczną. Mieliśmy żal do naszego dowództwa, że nas nie zawiadomiło o swoim odwrocie. Nie dostałem też żadnej instrukcji co zrobić z przywiezionym sianem. Każdej chwili mogli przybyć bolszewicy, by zająć opuszczone tereny. Zaszedłem do miejscowego nauczyciela, którym był „zruszczony" Polak i od niego się dowiedziałem, że ustalono granicę na rzece Łań, a więc przeszło sto kilometrów od Grabowa. Przyjął on nas bardzo serdecznie i ugościł, a nadto wskazał nam lepszą drogę w stronę Pińska. Furmanom kazałem siano zrzucić na dużym dziedzińcu przed szkołą i zostawiłem je do dyspozycji nauczyciela, bo z tym całym „majdanem" nie mogłem gonić baterii po lichych drogach poleskich. Jeszcze zdążyliśmy odwiedzić naszych gospodarzy ,a ja nawet zaszedłem do sąsiadów, by dowiedzieć się o zdrowie „leczonego" przeze mnie chłopca. Był jeszcze osłabiony, ale już chodził i na moją cześć zagrał na swoich skrzypeczkach, jakąś skoczną piosenkę. Jego rodzice obdarzyli mnie kilkoma pierogami z gruszkami (ulęgałkami).
Był to mroźny, listopadowy dzień 2 listopada.
Trasa nasza wiodła przez Sielutycze ,Bielawo, Polankę - chutor dawniej polski, obecnie zruszczony, ale jeszcze Polacy stanowią większość i mówią dobrą polszczyzną, z miłym litewskim akcentem.Tam zanocowaliśmy, 3 listopada - ruszyliśmy dalej przez Żydkowicze, Ludzieniewicze, Diedówkę, Broniewicze, Mikaszewicze. Tam dopadliśmy naszą baterię i dalej maszerowaliśmy razem przez Sitnicę, Sienkiewicze (4 listopada). Dnia 5 listopada we wsi Mochro przekroczyliśmy graniczną rzekę Łań. Dalej szliśmy przez Duboję do Łachwy. Tu był postój. W rozmowach z innymi żołnierzami wszyscy podkreślali gościnność i serdeczność Polaków mieszkających na na Białorusi i w Pińszczyźnie. Z wielkim żalem żegnali nas, a wielu szykowało się do opuszczenia tych terenów i przybycia do Polski.

19 listopada
Przyjechaliśmy do Zambrowa, gdzie była kadra naszego 18. pułku artylerii polowej. Zakwaterowano nas w koszarach wojskowych i wystawiono nam zaświadczenia z odbytej, ochotniczej służby wojskowej na froncie. Ja dostałem zaświadczenie, w którym podkreślono, że: pomimo trudnych warunków na froncie, pełniłem służbę starannie i ochoczo.
Bardzo serdecznie pożegnał nas kpt. Radecki, a jeszcze serdeczniej, nasz ogniomistrz Józef Chrapczyiński.

20 listopada
Zostaliśmy zwolnieni „do cywila". Następnego dnia rozjechaliśmy się w różne strony: student Cycharowski - do Krakowa, Roman Weker, Górakiewicz, S. Złotkin - do Warszawy. Tadek Królikiewicz, Józio Karlikowski i Henio Markiewicz - do Końskich, a ja do Milanówka, do wujostwa Adamostwa Himnerów. Po kilku dniach i ja pojechałem do rodzinnego domu w Końskich.

Inni moi koledzy walczyli w rozmaitych jednostkach wojskowych: Zygmunt Piątkowski - szwadronie ułańskim, Antoś Pawłowski - w jeździe ochotniczej majora Jaworskiego, a większość - w piechocie.

Bohaterską śmiercią poległ nasz nieodżałowany kolega ś.p. Józio Grot, wspaniały peowiak i harcerz. Brał on udział w krwawej i długotrwałej Bitwie o Warszawę pod Radzyminem i tam został śmiertelnie ranny; dowieziony do szpitala polowego w Warszawie - zmarł przed operacją. Cześć Jego pamięci!

Henryk Seweryn Zawadzki

Artykuł powstał z połączenie kilku tekstów: Rok 1920 i Dziennik mój (od połowy czerwca 1920) i kilku rękopisów: Kolonia, Sierpień 1920 i in. maszynopisy i rękopisy H. S. Zawadzkiego w zbiorach KW.