niedziela, 8 grudnia 2013

Depozyt. Gdyby kamienie umiały mówić

Końskie, ul. Partyzantów. Powstańczy kamienny krzyż, modrzewiowy budynek „starostówki” i dalej za ścianą zieleni… mur z fragmentami macew. Prawdopodobne miejsce opisywanych wydarzeń. Foto. KW.
Końskie, ul. Partyzantów. 
Powstańczy kamienny krzyż, modrzewiowy budynek „starostówki” i dalej za ścianą zieleni… 
mur z fragmentami macew. Prawdopodobne miejsce opisywanych wydarzeń. Foto. KW.

Było późne, lipcowe popołudnie 1995 roku. Upalny dzień dał mi się dzisiaj we znaki i teraz głowa ciążyła, a oczy przymykały się powoli. Dźwięk telefonu.
- Słucham! Prawie wykrzyczałem.
- Cześć! Darek mówi.
Dzwonił mój brat cioteczny, z którym mieliśmy wspólne hobby - historię, poszukiwania, rozwiązywanie tajemnic. Był starszy o 5 lat, zaraził mnie tym wszystkim. Pierwszy pokazał okopy za stodołą naszej babci, to z nim „wyciągałem pierwsze fanty” z ziemi – oczywiście bez wykrywacza.
- Mam do Ciebie prośbę. Czy możesz pojechać dziś jako kierowca do Piotrkowa? Powiem tylko, że warto jechać, wykrywacza nie bierz.
- Kiedy ruszamy – spytałem.
- Stoję już pod twoją chatą.

Po chwili mknęliśmy przez Modliszewice, Żarnów, Sulejów do Piotrkowa. Jechał z nami jeszcze wspólny przyjaciel i towarzysz niejednej wyprawy „Wyżeł” czyli Zbyszek, z zamiłowania ornitolog.
W drodze dowiedziałem się, że jedziemy na „zakrapiane” spotkanie z pewnym gościem z Australii. Przyjechał na kilka miesięcy odwiedzić rodzinne strony i potrzebuje kogoś obeznanego z terenem.
- Ale, kto to jest? - spytałem
- Z pochodzenia jest Żydem, mieszkał niedaleko Końskich w Machorach. Podczas okupacji uciekł z getta i był w partyzantce. Wie o wielu sprawach wojennych z tego terenu.
Piotrków. Wchodzimy do restauracji, gdzie przy jednym ze stolików w rogu sali, siedzi starszy pan.
- Emil. Proszę mi mówić na ty - miękko z wyczuwalnym obcym akcentem przedstawił się podając każdemu z nas rękę.
- Myślę, że jest to spokojne i odpowiednie miejsce na nasze spotkanie - stwierdził.

Końskie, ul. Partyzantów. Od strony zachodniej tego zagubionego budynku znajduje się mur z wieloma fragmentami macew. Czy dla tych i innych odnalezionych już fragmentów macew jest wyznaczone „miejsce spoczynku” - lapidarium, pomnik społeczeństwa Końskich, którego już nie ma? Foto. KW.
Końskie, ul. Partyzantów. Od strony zachodniej tego zagubionego budynku znajduje się mur z wieloma fragmentami macew. Czy dla tych i innych odnalezionych już fragmentów macew jest wyznaczone „miejsce spoczynku” - lapidarium, pomnik społeczeństwa Końskich, którego już nie ma? Foto. KW.

Rozmowa na początku dotyczyła czasów teraźniejszych, padały pytania czym się zajmujemy, gdzie mieszkamy. Wyraźnie ożywiła go informacja o miłości „Wyżła” do ptaków. Oczywiście przy rozmowie drinki były w ciągłym ruchu, a przez to rozmowa stała się luźniejsza. W pewnym momencie z ust Emila padło takie zdanie:
- Wiem, że jestem tu po raz ostatni, mam już 78 lat i niedługo na mnie pora. Chciałbym, o ile to tylko możliwe zabrać coś ze sobą. W czasie wojny, jako żołnierz AK miałem swoją broń, był to Vis. Chcę kupić takiego, najlepiej na chodzie.
Skąd tu wziąć Visa? I to jeszcze sprawnego. Znamy sporo ludzi ze „środowiska” ale nikt raczej nie chwali się takimi fantami.
- Będzie ciężko – powiedział Darek – raz, że rzadka rzecz, dwa - to ludzie się boją, a trzy - znaczne koszty.
- Nie chodzi o pieniądze, chcę mieć taką pamiątkę.

Po zapewnieniu, że zrobimy co w naszej mocy, rozmowa zeszła na tematy związane z czasem okupacji. I nie wiadomo kiedy popłynęła taka opowieść:
Był rok 1942, wszystkich Żydów z Końskich i okolicznych miejscowości zwożono do getta przy ulicy Tarnowskich (obecna Partyzantów), gdzie ludzie przebywali na kupie w barakach i magazynach [forma obozu, czy miejsca przeładunkowego była właśnie w tamtym miejscu. Emil mówił, że rodziny przywożone były z okolicznych miejscowości. Po wojnie znajdowały się tam magazyny zbożowe i mączne - RN]. Po kilku dniach, tygodniach ludzi ładowano do wagonów towarowych i wywożono w nieznanym kierunku. Rampa ładunkowa znajdowała się 200 metrów od wschodniej bramy getta. Do obozu trafiłem wraz z ojcem i siostrą. Matka zmarła przed wojną. Ponieważ byłem młody, jako jeden z kilkunastu chłopców zostałem porządkowym z żółtą opaska na ramieniu. Na początku Niemcy przekonywali wszystkich o wywożeniu na nowe tereny celem zasiedlania i budowania osiedli żydowskich. W ten sposób nie przeczuwając podstępu wyjechał mój ojciec i siostra oraz wielu znajomych.

Gdyby kamienie umiały mówić… Fragmenty macew w murze obok domu przy ul Partyzantów - Końskie. Foto KW.
Gdyby kamienie umiały mówić… 
Fragmenty macew w murze obok domu przy ul Partyzantów - Końskie. Foto KW.

Zbliżał się koniec lata, coraz szybciej i coraz więcej osób przewijało się przez obóz. Jako porządkowi mogliśmy wychodzić na zewnątrz getta i tam pewnego dnia poznałem młodego Polaka Witolda. Sprzątał na rampie kolejowej i peronach przy stacji. Często zachodził w nasze pobliże i zawsze coś przynosił do jedzenia. Dużo rozmawialiśmy. Kiedyś powiedział wprost:
- Czy wiesz gdzie was Żydów stąd wywożą?
- No, gdzieś na tereny wschodnie – rzekłem niepewnie.
- To nieprawda! Nie ma żadnych nowych terenów. Wszyscy jadą do obozów śmierci. Tam jesteście okradani i zabijani w komorach gazowych.
- Co ty mówisz? Jak to? To przecież niemożliwe.
- Posłuchaj, spójrz na mnie! Należę do ruchu oporu, i wiem co się dzieje z Żydami, idziecie po prostu na śmierć!

Powoli zacząłem sobie uświadamiać straszną prawdę. Moja rodzina zginęła.
- Musisz się ratować, obóz będzie jeszcze jakieś 2 miesiące i wszystkich wywiozą.
- Ale jak i gdzie mam uciec?
- Pomogę Ci, ruch oporu Ci pomoże. Będziesz walczył, na razie w konspiracji, a później zobaczymy.
- Przemyślę twoją propozycję, może jeszcze kogoś namówię. Dziękuję.

W nocy opowiedziałem wszystkim o obozach śmierci. Większość nie wierzyła. Wiele jednak osób przyszło do mnie już bardzo późno z pytaniami.
- Co dalej, gdzie uciekać, z dziećmi?
Spuściłem tylko głowę, bo nie umiałem odpowiedzieć na ich pytania.
- Ty jesteś człowiek godny zaufania i możesz wychodzić na zewnątrz, pomóż nam - poprosił starszy człowiek z malutką dziewczynką na rękach.
- Ale jak?
- Chcieliśmy ukryć trochę kosztowności, jesteśmy z jednej gminy żydowskiej, i nie chcemy aby to wpadło w ręce Niemców. Proszę pomóż. Wszystko jest przygotowane, tu jest spis depozytu i właściciele w kilku egzemplarzach. Proszę wszystko jest w tej skrzynce.

Położyli przede mną kuferek obity miedzianą blachą.
- Ale jak mam to zrobić? Sam? No i gdzie to ukryć?
- To zostawiamy tobie młody człowieku. Wiesz, my mamy nadzieje przeżyć i po to wrócić. Sporządzimy dla każdego zainteresowanego plan, a Alek i Stefan moi synowie - pomogą ci ukryć depozyt.

Miękka, spękana zaprawa wapienna odsłania tajemnice. Fragmenty macew w murze obok domu przy ul. Partyzantów - Końskie. Foto KW.
Miękka, spękana zaprawa wapienna odsłania tajemnice. 
Fragmenty macew w murze obok domu przy ul. Partyzantów - Końskie. Foto KW.

Musiałem działać szybko, aby ukryć wszystko przed świtem. Myślałem gorączkowo gdzie ukryć skarb. Nie mogłem tego zrobić na terenie obozu, gdyż wszystko pewnie zostanie rozebrane. Musi być to gdzieś na zewnątrz, ale na tyle blisko getta, aby nie ryzykować złapania. Niedaleko był park, ale wzdłuż chodził niemiecki patrol.

Zaświtał mi pomysł. Na rogu ul. Tarnowskich i Parkowej stał pomnik - krzyż powstańców styczniowych z 1863 r., ogrodzony był metalowym płotkiem, trochę zarośnięty bluszczem. To będzie dobre miejsce i punkt orientacyjny. Nawet jak pomnik zniszczą to jakiś ślad zostanie.
Ukradkiem pod osłoną nocy przekradliśmy się za ogrodzenie. Na szczęście budka wartownika była oddalona od krzyża. Mieliśmy jedną łopatę od sprzątania, którą powoli rozpocząłem kopać. Skrzynkę spoczęła na dnie wykopu. Kuferek miał jakieś 70 x 30 x 40 cm. Wszystko zasypaliśmy ziemią, a na wierzchu zamaskowałem liśćmi i gałązkami. Zrobiłem mały plan na płótnie i przekazałem go zainteresowanym rodzinom. Zrobili kopie i jeden egzemplarz wręczyli mnie.
- Jeden jest dla ciebie.
- Ja nie chcę, to wasze rzeczy.
- Na wszelki wypadek, weź, gdyby nikt z nas nie przeżył, to wszystko twoje.
- Nie chcę tego.

Przez kilka następnych dni biłem się z myślami, co robić, czy zdecydować się na ucieczkę. Rodziny które zostawiły depozyt zostały wywiezione. Tajemnica, którą mi powierzyli ciążyła mi jak sztaba żelaza. Zwierzyłem się koledze z pomysłu ucieczki i sprawę depozytu nie wyjawiając szczegółów. Jeszcze tej samej nocy drugi kolega ostrzegł mnie.
- Musisz uciekać ! Coś powiedziałeś Tadkowi, a ten chce cię sprzedać w zamian za wolność.
Przeraziła mnie nie tylko myśl o aresztowaniu, ale o tym jak nie można wierzyć nawet przyjacielowi. Musiałem uciekać bez przygotowania. Wydostałem się za ogrodzenie i ukryłem w pobliskich zaroślach. Pomyślałem, że tutaj nie będą szukać, a psów nie mieli.

Kolejny odkryty fragment macewy. A co kryje jeszcze wapienny tynk muru obok domu przy ul. Partyzantów - Końskie. Foto KW.
Kolejny odkryty fragment macewy. 
A co kryje jeszcze wapienny tynk muru obok domu przy ul. Partyzantów - Końskie. Foto KW.

No i będę mógł nawiązać kontakt z Witkiem. Noce były już zimne, więc porządnie zmarzłem, a rano usłyszałem głosy i poruszenie w obozie. Widziałem jak żandarmi bili biednego Tadeusza, który myślał, że zdradzając kogoś uratuje własne życie. Wreszcie jest Witek. Zwróciłem jego uwagę - podszedł do mnie.
- Co się stało?
- Musiałem uciekać nagle, groziło mi aresztowanie.
- Będę mógł przyjść dopiero wieczorem i wtedy cię zabiorę.

Odetchnąłem z ulgą, Witek mi pomoże wydostać się z tej matni. Wieczorem przyszedł z jakimś człowiekiem. Kazali mi zerwać opaskę i udaliśmy się w stronę Pomykowa. Dopiero w lesie opowiedziałem o zdarzeniach w obozie, lecz sprawę depozytu zachowałem, dopiero wy teraz jako pierwsi po wojnie słyszycie tę historię. Dlaczego? Myślę, że go już nie ma, a zresztą minęło tyle lat... mam prawo do własnych decyzji...

Przez las w ciemnościach doszliśmy do Niekłania, tam w domu nauczyciela zostałem nakarmiony i zaopatrzony na drogę. Wszystko odbywało się w zupełnym milczeniu, tak jak na niemym filmie. Z Niekłania już na furmance dojechałem z przewodnikiem do Majdowa.
Z Witkiem pożegnałem się w Niekłaniu. Z Majdowa piechotą z nowym przewodnikiem dotarłem do miejsca w lesie zwanego „Guz”.

Tam dołączyłem do oddziału, który w owym czasie składał się z 7 ludzi. Byli to przeważnie całkowicie spaleni konspiratorzy. Broni jak na lekarstwo, kilka pistoletów FN, jeden Luger i 2 KB. Do października sypialiśmy w szałasach w lesie, a jedzenie dostarczał łącznik z Majdowa i Kapturowa. Jak bywało zimno sypialiśmy w stodołach w Ciechostowicach, Rędocinie czy innych wsiach. Na zimę zamelinowaliśmy się w głęboko posadowionych leśniczówkach: po dwóch na jedno miejsce. Na wiosnę 1943 roku naszą grupę wchłonął oddział partyzancki „Robota” ze zgrupowania „Ponurego”. Cały szlak bojowy przeszedłem z oddziałem i brałem udział w większości akcji bojowych. Później trafiłem na Nowogródczyznę, następnie znów koło Końskich.

Po wielu perypetiach dotarłem do Niemiec, obóz przejściowy, a w 1947 roku statkiem do Australii. W miedzyczasie ożeniłem się, a pierwszy syn przyszedł na świat w Niemczech. Żona nie doczekała powrotu do Polski zmarła w 1988 roku, syna to nie interesuje, a ja… cóż, chciałem przed śmiercią zobaczyć swoją ojczyznę.

P.S.
Visa Emilowi załatwiliśmy, oczywiście dezaktywowanego.
Nasz Emil miał na nazwisko Stopa [A może było to jego jedno z okupacyjnych nazwisk?].

Radosław Nowek