niedziela, 17 marca 2013

Przedziwny „Sezam”

Końskie. Fotografia pracowników na tle zabudowań odlewni. Siedzą od lewej: Jan Dziubiński, Ławacz - dyrektor, Zygmunt Ławacz z córeczką Marylką, majster Władysław Brzozowicz, niżej Józef Rajski - „złota rączka”. Fot. 1932 r. z książki: Mój rodowód.
Końskie. Fotografia pracowników na tle zabudowań odlewni. Siedzą od lewej: 
Jan Dziubiński, Antoni Ławacz - dyrektor, Zygmunt Ławacz z córeczką Marylką, majster Władysław Brzozowicz, niżej Józef Rajski - „złota rączka”. Fot. 1932 r. z książki: Mój rodowód.

Wielu z nas w dzieciństwie słyszało baśń o tajemniczym „Sezamie”. Gdzieś w górach, pośród skał, był sezam tj. ukryta w skałach jaskinia, w której znajdowały się tajemnicze skarby. Zamykający wejście do jaskini olbrzymi głaz, sam się odsuwał lub zamykał, gdy znający tajemnicę, trzykrotnie głośno zawołał - sezamie otwórz się lub - sezamie zamknij się i gdy echo też trzykrotne powtórzyło to wołanie. Wtedy na takie zawołanie sezam sam się otwierał lub zamykał.

Z różnych opowiadań i zapisków rodzinnych Ławaczów, taki „sezam" w rzeczywistości znajdował się w Końskich. l to nie była bajka. W Końskich w okresie lat 1920-39 przy ulicy 3-go Maja (obecnie ul. Piłsudskiego) pod numerem 14, był sklep z bronią krótką, myśliwską, oraz amunicją i prochem. Także z akumulatorami do ówczesnych aparatów radiowych. Na zapleczu były również urządzenia do ładowania tychże akumulatorów, które klienci przynosili do okresowego naładowania. Koncesję na prowadzenie sklepu otrzymała od ówczesnych władz w Kielcach p. Aniela Andraczke (z domu - Szlifirska z Pomykowa). Gdy owdowiała, wyszła za mąż za Aleksandra Ławacza, syna Piotra.

Otóż ten Piotr Ławacz (dziadek autora) od swych najmłodszych lat, po swoim ojcu Janie Ławaczu przejął rodową tradycję w zawodzie ślusarskim. Jako samouk wyspecjalizował się, w konstruowaniu i wykonywaniu specjalnych, tajemnych zamknięć. Konstruował i montował takie zamknięcia w różnych rezydencjach , pałacach, klasztorach, oraz u bogatych ludzi, którzy chcieli posiadać tajemne skrytki itp.
Gdy Piotr Ławacz, jako mistrz ślusarski otworzył warsztat w Końskich przy ulicy Pocztowej 7, w 1875 r. posiadał ciężki z grubych dębowych desek - kufer, okuty i wzmocniony żelazem. Kufer ten wyposażony był w taki tajemniczy zamek swojej własnej roboty.

Końskie, ul. 16 Stycznia - fotografia wykonana w 1973 roku. Muszę trochę podpowiedzieć:  w środku fotografii rozpoznać możemy budynek „poczty Malanowiczów”, po prawej stronie: niewysokie, niezbyt reprezentacyjne zabudowania fabryczne (z cegły) Ławaczów. Z budynkiem Malanowicza od północnej strony sąsiadował wspólną ścianą budynek Ławaczów.
Bardzo rzadka fotografia! Fot. Marian Chochowski.
Końskie, ul. 16 Stycznia - fotografia wykonana w 1973 roku. Muszę trochę podpowiedzieć: 
w środku fotografii rozpoznać możemy budynek „poczty Malanowiczów”, po prawej stronie: niewysokie, niezbyt reprezentacyjne zabudowania fabryczne (z cegły) Ławaczów. 
Z budynkiem Malanowicza od północnej strony sąsiadował wspólną ścianą budynek Ławaczów. 
Bardzo rzadka fotografia! Fot. Marian Chochowski.

W czasach swojej działalności przemysłowej przechowywał w nim różne osobiste dokumenty, pieniądze i swoje „skarby”. Kufer ten znajdował się w jego biurze. Wielokrotnie otwierał go przy pracownikach posiadanym kluczem. Pozornie, nic w tych czynnościach tajemniczego nie było.

Wróćmy do sklepu z bronią. Piotr Ławacz przed swoją śmiercią, podarował ten kufer synowi Aleksandrowi do sklepu, aby w nim zamykano broń, amunicję itp. przedmioty, dla bezpieczeństwa przed kradzieżą. Aleksander mając do tego kufra klucz nie zdradzał się z posiadanej tajemnicy. Rano po otwarciu sklepu, otwierał kufer a przed zamykaniem sklepu znów ten kufer zamykał. Klucz od kufra był zawsze wieszany na jednym miejscu.

Zdarzyło się pewnego dnia, że Aleksander Ławacz ciężko zachorował i znalazł się w szpitalu w Warszawie. A sklep w tym czasie był zamknięty. Po przywiezieniu go ze szpitala do Końskich, rana pooperacyjna zamiast się goić - ropiała. Miejscowy lekarz stwierdził w ranie pooperacyjnej pozostawiony gazik i zaawansowane już zakażenie. W kilka dni po tym – zmarł.

Po pogrzebie, żona jego (a moja ciocia Aniela) musiała sama sklep otworzyć, tym bardziej, że sklep był kilkanaście dni zamknięty a rozpoczynał się właśnie sezon polowań na zające. Był to listopad 1933 roku. Klienci, którzy przyszli odebrać zamówioną dla siebie broń, amunicję proch itp. zniecierpliwieni czekali na otworzenie tego kufra. Ponieważ klucz od kufra był, nie powinno być żadnych trudności w jego otwarciu. Pani Aniela nigdy przedtem kufra nie otwierała. Włożyła klucz do zamka i kręciła nim, ale coś się widocznie zacięło. Kilku panów poważnych, znających się na rzeczy doświadczonych myśliwych, próbowało pomóc pani Anieli tę skrzynię otworzyć. Przecież mężczyźni są lepsi do takich czynności. Próbowało kolejno kilku panów tym kluczem kufer otworzyć. Mimo ich wysiłków efekt tego pozostał niestety bez skutku.

„Sezam" był nieczuły na wszelkie starania otwarcia się - bronił powierzonych mu skarbów. W tej sytuacji zwrócono się po fachowców do fabryki Ławaczów. Pan majster Władysław Brzozowicz, który swoje szlify zawodowe nabywał pod ręką mistrza Piotra Ławacza – przyszedł ten kufer otworzyć. Przecież setki razy widział, jak Piotr Ławacz jeszcze za swego życia, otwierał ten kufer kluczem w jego obecności. Pan Władysław wziął się chyżo do roboty. Sprawdził, że to jest właściwy klucz i włożył w otwór zamka. Obracał tym kluczem w prawo, w lewo, próbował , próbował, i głową kręcił, i kluczem też, różnie kombinował i nic z tego nie wychodziło. Minęła godzina a tu nic. Ambicja fachowca dała znać o sobie. Cały spotniały ze zdenerwowania, utrudzony, z wysiłku, z podrażnioną ambicją, że wszyscy na niego patrzą i go podziwiają, a kufer jak zaczarowany nie ustępował.

Posłano do Ławaczów po drugiego fachowca. Tym razem przyszedł do tej pracy pan Józef Rajski - znany powszechnie jako „złota rączka” do wszystkiego. Obaj fachowcy a mieli już bogate doświadczenia w otwieraniu różnych zamków sejfowych w bankach, do których byli wzywani. Już teraz razem starali się jak tylko mogli, by otworzyć kufer... Robili co mogli, wykazując dużo pomysłów i sprytu, a skrzynia nadal nie dawała się otworzyć.

Oprócz klientów zebrała się też grupka postronnych osób, („speców od wszystkiego”) doradzając im, tak jak kto umiał. Efekt był żaden. Ci „spece” nalegali by ich samych dopuścić do kufra, co jeszcze bardziej zdenerwowało obu fachowców z fabryki. Postanowiono okucia, które opasały ten kufer przepiłować. Ale to też okazało się bardzo trudne. Tak pilnik, jak i „bukfel” (piłka do przecinania żelaza) ślizgały się ze zgrzytem bez specjalnego efektu. Już się godzono na to, że kufer trzeba będzie rozbić.

Pan Józef Rajski (z Izabelowa) który był w fabryce również bardzo dobrym spawaczem orzekł, że przywiozą butle z palnikiem i pokonają tę zaporę, choć kufer może być miejscami nadpalony. Godzono się z tym oczywiście, byleby go otworzyć , bo to trwało już drugi dzień.
Okazało się z dokumentów sklepowych, faktur, rachunków itp, że w kufrze jest bardzo dużo prochu myśliwskiego, jaki dawniej zakupywano, bo myśliwi często sami kupowali spłonki, proch i śrut i robili sami naboje zwane patronami.

Ogólne zainteresowanie wzmagało się gdy przywieziono butle i sprzęt spawalniczy. Sklep wypełniali oczekujący klienci oraz tłumnie przybyli przypadkowi gapowicze, gdy do sklepu wszedł pan Rajski trzymający w ręku palnik. Gdy Rajski zapalił palnik i buchnął z niego duży płomień, ktoś bardziej roztropny z tego tłumu nagle głośno wrzasnął: ludzie uciekać, bo to wybuchnie i cała kamienica się rozwali!!

I choć natychmiast wyrwano płonący palnik z ręki panu Józefowi - powstał wielki popłoch, wśród przebywających w sklepie klientów, przybyłych na pomoc „speców” jak i zgromadzonych już tam gapiów. Bardziej nerwowi widząc nagle stłoczony tłum w drzwiach wyjściowych, nie czekając na wybuch wybili szybę wystawową i wyskakiwali przez okno na ulicę.

Wszystko to działo się wewnątrz sklepu przy wąskich drzwiach wyjściowych na ulicę. Sklep wypełniali oczekujący klienci oraz tłumnie przybyli przypadkowi gapowicze. W między czasie przybiegli pod sklep zwabieni błyskawicznie rozniesioną niecodzienną wiadomością - przestraszeni mieszkańcy tej kamienicy i zaczęli głośno protestować przeciwko temu, aby tę operację wykonywać w sklepie z obawy przed wybuchem i wysadzeniem kamienicy w powietrze. Kilka osób w przejściu niemal zostało stratowanych, a kilku zostało pokaleczonych odłamkami stłuczonych szyb.

Po pewnym czasie gdy emocje opadły, postanowiono zaprzestać dalszych prób z palnikiem, próbując przeciąć stalowe okucia „meslem” (przecinakiem) i młotkiem.Właścicielka sklepu p. Aniela Ławaczowa poleciła tylko przesunąć ten kufer w inny kąt, aby nie przeszkadzał przy wejściu. „Vox populi” uchwaliło, że następnego dnia, wywiezie się ten kufer na puste w tym czasie boisko Sokolni, dla dokonania generalnego szturmu.

Desperacja była ogólna. Kufer przesunięto z przejścia pod ścianę. Zmęczony Brzozowicz usiadł na nim by chwilkę odpocząć i przeżegnawszy się uroczyście oświadczył pani Anieli: Proszę Pani, ja nie jestem miner, ani saper tylko ślusarz i do takiej pracy się nie najmowałem w waszej fabryce. Niech to diabli wezmą - zaklął przy tym siarczyście, mocno już zdenerwowany, (choć był wierzącym katolikiem), mocno już tą sytuacją zdenerwowany. Proszę mi wybaczyć - zwrócił się do pani Anieli - ale ja wolę raczej zrezygnować z pracy w fabryce niż otwierać ten kufer. Ja mam żonę i dzieci w domu. Nikt mnie nie zmusi do takiej roboty.

Ponownie przeżegnał się, bojąc się jakichś czarów, które nie pozwoliły jemu fachowcowi otworzyć kufra, wstał z niego by się przed wyjściem pożegnać , a tu pokrywa kufra jakby drgnęła.

Wszystkim dech zaparło. Wybuchnie – nie wybuchnie? Pan Rajski odsunął wszystkich i delikatnie w widoczną już dużą szczelinę zamierzał wcisnąć śrubokręt, by ją podważyć. O dziwo, pokrywa nagle sama podniosła się do góry! Kufer jak zaczarowany „sezam” sam się otworzył. Ogarnęło ludzi ogólne zdumienie. Sezam się otworzył i pokazał swoje bardzo groźne dla zgromadzonego tłumu, niebezpieczne skarby.

Do dziś nie wiadomo, czy ktoś z obecnych powiedział mimowolnie jakieś zaczarowane słowo, czy zrobił jakiś gest, bo zdenerwowanie ogarnęło wszystkich obecnych.

Po opróżnieniu zawartości, kufer wraz z kluczem zabrano do fabryki Ławaczów na Pocztową, gdzie wielu zainteresowanych fachowców, na czele z Władysławem Brzozowiczem i Józefem Rajskim, łamali sobie głowę nad rozwiązaniem tej tajemniczej zagadki. Czy rozwiązali tę tajemnicę, nie wiadomo. W tej sprawie obaj jak zaklęci – uparcie milczeli.

Michał Ławacz

[w: Michał Ławacz, Mój rodowód. Szkice z przeszłości, anegdoty, wspomnienia, Warszawa 2009]