niedziela, 13 stycznia 2013

Wojciech Partyka, wójt gminy Gowarczów na przełomie XIX i XX wieku

W morzywolskim ogrodzie. Karolina i Wojciech Partykowie z dziećmi. Od lewej: Eugenia, Helena, Bolesław, Mieczysław, Bronisława. Pomiędzy rodzicami malutka Henryka. Fotografia z książki: Jolanty Wachowicz-Makowskiej, Chochlą i mieczem.
W morzywolskim ogrodzie. Karolina i Wojciech Partykowie z dziećmi. 
Od lewej: Eugenia, Helena, Bolesław, Mieczysław, Bronisława. 
Pomiędzy rodzicami malutka Henryka. 
Fotografia z książki: Jolanty Wachowicz-Makowskiej, Chochlą i mieczem.


I tak to się zaczęło

Wczesną jesienią 1911 roku do zakrystii jasnogórskiego klasztoru przybyli Wojciech Partyka, wójt gminy Gowarczów powiatu koneckiego, oraz Józef Wachowicz, właściciel Resursy Obywatelskiej w mieście Kozienice. Udali się do przeora i oznajmili mu swoją pokorną prośbę - pragną, aby zezwolono ich dzieciom wziąć ślub w tym właśnie sanktuarium. Przeor zdumiał się szczerze, bo nigdy jeszcze żaden chłop, w dodatku pochodzący z odległego powiatu i województwa, nie wydawał swej córki za mąż na Jasnej Górze. W tej szczególnej świątyni tego rodzaju uroczystości zastrzeżone były raczej dla wyjątkowych osób i odbywały się w raczej wyjątkowych okolicznościach.

Nie wiadomo, jakich argumentów słownych i jakiego poparcia w złotych rubelkach użyli wówczas moi dwaj pradziadkowie dla uzasadnienia swego niezwykłego pomysłu i zamiaru. W każdym razie 16 października 1911 roku do jasnogórskiego ołtarza podeszły ich dzieci: Helena Partyka i Julian Wachowicz. Moja przyszła babcia miała wówczas lat szesnaście. Była tak szczupła i drobna, wyglądała tak dziecinnie i niepozornie, że poprzedniego dnia ksiądz odesłał ją od konfesjonału, wyjaśniając, że pierwszeństwo spowiedzi przysługuje pannie młodej. Z wielkim trudem przekonano go, że mają właśnie przed sobą. Pan młody był o siedem lat starszy, także niewysoki, także szczupły i równie skromny w wyglądzie i obejściu jak jego narzeczona.

Ślub był piękny i uroczysty, z czerwonym dywanem rozciągniętym przez całą nawę, ze światłami setek świec, muzyką organów i skrzypiec.

Potem nowożeńcy, rodzice i świadkowie zjedli obiad w jednej z pierwszorzędnych częstochowskich restauracji. Na przystawkę podano węgorza, śledzie i sardynki oraz wędliny. Następnie byia zupa królewska, a jako danie główne - młode indyki pod beszamelem. Na deser tort wiedeński.

Wieczorem państwo młodzi pojechali do Warszawy, gdzie od tego dnia mieli zamieszkać na stałe i gdzie mieli przeżyć ze sobą następnych czterdzieści pięć lat.

Dla mojej babci, Heleny, była to druga podróż w jej życiu. Po raz pierwszy jechała koleją poprzedniego dnia ze stacji w Rudzie Białaczowskiej do Częstochowy. Nigdy przedtem nie była też w wielkim mieście. Znała jedynie maleńki Gowarczów, gdzie chodziła na niedzielne msze do parafialnego kościoła, i niewiele większe powiatowe Końskie, gdzie jeździła na targi i na odpusty. Dziadek Julian również nie był specjalnie bywały w świecie. Wprawdzie od dwóch lat mieszkał i pracował w Warszawie, ale jego znajomość miasta ograniczała się do maleńkiego mieszkania w oficynie czynszówki na Powiślu, kuchni Resursy Obywatelskiej na Krakowskim Przedmieściu oraz pokonywanej każdego wczesnego ranka i późnego wieczora trasy dzielącej oba te punkty.

Ten - zważywszy na pochodzenie i pozycję społeczną młodej pary - niezwykły ślub i niezwykłe wesele poprzedziły niezwykłą karierę życiową Heleny i Juliana Wachowiczów. Dzięki - również niezwykłym - ambicjom swoich rodziców i swoim własnym trudom i wysiłkom udało im się nie tylko opuścić najgłębszą prowincję, przenieść do stolicy, ale także - i to w ciągu dwóch zaledwie dziesiątków lat - stać się małą, lecz znaczącą cząstką warszawskiej historii.

Mój dziadek rozpoczął swoją zawodową drogę od funkcji pomocnika kucharza. Zakończył jako prezes, a następnie właściciel „Cristalu”, jednej z największych i najładniejszych restauracji warszawskich, założyciel i udziałowiec „Cristalu” w Bydgoszczy, słynnego wileńskiego „Kresowego Dworku", a także pierwszej w Warszawie fabryki margaryny AXA.

Moja babcia zaczynała od malutkiego sklepiku na Tamce, aby w latach trzydziestych samodzielnie poprowadzić ekskluzywny Klub Prawników Polskich.

Oboje dorobili się znacznego majątku, poznali mnóstwo interesujących i znamienitych osób ze świata polityki, gospodarki, kultury. Przez lokale, które prowadzili, i przez ich domy przewinęli się luminarze sceny, nauki i palestry, niemal wszyscy ludzie-legendy przedwojennej Warszawy.

Helena i Julian Wachowiczowie byli ucieleśnieniem wielu bajek i mitów: o Kopciuszku, o dzielnych Jasiach, którzy wdrapali się na szczyty szklanych gór, o amerykańskich pucybutach-milionerach i o Prusowskim Stanisławie Wokulskim. Dla mnie uosabiali niezmierzoną i niewyczerpaną miłość, dobroć, a także skromność, pogodę ducha i niezłomność woli, życiową pasję i życiową odwagę, z którą pięli się na szczyty i która pomagała im znosić największe klęski i nieszczęścia.

Te cechy wynieśli ze swoich domów, z ich tradycji, z ich atmosfery. Dzieje antenatów Heleny i Juliana były bowiem równie niepospolite i nietuzinkowe jak ich własne.


Po kądzieli

Na Morzywole ani w żadnej z sąsiadującej z nim wiosek nigdy nie było kolejowej stacji i nigdy nie pojawił się tam urzędnik o nazwisku Reymont. Mój pradziadek, Wojciech Partyka, nie stał się więc drugim Maciejem Boryną, choć jego życiorys i dzieje z całą pewnością zasługują na pióro noblisty.

Pradziadek przez całe swoje życie nieustannie i we wszystkich przedsięwzięciach wznosił się niebotycznie wysoko ponad poziomy wyznaczone jego stanem, pochodzeniem społecznym i obiektywnymi warunkami. Zawsze też mierzył siły na zamiary i nigdy się ani z zamiarami, ani z siłami nie przeliczył, choć mierzył nader wysoko.

Zachowała się jedna, jedyna jego fotografia. Jasne włosy, jasne wąsy, okrągła harda twarz i głowa uniesiona w geście znamiennym dla ludzi dumnych, upartych, ambitnych, śmiało i wytrwale dążących do wytkniętego celu, odpornych na wszelkie życiowe przeciwności i kaprysy losu. Taki właśnie był Wojciech Partyka.

Już sam fakt, że włościanin sprowadził z miasta fotografa, aby zrobił mu zdjęcie i to nie w atelier, ale na terenie jego posiadłości, świadczy, że na fantazji mu nie zbywało. Istotnie - i fantazji, i odwagi miał dużo. Czasem ponad miarę zdrowego rozsądku.

Morzywół. Po lewej stronie ceglany młyn zbudowany na początku lat 50. XX wieku, w środku stary budynek spichlerza, po prawej stronie znajdował się stary drewniany młyn. Odwiedzali go niegdyś żołnierze Hubala. Fot. KW.
Morzywół. Po lewej stronie ceglany młyn zbudowany na początku lat 50. XX wieku, 
w środku stary budynek spichlerza, po prawej stronie znajdował się stary drewniany młyn. 
Odwiedzali go niegdyś żołnierze Hubala. Fot. KW.

Morzywół leży na jednym z tych licznych i nieszczęsnych polskich szlaków, przez które zawsze i od zawsze przeciągały kolejne armie idąc na kolejne wojny i bitwy lub z nich wracając. W czasie pierwszej wojny światowej tą właśnie drogą maszerowały na zmianę kolumny wojsk rosyjskich i niemieckich. Kiedy Morzywół zajęli Rosjanie, żołnierze splądrowali Wojciechowe obejście. Jednemu z sołdatów wpadł w oko pradziadkowy zegarek. Zabrał go więc traktując jako należny sobie łup wojenny. Mogłoby się wydawać, że poszkodowany powinien podziękować Panu Bogu, że tym razem skończyło się na takiej tylko stracie. Ale pradziadek wcale się z rabunkiem swego patka nie pogodził. Odnalazł dowódcę oddziału i poskarżył się na bezprawie, którego stał się ofiarą.

Carski oficer zdębiał. Prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu spotkał cywila, w dodatku muzyka, któremu przyszło do głowy dochodzić swoich praw w czasie i warunkach wojny. Gdy jednak ochłonął ze zdumienia, zamiast kazać chłopu pójść do diabła, przeprowadził błyskawiczne dochodzenie, znalazł winowajcę, publicznie i z całej siły strzelił go w pysk, a zegarek kazał oddać właścicielowi.

Morzywół, sterta gruzu to resztki chlebowego pieca. Stał tu duży budynek drewniany. wg relacji p. Mirosława Wiktorowicza: w okresie carskim mieściło się tu przedszkole dla dzieci carskiej załogi pobliskiego poligonu. Po lewej stronie budynek spichlerza od strony południowej. Fot. KW.
Morzywół, sterta gruzu to resztki chlebowego pieca. Stał tu duży budynek drewniany. 
Wg relacji p. Mirosława Wiktorowicza: w okresie carskim mieściło się tu przedszkole 
dla dzieci carskiej załogi pobliskiego poligonu. 
Po lewej stronie budynek spichlerza od strony południowej. Fot. KW.

Kiedy Rosjanie odeszli, na Morzywole zjawili się Niemcy. Ci nie połakomili się na zegarek, ale z głupiej złośliwości czy też dla głupiej zabawy postanowili spalić pradziadkowe ule. A pasieka była największą miłością pradziadka. Żadne z jego dzieci nie mogło liczyć na taką troskę i taką czułość, jaką okazywał swoim pszczołom. Oporządzając ule nigdy nie zakładał ochronnego stroju. Gołymi rękami sięgał po plastry z pszczelim miodem i nie zdarzyło się, by któraś z pszczół go użądliła. Zupełnie jakby wyczuwały i odwzajemniały serdeczne uczucia swego właściciela.

Kiedy więc ule stanęły w ogniu, Wojciech chwycił siekierę i oszalały z gniewu i rozpaczy rzucił się na żołnierzy. Niemcy, widząc jego determinację, wyciągnęli broń gotowi zastrzelić niepoczytalnego chłopa. I pewnie by to zrobili, gdyby nie nieoczekiwana interwencja oficera. Huknął na swoich podkomendnych i kazał tłumić ogień. Pradziadkowi zaś rzucił złotą monetę, uważając ją pewnie za wojenną reparację. Ten jednak ani spojrzał na ofiarowane mu pieniądze. Wdeptując monetę w ziemię pobiegł ku pasiece starając się ratować z niej to, co jeszcze uratować się dało.

Był pierwszym gospodarzem nie tylko we własnej wiosce, ale w całej okolicy. Nie dlatego, że miał więcej niż inni mórg żytnio-kartoflanej ziemi. W każdym razie nie tylko ani nie głównie z tego powodu.

Pradziadek był jedynym w gminie i powiecie włościaninem, który umiał czytać i pisać. W akcie sądowym, sporządzonym w mieście Końskie 29 sierpnia 1891 roku, urzędowo poświadczono jego gramotność. „Wojciech Partyka, potrafiący samodzielnie niniejszy dokument przeczytać i zrozumieć, osobiście go podpisał” - wykaligrafował grażdanką pisarz sądowy. Gdzie i kiedy pradziadek zdobył tę unikalną w tamtych czasach i dla ludzi jego stanu umiejętność - nie wiadomo.

Ale okazała się ona dobrem cenniejszym od kilku mórg ziemi, które Wojciech Partyka odziedziczył po swoich rodzicach. I to właśnie dzięki niej doszedł do prawdziwych - oczywiście na ówczesną skalę i miarę - zaszczytów oraz majątku i pozycji społecznej.

Morzywół. Koło młyńskie - pozostało ze starego, drewnianego młyna. Swoją drogą to ciekawa konstrukcja - koło składa się z kamiennych kwadratów (oczywiście sześcianów). Fot. KW.
Morzywół. Koło młyńskie - pozostało ze starego, drewnianego młyna. Swoją drogą to ciekawa konstrukcja - koło składa się z kamiennych kwadratów (oczywiście sześcianów). Fot. KW.

Ponieważ w gowarczowskiej parafii nikt poza księdzem i nauczycielem pisać nie umiał, Wojciech został gminnym urzędnikiem. Jedynym gminnym urzędnikiem. To było liczące się stanowisko w ówczesnej administracyjnej hierarchii powiatu. Regularne i liczące się dochody płynące z tej państwowej posady, rozsądnie wydatkowane i inwestowane, przyczyniały się do systematycznego rozwoju pradziadkowego gospodarstwa. Do swej ojcowizny dokupił cztery morgi gruntu położonego na skraju wsi, tuż przy drodze i w najbliższym sąsiedztwie stacjonującego pomiędzy Morzywołem i Baryczą leśnego garnizonu. Na lekkim wzniesieniu, zwanym w okolicy „Górką”, wybudował dom i założył duży owocowy sad. Wkrótce potem został wybrany na wójta.

Stare porzekadło mówi o szlachcicu na zagrodzie równym wojewodzie. Wójt na zagrodzie miat bodajże jeszcze większe od wojewody znaczenie i większą niż on władzę. Państwowe urzędy znajdowały się i działały daleko od wioski, parafii i gminy, gdzieś w świecie, do którego zwyczajny chłop nie potrafił i nie był w stanie dotrzeć. Tam gdzie żył, cała władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza należały do wójta.

Pradziadek dzierżył tę władzę przez kilka kolejnych kadencji. Należał do osób o surowych zasadach. Nie pobłażał ani sobie, ani nikomu. W gębie był srogi, a rękę miał twardą - powiadają ci, którzy go z tego wójtowania pamiętają. Mimo to, a może właśnie dlatego, cieszył się poważaniem swej wiejskiej społeczności. Tak wielkim poważaniem, że porzekadło: Za Wojciecha, to by tego nie było, albo: Wójt Wojciech by nie zezwolił, weszło na stałe do morzywolskiego słownictwa i dziś mówią tak nawet ci, którzy przyszli na świat wiele lat po śmierci mego pradziada i nie mają pojęcia, na czyj autorytet się powołują wyrażając swoją dezaprobatę wobec jakiegoś zjawiska czy zdarzenia.

Ustanowiony przez pradziadka kodeks karny był bardzo zwięzły. Składał się z kilku paragrafów regulujących lokalne prawa własności i międzyludzkie stosunki. Za sąsiedzką kradzież kury, owoców z ogrodu, deski z płotu, suszącej się na sznurze bielizny czy jakiejkolwiek innej rzeczy otrzymywało się chłostę w bose pięty. Młodocianych złodziejaszków karali ojcowską ręką i ojcowskim pasem ich właśni rodziciele. Jeżeli wyrostek o lepkich rękach ojca nie miał, matka przyprowadzała winowajcę do wójta, aby on wymierzył karę. W ten sposób brak poszanowania świętego prawa własności szedł złodziejowi dosłownie w pięty.

Wojciech Partyka nie zezwalał też na szarganie przykazania: czcij ojca swego i matkę swoją. Wyrodne dzieci były wyjmowane spod najstarszego zwyczajowego wioskowego prawa -przywileju korzystania z sąsiedzkiej pomocy w razie nieszczęścia. A w praktyce i realiach tamtych lat pomoc wzajemna była warunkiem koniecznym trwania i przetrwania. Jeśli ktoś zostawał poza jej opiekuńczym i ochronnym oddziaływaniem, automatycznie skazany był na śmierć cywilną, a często - także faktyczną.

Pomimo srogości w gębie i twardości ręki, pradziadek nie miał jednak prawdziwych i zawziętych wrogów. Co najbardziej zastanawiające i zdumiewające - nie żywiły doń urazy nawet ofiary jego srogości i twardości.
Oto znamienny przykład.

Na początku wieku okolice Morzywołu terroryzowała banda opryszków. Tak jak w Mickiewiczowskim Powrocie taty, zbóje napadali na przejeżdżających drogą kupców, najczęściej Żydów, i odbierali im ich towary oraz pieniądze. Miejscowi domyślali się, a niektórzy dobrze wiedzieli, kim są bandyci, ale nie było śmiałka, który by poinformował policję o ich personaliach i miejscu pobytu. Obawa przed okrutną zemstą sznurowała wszystkie usta.

Pewnej letniej nocy rabusie nie tylko okradli, ale bardzo dotkliwie poturbowali gowarczowskiego kupca. Ciężko rannego znaleziono nad ranem w pobliżu Partykowego obejścia i tam go też przyniesiono. Prababcia opatrzyła biedaka tak, jak umiała najlepiej, a pradziadek kazał zaprzęgać konie i co tchu przywieźć felczera z Końskich. Na szczęście pomoc okazała się skuteczna i kupiec przeżył.

Wojciech Partyka uznał jednak, że tym razem miarka się przebrała i postanowił raz na zawsze ukrócić zbójecki proceder na terenie swego wójtowania. Zebrał najtęższych chłopów i zorganizował zasadzkę. Bandytów ujęto. Okazało się, że są to mieszkańcy jednej z kieleckich wiosek, ojciec i jego trzej synowie. Odstawiono ich na policyjny posterunek. Potem Wojciech stawał w sądzie, by świadczyć przeciwko nim.

Wymierzono im karę wedle ówczesnych kryteriów i pojęć jedynie słuszną i sprawiedliwą. Wszystkich czterech publicznie powieszono. Ze zbójeckiej rodziny ocalał jedynie najmłodszy syn, zbyt mały, aby brać udział w napadach. Można było sądzić i spodziewać się, że w przyszłości stanie się mścicielem ojca i braci. Nic podobnego. Kiedy dorósł, często zachodził na „Górkę", aby porozmawiać z moim pradziadkiem, poradzić się go w rozmaitych sprawach albo pomagać w gospodarskich pracach. Wojciech traktował go życzliwie, wspierał finansowo, a gdy chłopak doszedł do lat męskich, pośredniczył w jego matrymonialnych staraniach o rękę morzywolskiej panny.

Incydent związany z ujęciem i ukaraniem bandytów miał jeszcze inne następstwa. Dla mojego pradziadka zbawienne w dosłownym znaczeniu tego słowa.

Kiedy podczas pierwszowojennej zawieruchy Niemcy stacjonowali w Gowarczowie, jakiś krewki mieszkaniec miasteczka wystrzelił w kierunku domu, w którym obradował okupacyjny sztab wojskowy. Niemcy wzięli w odwecie dwóch zakładników: nauczyciela i gminnego pisarza, czyli Wojciecha Partykę. Obydwu mężczyzn przywiązano do słupa na rynku, a mieszkańcom Gowarczowa postawiono ultimatum: albo sprawca zamachu sam się zgłosi (lub zostanie zadenuncjowany), albo zakładnicy będą rozstrzelani.

I właśnie w tym dramatycznym momencie gowarczowscy Żydzi odpłacili memu pradziadowi tą samą monetą, jaką od niego otrzymali - życiem za życie uratowanego współwyznawcy. Czym prędzej sprowadzili do Gowarczowa rabina z Końskich, człowieka obdarzonego wielkim rozumem, znacznymi wpływami i pokaźnym majątkiem. Rabin porozmawiał z niemieckimi oficerami, a jego argumenty - słowne i gotówkowe - musiały okazać się przekonujące, bo rankiem Wojciecha Partykę od słupa odwiązano i puszczono go wolno.


Gowarczowskie dzwony

Podczas tej samej wojny Niemcy rekwirowali kościelne dzwony. Uważano i mówiono, że przetapia sieje na armaty. Być może była w tej opinii szczypta prawdy, bo brąz, z którego były wykonane, stanowił istotnie cenny surowiec przy produkcji dawnej broni. W gowarczowskiej świątyni największym dzwonem był święty Jakub, ufundowany przez dziadka Wojciechowej żony jako wotum za cudowne ocalenie podczas jednej z bitew listopadowej insurekcji 1830 roku. Żydzi wiedzieli, jak cenną pamiątką jest ten dzwon dla rodziny Partyków. Zorganizowali między sobą „zrzutkę", a suma, jaką zebrali, była tak znaczna, że Niemcy zadowolili się okupem, a świętego Jakuba pozostawili na dzwonnicy.

Pradziadek nie poprzestawał na jednoczesnym prowadzeniu coraz większego i coraz zasobniejszego gospodarstwa, wójtowaniu i urzędowaniu w gminie. Na przełomie wieków założył na swojej „Górce" sklep. A wkrótce potem pensjonat.

Tuż za Morzywołem, w wielkim, dochodzącym aż do miasteczka Końskie lesie, stacjonowały wojskowe pułki. Najpierw carskie, później - po odzyskaniu niepodległości - polskie. W lecie do oficerów leśnego garnizonu przyjeżdżały żony i dzieci. Poszukiwano więc dla nich w miarę wygodnego lokum. Pradziadek wybudował wówczas dwa duże drewniane domy. Obydwa otoczone były ogrodami, w których rosły kwiaty i stały romantyczne altanki.

Zaroiło się na „Górce". Pokoje na lato zamawiano z rocznym wyprzedzeniem, a pieniędzy w Wojciechowym trzosie przybywało. Inwestował je, jak każdy chłop, przede wszystkim w ziemię.

Był do swojej ziemi, każdej jej grudy, namiętnie przywiązany. W rodzinnych zbiorach zachowały się dokumenty z procesu, jaki mój pradziadek wytoczył swoim sąsiadom o przysłowiową miedzę. W styczniu 1920 roku pozwał on swych sąsiadów przed oblicze sędziego pokoju, oskarżając o zaoranie obsianego przez siebie zagonu żyta.
„Sporny kawałek gruntu - zapisano w sądowym rejestrze - zaorany przez pozwanych, w ostatnim roku był w używalności Wojciecha Partyki. Na spornym gruncie powód zasiał ziarno, które już skiełkowało, a potem pozwani doprowadzili do zrównania gruntu 8 stóp szerokości i 300 kroków długości wraz z zasianym ziarnem. Na zaoranym polu mogło być pół ćwierci żyta, wartości 100 rubli".

Dla porządku trzeba dodać, że kwota 100 rubli stanowiła sumą niebagatelną. Na tyle właśnie wyceniono pradziadkową stodołę ubezpieczając ją od ognia.

Ale nie tylko w ziemię lokował pradziadek swoje pieniądze i swoje nadzieje. Była jeszcze jedna wartość, którą cenił na równi z ziemią, a może bardziej od ziemi. Tą wartością było wykształcenie.

W zaborze rosyjskim chłopom nie przysługiwało prawo posyłania dzieci do szkoły. Pradziadka, jako osobę urzędową, ten zakaz nie obowiązywał. W gowarczowskiej szkole pobierały więc nauki wszystkie jego dzieci. Zdawał sobie jednak sprawę, że była to szkoła marniutka i nauczyć się w niej wiele nie było można. W jednej izbie jeden nauczyciel niósł swym uczniom kaganek oświaty pisząc kredą litery i cyfry na tablicy i utrwalając tę wiedzę waleniem niepojętnych uczniów po łapach. Absolwenci tej trzyklasowej małomiasteczkowej szkółki potrafili przeczytać prosty tekst, podpisać się i znali tabliczkę mnożenia. Ale nawet tak mizerne umiejętności dawały im uprzywilejowane miejsce w gminnej i powiatowej społeczności; stanowili oni jej intelektualną elitę. Dla Wojciecha Partyki było to jednak stanowczo zbyt mało. Jak zawsze i jak w każdej sprawie mierzył o wiele wyżej.

Wybudował jeszcze jeden dom. Na każde wakacje zapraszał do tego domu nauczyciela z Wąchocka, który w zamian za mieszkanie, wikt i opierunek miał udzielać jego dzieciom bardziej solidnych nauk.

Sądząc po rezultatach nauczyciel dobrze wywiązywał się ze swoich obowiązków. Najstarszy syn pradziadków, Bolesław, został wkrótce gimnazjalistą, maturę zdał z wyróżnieniem, a potem - także z wyróżnieniem - ukończył farmację.

Kiedy myślę o małżeństwie moich pradziadków, zawsze przychodzi mi na myśl książeczka, którą czytano mi w dzieciństwie:

Majster Tydzień, chwat nad chwaty,
Będzie temu lat już wiele
Poznał piękną niby kwiaty
Młodą pannę, imć Niedzielę.
Dzieci dał im Bóg sześcioro.
Nie za dużo, nie za mało.
Panny z matki wdzięk swój biorą,
Chłopcy zuchy gębą całą.

Tak naprawdę w Wojciechowym życiu imć Niedziele były dwie. Pierwsza żona pradziadka zmarła w rok po ślubie, w czasie porodu. Dziecko przyszło na świat martwe.
Po dziesięciu latach wdowieństwa trzydziestodwuletni Wojciech Partyka ruszył ponownie w swaty. Kandydatkę na drugą żonę upatrzył sobie we wsi Borowiec, w osobie młodziutkiej, szesnastoletniej młynarzówny, panny Karoliny Sobczyńskiej.
Prababcia wspominała, że swojego przyszłego męża widziała przed ślubem tylko dwa razy. Po raz pierwszy, kiedy przyjechał prosić o jej rękę, a po raz drugi, kiedy jechała z nim do kościoła, aby dać na zapowiedzi. Po raz trzeci spotkała się z nim przed ołtarzem.

W tym opowiadaniu musi być jednak odrobina przesady. Bywając każdej niedzieli na sumie Karolina musiała widywać Wojciecha Partykę. Nie mogła nie zwrócić uwagi na mężczyznę, który uchodził za najbardziej łakomy kąsek matrymonialny w całej okolicy. Wzdychały do niego niemal wszystkie panny, bo był nie tylko zamożny, ale i przystojny.

Prababcia także uchodziła za znakomitą partię. Wprawdzie była półsierotą, ale jej zmarły ojciec, za życia właściciel kilku młynów, sporej ilości ziemi i dużego kawałka lasu, pozostawił znaczny majątek, który jego owdowiała żona zręcznie pomnożyła. Tak więc prababcia Karolina była panną bardzo posażną.


Morzywół. Kapliczka położona przy drodze wojewódzkiej nr 728 (w stronę Gowarczowa). Wg rodzinnych przekazów upamiętnia miejsce egzekucji (powieszenia) podejrzanych o udział lub sprzyjanie powstańcom 1863. Fot. KW.
Morzywół. Kapliczka położona przy drodze wojewódzkiej nr 728 (w stronę Gowarczowa). 
Wg rodzinnych przekazów upamiętnia miejsce egzekucji (powieszenia) 
podejrzanych o udział lub sprzyjanie powstańcom 1863. Fot. KW.


Kapliczka pamięci 1863

Miała też doskonale „notowania” patriotyczne. Jej dziadek, wspomniany fundator gowarczowskiego dzwonu, brał udział w powstaniu listopadowym. Jej ojciec walczył natomiast w powstaniu styczniowym. On także cudownym zrządzeniem losu uszedł z życiem z powstańczych, a właściwie - popowstaniowych opresji. Kiedy bowiem carscy żandarmi przetrząsali kieleckie wioski, poszukując ukrywających się tam rebeliantów, prapradziadek skorzystał z osłony w jego przypadku najbardziej naturalnej - ogromnego kamienia we własnym młynie. Była mroźna noc, a on siedział w mokrej, zimnej kryjówce wiele godzin. Dopiero rano wydobyto go stamtąd ledwo, ale jednak żywego. Natomiast kilkunastu innych mężczyzn, podejrzanych o udział w powstaniu lub sprzyjanie powstańcom, zabrano i powieszono w lesie przy drodze wiodącej z Gowarczowa do Końskich. W kilkadziesiąt lat później moja prababcia wystawiła w tym miejscu murowaną kapliczkę. Jeszcze dziś można przeczytać na niej nieco zatarty, ale wciąż widoczny napis: Kapliczkę ufundowała w r. 1932 Karolina Partykowa.

Morzywół, kapliczka - napis umiejscowiony na południowej stronie. Fot. KW.
Morzywół, kapliczka - napis umiejscowiony na południowej stronie. Fot. KW.

Prapradziadek ocalił życie, ale nie na długo. Siedząc pod młyńskim kamieniem nabawił się przeziębienia, z którego wywiązało się zapalenia płuc, a z zapalenia płuc - gruźlica. Zmarł kilkanaście lat po powstaniu.

Gdyby autorka Przeminęło z wiatrem żyła w Polsce, można by sądzić, że prototypem Scarlett O'Hary była żona mego prapradziadka, Marianna Sobczyńska.

Za swego życia i jeszcze długo po swojej śmierci uchodziła za najbardziej energiczną, najbardziej przedsiębiorczą i najbardziej wyemancypowaną kobietę Konecczyzny. Nie było takiej trudności, jakiej by nie pokonała, ani sprawy, z którą przynajmniej nie próbowałaby się zmierzyć i uporać. To ona była głową borowieckiego domu, a po śmierci męża jedynie umocniła swoje w nim rządy. Prowadziła wielkie gospodarstwo, zarządzała młynami, służbą, domem i dziećmi twardą i zdecydowaną ręką. Wbrew pozorom nie miała jednak męskich cech charakteru. Przeciwnie - nie było większej od niej kokietki i elegantki. Swoje słynne z urody suknie i peleryny zamawiała u krawcowych w Końskich, Opocznie i Wąchocku, a po szczególnie wyszukane modele jeździła do samego Radomia. Doszło do tego, że kiedyś pojawiła się w gowarczowskim kościele i zasiadła w kolatorskiej ławie swoich rodziców ubrana paradniej niż miejscowa dziedziczka. Pani okropnie się tym zdenerwowała i zaraz po mszy udała do proboszcza z żądaniem, aby zgromił przejawy tak niesłychanej próżności swoich włościańskich parafianek i nakazał im noszenie bardziej stosownych dla ich stanu i pozycji strojów. Ale ksiądz nie odważył się interweniować, bo choć Marianna była istotnie osobą bardzo ekscentryczną, to jednak na kościół pieniędzy nigdy nie żałowała.

Morzywół, kapliczka - górna część. Zaszklona wnęka wymaga chyba uporządkowania. Fot. KW.
Morzywół, kapliczka - górna część. Zaszklona wnęka wymaga chyba uporządkowania. Fot. KW.

Nie tylko stroje mej praprababki szokowały okoliczne panie. Za jeszcze bardziej niezwykłe uchodziło obwożenie się bryczką i to zawsze - bez względu na cel podróży czy przejażdżki - z stangretem na koźle, w wielkim kapeluszu na głowie i w rękawiczkach na dłoniach. Jak świat światem, czegoś podobnego u żadnej włościanki nie widziano. Gorszono się więc niepomiernie, sądząc, że manifestowanie pańskiego stylu życia musi obrażać nie tylko prawdziwych panów, ale i samego Pana Boga.

Ten wyzywający sposób bycia irytował jednak głównie kobiety. U mężczyzn praprababcia miała zawsze wielkie wzięcie. Nie wiadomo, czy z powodu swej urody, czy też młynów, licznych mórg i pełnego złotych monet trzosika, które do niej należały.

Po śmierci męża o jej rękę i jej młyny ubiegało się wielu konkurentów. Wybrała ponownie młynarza. Pozwoliło to jej na zmonopolizowanie przetwórstwa zbożowego w powiecie. Jej drugi mąż nie zaznaczył się w dziejach rodziny niczym szczególnym. Cichy, potulny, podporządkowany we wszystkim żonie, nie wtrącał się ani do jej sposobu zarządzania domem, ani majątkiem. Tak więc to ona i tylko ona zdecydowała o wyborze kandydata na swego zięcia.

Wojciech Partyka był - jej zdaniem - kandydatem wymarzonym. Młodziutkiej Karoliny nikt o opinię na ten temat nie pytał. Ani matce, ani jej narzeczonemu nawet do głowy nie przyszło, że mogłaby się ich matrymonialnym planom i decyzjom sprzeciwić.

Myliłby się jednak ktoś sądząc, że moja prababcia, wychowana w cieniu silnej osobowości swej matki, a potem żyjąca przy boku jeszcze silniejszej osobowości męża, była osobą pozbawioną charakteru, zasad i woli.

W przeciwieństwie do matki i męża była małomówna, opanowana, skryta, unikała jak ognia wszelkich gwałtownych scen, ujawniania swoich myśli, pragnień i uczuć. Zawsze starała się zapobiegać konfliktom, a jeśli już się zdarzały, potrafiła je taktownie i mądrze rozwiązywać lub przynajmniej łagodzić. W sytuacjach trudnych dorównywała jednak i Mariannie, i Wojciechowi zimną krwią, refleksem i odwagą.

Po matce odziedziczyła naturalną elegancję i zamiłowanie do pięknych strojów. Miała też wiele elegancji wewnętrznej wyrażanej subtelnością i taktem w sposobie bycia, kulturą języka, gestu, stylu, w jaki kreowała własne życie i życie swego domu.

Była ładną i pełną wdzięku kobietą i tworzyła wokół siebie piękny świat. Do swego ogrodu sprowadzała kwiatowe nasiona i sadzonki z miasta projektując nie tylko zwyczajne rabatki, ale i malarsko wysmakowane kwietniki i klomby. Wybrała też i kupiła do swego wiejskiego, krytego strzechą domu niespotykane w żadnej innej chacie bardzo pięknie rzeźbione dębowe meble, które jeszcze po wielu dziesiątkach lat zachowały swój stylowy wdzięk. Urządziła też salonik, w którym podejmowała domowymi smakołykami spędzające u niej wakacje żony oficerów i w którym - w latach trzydziestych - lubiły odpoczywać przy herbacie, kawie, domowych nalewkach i rodzinnych ploteczkach jej córki i wnuczki.

Nie wydaje się, aby moich pradziadków łączyła kiedykolwiek romantyczna miłość, skłonność serca i zmysłów. Ale też nie wydaje się, aby od siebie tego rodzaju uczuć oczekiwali. Mimo to byli małżeństwem dobrym, solidnym i trwałym.

On zapewniał jej wysoką pozycję społeczną, poczucie bezpieczeństwa, wnosił do małżeństwa ambicje, energię, inicjatywę, nieustanny poryw pchający go coraz wyżej i coraz dalej. Ona była zaś sercem i główną ozdobą domu, który dla niej wybudował.

Można by więc rzec, że Marianna Sobczyńska wybrała właściwego męża dla swojej córki. Wojciech Partyka wybrał zaś najlepszą dla siebie żonę.

W 1910 roku moi pradziadkowie byli ludźmi znanymi i poważanymi we wsi i gminie, ustosunkowanymi, bardzo zamożnymi. Byli też jeszcze na tyle młodzi, silni i zdrowi, aby z otuchą patrzeć w przyszłość, snuć śmiałe plany i wierzyć w możliwość ich realizacji. Mieli zresztą takie plany.

Ich najstarszy syn, Bolesław, kończył właśnie gimnazjum, a wyniki w nauce miał tak świetne, że szeroko otwierała się przed nim droga na wyższą uczelnię.

Ich najstarsza córka, a moja przyszła babcia, Helena, miała lat piętnaście, była ładną, miłą, pracowitą i rozumną dziewczyną. W konkury uderzał do niej morzywolski młynarzewicz. Rodzice obojga sprzyjali tym zalotom, doceniając korzyści płynące z połączenia dziedzictwa młodego człowieka i wiana panienki.

Karolina i Wojciech byli też spokojni o los czwórki młodszych dzieci, które chowały się zdrowo, były wesołe, zdolne, ciekawe świata, życzliwe ludziom. Sądzili, że córki wydadzą dobrze za mąż, a młodszy syn, Mieczysław, stanie się naturalnym sukcesorem rodzinnego majątku.

Tymczasem pewnego sierpniowego dnia 1910 roku na ganek morzywolskiej „Górki” wszedł mój przyszły dziadek, Julian Wachowicz. Był synem właściciela oficerskiej kantyny w stacjonującym obok Morzywołu leśnym garnizonie. Ukończył właśnie dwadzieścia dwa lata, nosił melonik, tużurek i lakierowane kamaszki, a w ręku trzymał laseczkę z ozdobną kościaną gałką. Przyszedł, aby zobaczyć się z Bolkiem Partyką, z którym utrzymywał koleżeńskie i towarzyskie stosunki.

Z domu wyszła Helena. Babcia miała wówczas długie jasne warkocze, oczy jak niezabudki, delikatną płeć i nieprawdopodobnie cieniutką talię.

W tym momencie los zaczął pisać własny scenariusz wydarzeń, całkiem inny od tego, jaki sobie umyślił mój pradziadek. Nie było jednak powodu, by Wojciech Partyka poczuł się wówczas lub kiedykolwiek w przyszłości tą odmianą własnych projektów rozczarowany czy zmartwiony. Zapewne był nawet wdzięczny Opatrzności, że wyszła naprzeciw jego wygórowanym marzeniom i ambicjom, ukazując i tworząc takie możliwości ich spełnienia, o jakich on nie miał i nie mógł mieć pojęcia.

Jolanta Wachowicz-Makowska

[Zacytowałem początkowy fragment książki Jolanty Wachowicz-Makowskiej, Chochlą i mieczem, Warszawa 2000.

Z uchwały Rady Gminy w Gowarczowie dowiedziałem się, że: w starostwie powiatowym w Końskich w biurze geodezyjnym znajduje się mapa wojskowa z 1865 r. z nazwą miejscowości Morzywół. Chciałem odnaleźć wspomnianą mapę. Przedstawiłem się - wizytówka. Dowiedziałem się, że mapa została przekazana w bliżej nieznane miejsce. Tak przy okazji chciałem „pospoglądać” na stare plany ulic Końskich. Stosunkowo grzecznie i stanowczo odpowiedziano mi, że owych planów nie zobaczę. Nie wiem jaką niebezpieczną wiedzę te prawie stuletnie plany zawierają. A jeszcze tak niedawno od władz powiatu regionalista konecki dostał komplet skopiowanych planów... KW]