niedziela, 9 grudnia 2012

Urodziłem się po raz drugi

Józef Młodawski w rodzinnych stronach - po lewej stronie. Urodziłem się po raz drugi... Fot. udostępnił Józef Młodawski.
Józef Młodawski w rodzinnych stronach - po lewej stronie. Urodziłem się po raz drugi...
Fot. udostępnił Józef Młodawski.

Około połowy sierpnia 2012 roku dostałem telefon z Warszawy, w sprawie poszukiwania śladów poległego partyzanta z 25 pp AK; w okolicy Bokowa. Z udzielonych informacji miałem tylko nazwisko, pseudonim oraz to, że zginął w listopadzie 1944 roku w lasach przysuskich. Sprawa była trudna.

W swoich zapiskach dotyczących tamtych okolic i wydarzeń z okresu okupacji, znalazłem ślad mogących wyjaśnić tą sprawę. Ponieważ jest to bardzo ciekawa historia; wymaga osobnego opracowania (czekam na zdjęcia i dokumenty z archiwum), nie będę teraz jej opisywał.

W trakcie poszukiwań spotkałem się z wieloma ludźmi, przeglądałem wiele dokumentów, odwiedziłem cmentarze i miejsca pamięci w okolicach Przysuchy, Końskich i Stąporkowa. Jeden ze śladów (pamiętnik członka oddziału 25 pp AK) prowadził do małej miejscowości Nowinki. Nowinki to przysiółek wsi Kochanów położony 10 km na południe od Borkowic. Na miejscu znalazłem pomnik ku pamięci zamordowanych mieszkańców Bryzgowa, Długiej Brzeziny i Kochanowa w listopadzie 1944 roku.

Niemcy zamordowali w Nowinkach 27 mieszkańców tych miejscowości. Byli to: Piotr Skuza, Majewski Wacław, Słoń Władysław, Słoń Stefan, Buchowicz Stanisław, Stachura Władysław, Młodawski Stanisław, Młodawski Jan, Gonciarz Antoni, Stachura Tadeusz, Pietras Jan, Młodawski Wacław, Balcerak Piotr, Chmielewski Kazimierz, Chmielewski Władysław, Dąbrowa Józef, Dąbrowa Adam, Dąbrowa Wacław, Maciejski Marian, Szczepaniak Józef, Matynia Julian, Skuza Stanisław, Stachura Jan (czterech nazwisk nie udało mi się ustalić). Zamordowani spoczęli w zbiorowej mogile na cmentarzu w Borkowicach i w Nadolnej.

Józef Młodawski - drugi od prawej, wycieczka kombatancka 14.08.2005. Fot. udostępnił Józef Młodawski.
Józef Młodawski - drugi od prawej, wycieczka kombatancka 14.08.2005. 
Fot. udostępnił Józef Młodawski.

Oczywiście chciałem porozmawiać z najstarszymi mieszkańcami Nowinek, czy pamiętają może pochówek zamordowanych, czy może wśród zabitych byli jacyś obcy ludzie? Jedna z hipotez dotycząca poszukiwania mogiły partyzanta, wskazywała na możliwość pochowanie go razem z zamordowanymi z Nowinek. Tym bardziej było to możliwe że przedział czasowy (5-6.11.1944 – potyczka pod Bokowem, gdzie zginęło 10 partyzantów w tym wielu rannych spalono żywcem na kwaterze) zdarzeń obejmował zarówno mord w Bokowie i w Nowinkach (Niemcy pozwolili pochować zabitych dopiero 10.11.1944 r). Chciałem więc dopytać czy ktokolwiek z żyjących potwierdzi tą informację. Spotkałem się ze starszym panem, który stwierdził, że on to tu się ożenił, nie za dużo wie w tej sprawie, o partyzancie pochowanym w tej okolicy nie słyszał. Natomiast zaintrygowała mnie informacja, że do dziś żyje człowiek, który przeżył to rozstrzelanie w Nowinkach z 7.11.1944 i mieszka w pobliskim Bryzgowie. Natychmiast pojechałem do Bryzgowa. Pierwszy dom po prawej stronie od tablicy z nazwą miejscowości. Przy furtce powitał mnie młody pies radośnie machający ogonem. Wszedłem na podwórko i usłyszałem głosy przy zabudowaniach gospodarskich. Pan Józef Młodawski i jego syn szykowali wiązanki na zbliżające się święto zmarłych. Przedstawiłem się i poprosiłem o rozmowę w sprawie „mojego partyzanta”. Panowie bardzo chętnie chcieli udzielić mi wszelkich informacji, ale nie w tym dniu. Poprosiłem o możliwość rozmowy z seniorem w najbliższym czasie. W trakcie odprowadzania mnie do furtki pan Józef opowiedział co nieco o zdarzeniach i swoich przeżyciach z okresu okupacji. Tak mnie to zafascynowało że czekałem na nasze spotkanie z niecierpliwością.

Józef Młodawski w otoczeniu rodziny, Bryzgów, lipiec 2001. Fot. udostępnił Józef Młodawski.
Józef Młodawski w otoczeniu rodziny, Bryzgów, lipiec 2001. 
Fot. udostępnił Józef Młodawski.

Kolejny raz przyjechałem już po Wszystkich Świętych. W domu zastałem tylko pana Józefa. Zaprosił mnie do środka i poczęstował herbatą. W trakcie rozmowy zadawałem pytania a pan Józef Młodawski starał opisać jak najbardziej rzetelnie swoje przeżycia.

R.N. Gdzie i kiedy pan się urodził panie Józefie? Czym się pan zajmował od lat dziecięcych?
J.M. Urodziłem się tutaj, w Bryzgowie 8.02.1921 roku. Jak to na wsi pomagało się rodzicom od najmłodszych lat. Pasałem krowy, nosiłem wodę, drewno i czasem pomagałem przy lżejszych pracach polowych. Było biednie i głodno. Z tego okresu pamiętam też, że było ciemno. W domu była tylko lampa naftowa. Uczęszczałem do jednoklasowej szkoły, znajdującej się w prywatnym domu w Bryzgowie, założonej przez księdza Wiśniewskiego. Po roku szkołę przeniesiono do Rzucowa. Moja edukacja na tym się skończyła, mając 12 lat zacząłem pracować w lesie. Jako młodociany chodziłem „na sadzonki i gałęzie”. Nie było źle, choć czasem żeby zarobić parę groszy, trzeba się było napracować.

R.N. Jak pamięta pan czas przed wybuchem wojny? Jaki był dla pana ten początek wojny?
J.M. Pamiętam że na wiosnę, chyba 1939 roku, była wielka heca. Polacy idą na wojnę, na Zaolzie. Wszyscy mówili o tym jak to zwyciężyliśmy zdobywając dla Polski nowe ziemie.

Na jesieni, w początkach września o wybuchu wojny z Niemcami dowiedziałem się z krzyczących głośników w Szydłowcu. Głos z tuby krzyczał Wojna! Naszą granicę przekroczył wróg! Zawiozłem belki do szkoły w Orońsku i wróciłem do Bryzgowa. Na wsi na razie był spokój, nie było widać wojny. Około 8-10 września zostałem najęty do pomocy sąsiadowi w polu. Zaprzągłem konia do wozu i ruszyłem do pracy. Z krzaków wyszedł nasz żołnierz i chciał mi zabrać konia. Ale ja się postawiłem. Na to on, że zamieni swojego z moim, bo jego koń jest strasznie zmęczony. Na drugi dzień przyszło więcej wojska i najęto mnie do przewozu amunicji, oraz owsa do Zapniowa. Po drodze widziałem masę naszego wojska, sprzętu porzucanego w rowach. W okolicy Zapniowa usłyszałem warkot silnika, a potem rozkaz: Lotnik! Kryj się! Samolot z czarnymi krzyżami przeleciał strzelając z karabinów na drogę. Za chwilę nadleciał drugi i zrzucił bomby. Było kilku zabitych i rannych żołnierzy. Kazano mi wyrzucić owies do rowu i zabrać rannych na wóz. Droga co rusz była zatarasowana i do Bryzgowa dotarłem dopiero nad ranem. W domu polscy żołnierze. Proszą o ubrania cywilne i coś do jedzenia. Co mieliśmy to się rozdało. Wyszedłem za stodołę i zobaczyłem oparte o odrzwia karabiny, ładownice z pasami i wiele pomniejszego sprzętu. Wziąłem kilka koców i ukryłem w stodole. Innych rzeczy bałem się zabierać, co by wojsko po to nie chciało powrócić. Ludzie z Bryzgowa i okolic brali co popadnie i później handlowali tym towarem. W nocy słychać było z okolic Zapniowa ostrzał i warkot silników. Niemcy przejechali przez wieś nie zatrzymując się. W tym czasie rozbite jednostki naszego wojska przebijały się z okrążenia.

Gdzieś w listopadzie pojawił się niewielki oddział Hubala. Żołnierze przyjechali po mundury, amunicję i broń schowaną, a porzuconą przez naszych. Major krzyczał że jak znajdzie coś wojskowego w obejściu, a nie oddanego, to skórę wygarbuje. Poleciałem wtedy po schowane koce i przekazałem na wóz. Zebrano kilka furmanek dobra, widziałem nawet trąbkę wojskową. Ludzie wiedzieli, że oddział stacjonuje gdzieś w okolicach Mechlina i Gałek, spora ilość młodzieży poszła zapisać się do wojska i została przyjęta. Byli wśród nich moi znajomi: Fidos, Skorupa, Szlufik, Słoń i Kasprzyk. Kilka miesięcy później wrócili. Po akcji pacyfikacyjnej i mordzie w Skłobach, Niemcy systematycznie i skutecznie wyszukiwali dawnych żołnierzy Hubali. Musieli uciekać w inne rejony Polski.

R.N. Czym pan zajmował się w czasie okupacji?
J.M. Trzeba było jakoś żyć. Musiałem pracować dla Niemca. W pobliskim Kochanowie przesiewałem szlakę. Do tej pracy zgłosił się również mój znajomy, Kasprzyk, były żołnierz od Hubali. Policja jednak szybko go aresztowała, gdyż posługiwał się własnymi dokumentami. Bili go strasznie. W drodze od hałdy szlaki do samochodu upadał kilkakrotnie, a oni go kopali i bili kolbami karabinów. Takiego skatowanego przywieźli do matki na okazanie czy to jej syn. Kobiecina nie wytrzymała widoku potwornie zmasakrowanego syna i zmarła na miejscu. Nie wiem co dalej stało się z Kasprzykiem. Mówiono że zabili go w Końskich.

W ciągu tych lat okupacyjnych pracowałem na szlace lub w lesie. Miałem wóz z koniem, to czasem coś przewiozłem i jakoś życie szło. Po 1942, w okolicy zaczęło się mówić o partyzantach. Pojawiały się niewielkie oddziały we wsi, większość nocą i za żywnością. W 1943 roku odwiedziny partyzanckie nasiliły się, widać było że jest ich coraz więcej.Co to były za oddziały? Nie wiem. Przy jakichkolwiek pytaniach z jakiego pochodzą oddziału, dostawałem pstryczka i odpowiedź żebym się nie interesował. Bywało, że przychodziło kilku partyzantów do chałupy, najpierw nas zwymyślali o szczekającego psa, później prosili o posiłek, a na koniec brali mnie na podwodę i przewodnika. Od czerwca 1943 do listopada 1944 wielokrotnie przewoziłem i przeprowadzałem oddziały partyzanckie przez okoliczne lasy. Zdarzyło się jednego wieczora że przybyło do nas trzech umundurowanych i uzbrojonych ludzi. Nie wiem z jakiego byli oddziału. Kazali sobie dać jeść, a jeden z nich popatrzył na moje niedawno wyfasowane u szewca buty i ruchem głowy nakazał mi je ściągać. Nie dam butów, nie mam innych. Oficer powiedział do młodego partyzanta że pozyskają dla niego buty na Niemcach. Zjedli resztki ziemniaków oraz mleka i kazali mi szykować wóz.
– Zawieziesz nas do Długiej Brzeziny.
Była ciemna i mokra listopadowa noc. Powoli leśnymi duktami dowiozłem tych trzech partyzantów do wsi. Na skraju lasu kazali mi czekać aż wrócą. Poszli w noc, a po jakimś czasie usłyszałem kilka strzałów i ujadanie psów. Przestraszyłem się że wpadli w zasadzkę i odwróciłem konia aby odjechać. Wypadli biegiem z ciemności i kazali jechać. Z rozmowy jaką prowadzili między sobą wywnioskowałem, że wykonali wyrok na zdrajcy. Zawiozłem ich w okolice Huciska, a tam warty partyzanckie. Widać było że jest to jakiś większy oddział. Usłyszałem, że partyzanci przechodzą w okolice Nowinek. W ostatnim czasie pojawiło się w okolicy sporo kawalerii kałmuckiej i oddziałów zmotoryzowanych żandarmerii niemieckiej. Czasem słychać było palbę ogniową przez kilka godzin. W sobotę wieczorem pojawiło się u nas w domu kilku partyzantów. Szukali towarzystwa dziewczyn i alkoholu. W pobliskim Kochanowie odbywała się sobotnia zabawa w prywatnym domu. Pokazałem im drogę i wróciłem do domu. Było już prawie widno jak obudziły mnie odgłosy wystrzałów. Przez pole od strony Kochanowa biegło czterech ludzi, a za nimi w kilkusetmetrowej odległości pojawiły się baniaste hełmy żandarmów. Partyzanci pod ostrzałem z kaemów wpadli do Bryzgowa. Jedna z kul trafiła uciekającego w brzuch. Koledzy wciągnęli wyjącego rannego w krzaki za stodołą z których po pewnym czasie padł pojedynczy strzał. Niemcy już otaczali wieś. Tamci trzej dopadli do dużego lasu i udało im się uciec. Na drodze pojawiły się budy i motocykle. Wywlekano wszystkich z chałup i ustawiano na drodze. Od strony Długiej Brzeziny nadjechała kałmucka kawaleria na czele z oficerem w skórzanym, czarnym płaszczu, na siwym koniu. Wydawał rozkazy po rosyjsku i nie był Kałmukiem. Kobiety i dzieci zapędzono do stodoły, skąd słychać było płacz, modlitwy i krzyki - spalą nas! spalą o Jezu ratuj!.

Nas zaprowadzili na koniec wsi i ustawili wzdłuż drogi. Na przeciw ulokowali się żołnierze z karabinem maszynowym. Podjechał oficer na siwym koniu i zakazał strzelać. Poprowadzono nas w stronę lasu. Tam na dość sporej polanie ustawiono nas w dwuszeregu. Żandarmów było kilku, jeden z Kałmuków leżał za karabinem maszynowym, w którym włożona była taśma z nabojami. Grupa skośnookich żołnierzy zeszła z koni i stanęła na skraju polany.

R.N. Czy pomyślał pan wtedy że to może być egzekucja, że to już koniec?
J.M. Tak, tak wtedy myślałem. Trząsłem się nie tylko z zimna. Ale nagle wszystko się zmieniło. Jeden z mężczyzn, niejaki Matynia podskoczył do leżącego za karabinem żołnierza i z całej siły kopnął go w podbródek, po czym wyrwał z kaemu taśmę z pociskami i pobiegł w las. Niemcy osłupieli. Zaczęli strzelać z pm-ów i karabinów typu Mauser, ale Matynia oraz Feliks Herka, który zachował się przytomnie, śmigali między drzewami jak jelenie. Zanim Niemcy zapięli z powrotem taśmę do kaemu, nie było już widać uciekających. Na odgłos strzałów przyjechał na koniu dowódca Kałmuków i po rozpoznaniu sytuacji wydał nowe rozkazy. Popędzili nas w stronę Nowinek. Był 7.11.1944 r, późne godziny popołudniowe, pędzono nas na kraniec wsi. Byłem w pierwszej trójce gdy poprowadzili nas za stodołę, po rozkazie w tył zwrot stałem na samym końcu szeregu. Za plecami miałem stodołę, z boku trochę krzaków a przed nami rozciągały się pola i łąki. Kolejny raz zobaczyłem „skórzany płaszcz” na siwym koniu. Podjechał i wydał rozkaz: wsiech banditów rozstrielać!

Padła długa seria z karabinu maszynowego. Usłyszałem krzyki, straszny gwałt: ratunku! Jezu ratuj! I bryzgająca wokoło krew zachlapała mnie całego. Zwalił się na mnie zabity Maciejewski, a drugi wyje i wierzga przytrzymując wnętrzności. Leżę i jednym okiem oceniam sytuację. Przede mną leży z zamkniętymi oczami mój kolega Chmielowski. Nie słychać już strzałów tylko jęki rannych. Niemcy podchodzą i z bliska dobijają z p-emów jęczących ludzi. Krótkie serie, cisza i znów serie. W tym momencie zerwał się z ziemi Chmielowski i popędził w dolinkę za plecy Niemców. Serie z p-emów nie trafiały w uciekającego i dopiero seria z kaemu podcięła uciekiniera. Kałmucy dopadli rannego na łące i bagnetem przeszyli mu szyję. Ja leżałem nieruchomo udając martwego. Słyszałem jak oprawca podszedł, przeładował i trach.... Poczułem jakby piorun uderzył mnie w łokieć, trach.... i znowu szczypiący ból w podudziu, kolejne dwa strzały i straciłem dwa palce u stopy. Krew spływała i kapała z przedramienia, ale nie zwracałem na to uwagi. Czułem jak wyciągnęli moją kenkartę z kieszeni, a inni ściągnęli mi buty. Ból mnie oszołomił i chyba na chwilę straciłem przytomność. Było już całkiem ciemno i padał deszcz ze śniegiem. Próbowałem powoli wczołgać się pod zabitego, bo trząsłem się cały z zimna i szoku, a nie chciałem zdradzić się, że żyję. Bezwładne ciało i moja słabość nie pozwalała mi schować się pod ciało. Bardzo powoli przesuwałem się w stronę zarośli po lewej stronie stodoły. Zajęło mi to około godzinę, a Kałmucy wciąż kręcili się w pobliżu. Zacząłem czołgać się w stronę zabudowań, a nie w stronę lasu. W ogrodzie jednego z domów natknąłem się na leżącego człowieka. To pan Buchowicz, który przyszedł za synem. Spytał mnie czy nie wiem gdzie leży jego zabity syn. Widziałem go jak zginął. Buchowicz pomógł mi iść podtrzymując na swoim ramieniu. Po jakimś czasie starszy człowiek nie miał już sił i musiałem radzić sobie sam. Bólu dużego nie czułem, gorzej bo było mi zimno i od wczoraj nic nie jadłem. Tak człapiąc podeszliśmy pod Bryzgów. Pokazała się struga. Nie mając sił poprosiłem Buchowicza, aby przyprowadził kogoś żeby mnie zabrali. Struga prowadziła do studni na środku wsi. I tą drogą poszedł Buchowicz po pomoc. Po drodze, przy stogu siana natknął się na śpiącego żandarma i tak się przestraszył, że zaczął uciekać z powrotem. Rozległy się głosy, tupot butów i światła samochodów. Jakbym nic nie czuł, zerwałem się i pobiegłem wzdłuż strugi w stronę lasu. W pewnym momencie trafiłem na przepływającą rzeczkę. Chciałem ją przeskoczyć i wpadłem do wody. Nie miałem siły wybrnąć z torfowego mułu. Nie wiem czy straciłem przytomność, czy zimna woda obudziła i zmusiła mnie do jeszcze jednego wysiłku. Wyczołgałem się jakoś z płytkiej rzeczki i zaszyłem w pozostawiony w pobliżu skopek siana. Do dzisiaj nie wiem ile czasu leżałem zagrzebany w siano. Ciepło spowodowało że zasypiałem i budziłem się. Głód jednak tak mi doskwierał że postanowiłem dojść do Nowinek i nawet jakby byli tam Niemcy to zgłosić się. Byłem tak zmęczony i wycieńczony że było mi już wszystko jedno. Zapukałem w pierwsze okno gdzie blask lampy naftowej odbijał się w szybie. Mieszkańcy wciągnęli mnie do środka, umyli, nakarmili i przebrali. Podobno spałem kilka dni, po których zabrano mnie na wóz i wieczorem zawieziono do Bryzgowa do domu. Wiedziałem że nie mogę narażać rodziny i sąsiadów, Niemcy mieli przecież moją kenkartę i nie znaleźli mnie wśród zabitych. Wykopano dla mnie bunkier w pobliżu wsi, wyściełano słomą i dbano o to bym nie był głodny. Tak ukrywałem się do 18.01.1945 roku. Rozpoczęła się bitwa w Ruskim Brodzie a w terenie zaczęli pojawiać się Sowieci.”

R.N. To wszystko jest niesamowite. Historia pańskiego rozstrzelania i to jak było ciężko żyć, jak trzeba było walczyć żeby przeżyć. Panu się to udało.
J.M. Tak, wtedy nie zdawałem sobie ze wszystkiego sprawy, ale po latach zrozumiałem, że wtedy urodziłem się po raz drugi.

R.N. Cieszę się że pana poznałem, dziękuję za rozmowę i życzę zdrowia.

Radosław Nowek