niedziela, 11 listopada 2012

Zamach na Fittinga 29.05.1944 r. Luzak Fittinga

Ruda Maleniecka, prawdopodobnie jesień 1941 lub wiosna 1942 r. Uroczystość przekazania samochodu strażackiego ZIS (zdobycz wojenna) strażakom w Rudzie Malenieckiej. Drugi od lewej Eduard Fitting, po lewej jego ręce Albrecht (?) pierwszy Landrat. Fotografia z większej kolekcji fotografii Ryszarda Cichońskiego.
Ruda Maleniecka, prawdopodobnie jesień 1941 lub wiosna 1942 r. Uroczystość przekazania 
samochodu strażackiego ZIS (zdobycz wojenna) strażakom w Rudzie Malenieckiej. 
Drugi od lewej Eduard Fitting, po lewej jego ręce Albrecht (?) pierwszy Landrat. 
Fotografia z większej kolekcji fotografii Ryszarda Cichońskiego.

Każde powojenne Zielone Święta przywołują mieszkańcom Końskich na myśl wspomnienie śmiałego zamachu dokonanego przez żołnierzy podziemia. Rankiem, w świąteczny poniedziałek, w miasteczku panował jeszcze spokój. Przed południem opustoszało. Najpierw trwała długa strzelanina od strony Modliszewic, potem na ulice wylegli zdenerwowani żandarmi. Rozpowiadano, że znienawidzony funkcjonariusz powiatowej administracji, major Fitting został zabity. Spodziewano się wszystkiego co najgorsze...

Jednego z zamachowców znam od kilkunastu lat. Podczas spotkań rozmawiamy zwykle o grzybobraniu, wędkarstwu i drobnostkach życia codziennego. Zapytany o głośną akcji, w Gawrońcu, poczuł się skrępowany. Ostatecznie ustaliliśmy, że on mi opowie, a ja zapiszę
- Bierz długopis i do roboty - ponaglał rozmówca.
- Jutro pracuję na pierwszą zmianę, muszę wcześnie wstać.

Na początku, gdy dostałem się do oddziału, dowódca powiedział do mnie:
- Zapomnij swoje imię i nazwisko.
Od tej pory przestałem się nazywać Tadeusz Krajewski. Przełożeni i koledzy zwracali się do mnie tylko „Grom”. Taki nadano mi pseudonim. Zbyt patetyczny, ale przyjąłem. Skończyłem kurs podoficerski i otrzymałem stopień kaprala. Miałem wtedy dwadzieścia lat, byłem uciekinierem z Baudienstu. Nawet matka nie wiedziała gdzie przebywam i z kim się zadaję. Wykonywało się różne zadania. A „robota” na Fittingu, to nie przypadek...

Ruda Maleniecka, prawdopodobnie jesień 1941 lub wiosna 1942 r. Eduard Fitting, obok Albrecht (?) pierwszy Landrat. Fotografia kolekcji Ryszarda Cichońskiego.
Ruda Maleniecka, prawdopodobnie jesień 1941 lub wiosna 1942 r. Eduard Fitting, 
obok Albrecht (?) pierwszy Landrat. Fotografia kolekcji Ryszarda Cichońskiego.

W maju 1944 roku staliśmy z oddziałem w Małachowie. Młyn rodziny Szybalskich dawał bezpieczne schronienie. Kwaterowało nas tylko osiemnastu. O żywność też tutaj było łatwiej. W przedświąteczną sobotę przyjechał do oddziału porucznik „Bogdan”. Normalna rzecz. Kto przeczuwał jaką może mieć do nas sprawę? Dyskretnie odwołano mnie na bok. Miałem zameldować się we wskazanym mieszkaniu. Byli tam jeszcze oprócz oficerów: „Feluś” - Bolesław Niezgoda, „Sęp” - Romuald Jedynak i „Wrzos” - Mieczysław Zasada. Przed porucznikiem stało nas czterech kaprali. Oficer zaczął uprzedzać, że wszystko co teraz powie, należy traktować jako rozkaz specjalny i ściśle tajny. O tym co nas czeka, nawet w oddziale nikt nie może wiedzieć. Błyskawicznie w myśli przeliczyłem wszelkie możliwości powodujące stan ścisłej tajemnicy. Nazajutrz, w niedzielę przypadały Zielone Świątki. W Czarnej przygotowywano odpust. Sądziłem, że tajemnica ma związek ze wzmocnieniem ubezpieczenia lub obstawą uroczystości odpustowych. Zrozumiałem wszystko, gdy padło nazwisko Fitting...

Tego Niemca znałem z widzenia. Zuchwałe jeździł ulicami miasta, pojawiał się w gminach i wsiach koneckich. Gdzie stąpnął, tam na ludzi padała trwoga. Był Kreislandwirtem, znaczy starostą powiatu. Po eksmisji starej hrabiny Tarnowskiej z majątku w Modliszewicach, tam się osiedlił.

Małachów k. Końskich, sierpień 1944. Oddział „Szarego”, pluton „Wrzosa”. W środku Tadeusz Krajewski „Grom”, po lewej Kazimierz Wojciechowski, po prawej Janusz Jaroszyński „Pająk”. Fot. pochodzi z książki: Bogumił Kacperski, Jan Zbigniew Wroniszewski, Końskie i powiat konecki 1939-1945, Część czwarta. Konspiracja konecka 1943-1945, Końskie 2006.
Małachów k. Końskich, sierpień 1944. Oddział „Szarego”, pluton „Wrzosa”. W środku Tadeusz Krajewski „Grom”, po lewej Kazimierz Wojciechowski, po prawej Janusz Jaroszyński „Pająk”.
Fot. pochodzi z książki: Bogumił Kacperski, Jan Zbigniew Wroniszewski, Końskie i powiat konecki 1939-1945, Część czwarta. Konspiracja konecka 1943-1945, Końskie 2006.

Więc porucznikowi chodziło o Kreislandwirta. Zresztą nie tylko samemu porucznikowi. On przekazywał nam co i jak. Władze podziemia wydały wyrok skazujący Niemca na śmierć. Skazany zupełnie sobie na takie potraktowanie zasłużył. Źródła wywiadowcze dostarczyły dowodów obciążających majora śmiercią wielu ludzi i pacyfikacją żydowskiego getta, kierował lokalną organizacją NSDAP. Trząsł powiatowym dowództwem SA. Zamach mógł być przestrogą dla podobnych polakożerców. Powinni złagodzić okupacyjny terror ostatniego roku wojny.

Termin egzekucji i sposób jej wykonania pozostawiono nam. Niezwłocznie wyjechaliśmy furmanką przez lasy Babiej Góry w stronę miasta. „Wrzos” przyczepił się do tych dwóch nadchodzących dni świątecznych. W glorii uroczystych świąt upatrywał powodzenie zamachu, przekonał nas. Starosta miał zwyczaj każdego dnia o stałej porze wizytować swoje gospodarstwo rolne. Z modliszewickiej rezydencji przejeżdżał do folwarku polną drogą na wierzchowcu. Droga przebiegała przez dużą kępę liściastych krzewów nazywanych Gawroncem. Krzaki Gawrońca „Wrzos” wyznaczył na miejsce zasadzki.

Po lewej Romuald Jedynak „Sęp”, po prawej Mieczysław Zasada „Wrzos”, dowódca 1 drużyny. Fot. pochodzi z książki: Bogumił Kacperski, Jan Zbigniew Wroniszewski, Końskie i powiat konecki 1939-1945, Część czwarta. Konspiracja konecka 1943-1945, Końskie 2006.
Po lewej Romuald Jedynak „Sęp”, po prawej Mieczysław Zasada „Wrzos”, dowódca 1 drużyny. 
Fot. pochodzi z książki: Bogumił Kacperski, Jan Zbigniew Wroniszewski, Końskie i powiat konecki 1939-1945, Część czwarta. Konspiracja konecka 1943-1945, Końskie 2006.

W niedzielę o zmroku siedzieliśmy jeszcze na Bawarii w domu u zaufanych ludzi. Nakarmili nas, częstowali wódką. Rozmawialiśmy wiele, ale o Fittingu ani mru-mru. Po północy zapadliśmy w Gawrońcu. Majowy poranek nastaje wcześnie. Należało rozpoznać teren, wybrać stanowiska, przydzielić zadania. Widniało. Ptaki uporczywie wyśpiewywały godowe melodie. Wiosenną zieleń zalewała rosa. Trawę pokrył siwy szron. Było bardzo zimno. W krzakach nieprzyjemnie pachniało zgnilizną liści. Słońce dźwigało się, do góry zapowiadając upalny dzień. A nas zastygłych w bezruchu męczyło zimno i drzemka. Do czasu spodziewanej akcji pozostawało nadal sporo godzin. Zająłem się przeglądem broni i oporządzenia.

Posiadaliśmy automatyczną broń osobistą i ręczny karabin maszynowy. Do tego trzeba dodać kilka granatów spory zapas amunicji i... siekierę. Brakowało nam zegarka. Orientowaliśmy się po słońcu.

Chciałem wszystko mieć za sobą. Czy aby Niemiec nie zrezygnuje z dzisiejszej przejażdżki? Nadjeżdżał. Usłyszeliśmy tętent końskich kopyt. W naszą stronę galopowało dwóch jeźdźców. Podpuściliśmy obu bardzo blisko. Z odległości kilkunastu kroków przez gałęzie wygarnęliśmy seriami roje pocisków. Padły zabite konie. Jeźdźcy poderwali się od ziemi. Starszy, ubrany w jasny strój spacerowy utykając ucieka w pole. Nie możemy oddać strzału. Wszystkie pistolety zacięte, erkaem zagwożdżony. Major przebiegł łąkę, dopada rowu melioracyjnego. Oddala się w stronę wysokiego o tej porze żyta. „Sęp” dopada siodła przy zabitym siwku. Z przypiętej kabury wyrywa parabellum. Składa się i trafia.

Z krzątaniny wytrącił mnie widok chmury kurzu od strony mleczarni. W pole wyjeżdżały ciężarówki z żandarmami. Nad Gawrońcem krążył samolot rozpoznawczy. Puściliśmy się szalonym biegiem. Ze zmęczenia usta się nie zamykały. Pot zalewał oczy, nogi potykały na równej łące. Uciekaliśmy na północ. Chyłkiem przez kilka kilometrów otwartego pola. I jeszcze te ciężary. Broń, magazynki u pasa, granaty.

W samo południe kupowałem oranżadę u sklepikarza w Młynku Nieświńskim. Całą skrzynkę. Puste butelki rzucaliśmy z mostu do rzeki. Przygodni ludzie przyglądali się naszemu zmęczeniu i broni. Odmoczyliśmy spieczone wargi i wyschnięte gardła. Po południu podeszliśmy do leśniczówki na Kamiennym Krzyżu. Wyszedł leśniczy Zygmunt Janiszewski. Poprosiliśmy o wiaderko napoju. Przyniósł ciepły borówczany kompot. Rozlewał do kubków. Padliśmy ze zmęczenia na murawę. Wkładałem buty, gdy mnie Janiszewski zapytał, czy słyszeliśmy, że Fitting został zabity. - Właśnie stamtąd idziemy - powoli wymamrotał kapral „Sęp”.

„Wrzos” meldował o sposobie wykonania rozkazu. Porucznik „Bogdan” miał do nas kilka pytań. Na stole złożyliśmy cztery zdobyczne pistolety, papierośnicę, złoty zegarek i sto pięćdziesiąt złotych. Podziękował za udaną akcji.


Luzak Fittinga

W zaułkach historii lat okupacyjnych mieści się jeszcze wiele autentycznych sensacji. Choćby taki fakt. Dwa lata temu drukowałem publikację na temat egzekucji Kreislandwirta koneckiego majora Fittinga. Zaraz po tym czytelnicy i rozmówcy stawiali mi pytania. A co stało się z adiutantem Pietrzykowskim? W oparciu o relacje jego brata Kazimierza i partyzanta „Kedywu” Jana Łyczkowskiego - „Wicherka”, zrekonstruowałem dzieje Stanisława Pietrzykowskiego - „Ludwika”, bo takie pseudonim otrzymał od przełożonego.

Na wstępie należy zdementować nadal upowszechniane przekonanie, że Pietrzykowski pochodził z poznańskiego i był przesiedleńcem. Pietrzykowscy z dziada pradziada pochodzą z Piły (wieś koło Pomykowa) i bywali wyrobnikami lub bandosami. Rodzice „Ludwika” w 1913 roku wyjechali do Niemiec za pracą zarobkową. Osiedlili się u bauera pod Rostockiem. Tam urodził się w 1916 r, syn Stanisław, jako trzecie dziecko w rodzinie. Do Pomykowa przyjechał, gdy miał pięć lat.

Służby wojskowej nie odbywał. Za przykładem rówieśników poszukiwał pracy zarobkowej w Końskich. Terminował w zawodzie odlewnika w fabryce u Kronenbluma. Po ustaniu działań wojennych w 1939 r. powrócił do tygla i fasulca. Po kilku miesiącach fabrykę wizytował niemiecki starosta gospodarczy Fitting. Upatrzył sobie dwóch giserów. Zabrał ze sobą Pietrzykowskiego i Jana Kluska ze Starego Młyna. W podwórku stały szopy i stajnie dla koni. Giserzy stali się robotnikami stajennymi.

Potem major przenosi urząd do starostwa, a mieszkanie do dworu w Modliszewicach po wyjeździe hrabiny Tarnowskiej do Częstochowy. Do Modliszewic zostaje przeniesiony też Pietrzykowski, a Klusek odesłany do służby. Major poddaje „Ludwika” szkoleniu, a dokładnie raczej tresurze. Chłopak uczy się jazdy konnej, prowadzenia samochodu, strzelania z broni wojskowej i myśliwskiej. Przyswaja sobie formy wojskowego zachowania i elementy musztry. Poznaje zwyczaje i nawyki majora. Jest jego dyskretnym cieniem zawsze gotowym na wezwanie. Major sprawia jemu mundur, który ma obowiązek wkładać asystując przy wyjazdach służbowych i na wizyty. Nie odwiedza rodziny. Jest potrzebny majorowi przez okrągłą dobę do usług i czuwania.

Modliszewice. Wieża strażnicza zbudowana w 1943 r. w całości z macew - uważny obserwator znajdzie ich fragmenty (nieistniejący już niestety modrzewiowy dworek Tarnowskich znajdował się od strony fotografującego). 
Na jej szczycie zawisł sztandar ze swastyka, na górnej platformie zainstalowano trzy reflektory do sygnalizacji i oświetlania przedpola, a karabiny maszynowe rozmieszczone na różnych poziomach broniły podejścia... J.Z.Wroniszewski. 
Fot. KW 2005 r.
Modliszewice. Wieża strażnicza zbudowana w 1943 r. w całości z macew - uważny obserwator znajdzie ich fragmenty (nieistniejący już niestety modrzewiowy dworek Tarnowskich znajdował się od strony fotografującego). Na jej szczycie zawisł sztandar ze swastyka, na górnej platformie zainstalowano trzy reflektory do sygnalizacji i oświetlania przedpola, a karabiny maszynowe rozmieszczone na różnych poziomach broniły podejścia... J.Z.Wroniszewski. Fot. KW 2005 r.

I wtedy, w drugi dzień świąt Zielonych Świątek 1944 roku, jedzie konno na wierzchowcu za majorem z majątku w Modliszewicach pod tzw. „Setkę” na Bawarii. Ciągle utrzymują znaczny dystans do przedniego jeźdźca. Z tych dwóch, on tylko wie, że gdy dojadą do kępy krzewów głogowych nazywanej Gawrońcem, rozlegną się strzały. Z tych dwóch, powinien zostać uchwycony lub zabity tylko major. On musi zachować lojalność wobec zamachowców i pozory zaskoczenia.

Był nowym zaprzysiężonym żołnierzem Armii Krajowej. Dowództwo koneckiego inspektoratu AK poszukiwało skutecznego sposobu wykonania wyroku podziemnego sądu na majorze za nadużywanie stanowiska. Wyrok miał wykonać pluton Batalionów Chłopskich Józefa Madeja - „Jerzego”. Bechowcy bezskutecznie kluczyli za majorem z miesiąc czasu. Dopiero Pietrzykowski został wezwany na spotkanie do Proćwina i doradził sposób wykonania egzekucji, w którym miał sam uczestniczyć.

Po zamachu, Pietrzykowski musiał uchodzić z wykonawcami wyroku. W krytycznym położeniu znalazła się rodzina „Ludwika”. Dla powstrzymania represji, major AK Jan Swieczko - „Łukasz”, pisze listy do starosty i gestapo. Dowódca obwodu AK wyjaśnia, że Fitting poniósł karę za bestialstwo wobec Polaków, a luzak Pietrzykowski stał się zakładnikiem. Może zostać uwolniony za okupem w wysokości 300 tys. złotych. W razie odmowy - grozi „Łukasz” - będzie rozstrzelany. Ostrzeżono także, gdyby Niemcy z tego powodu dopuścili się represji, to budynki w Końskich zajmowane przez Niemców zostaną wysadzone w powietrze.

W tym czasie przybył w koneckie oddział AK Antoniego Hedy - „Szarego”. Koło Wólki Plebańskiej w pociągu aresztowano łącznika oddziału por. Henryka Gruszczyńskiego - „Bladego”. Został osadzony w koneckim areszcie. Podjęto akcję odbicia oficera. Napadu na więzienie dokonano w nocy na 6 czerwca 1944 r. Grupa szturmowa z minerami rozbijała więzienie. Na początku zginął jeden miner. Wartownicy skryli się na strychu. Klucz od celi łącznika zabrało gestapo. Drzwi wyważano łomami. Akcja przez to przeciągała się niebezpiecznie.

Modliszewice - w głębi kępa drzew nazywana zwyczajowo Gawrońcem. Na jej skraju, od lewej strony dokonano zamachu na Fittginga. Fot. KW.
Modliszewice - w głębi kępa drzew nazywana zwyczajowo Gawrońcem. 
Na jej skraju, od lewej strony dokonano zamachu na Fittginga. Fot. KW.

Partyzancka grupa asekuracyjna w tym czasie ryglowała ogniem komendę żandarmerii w budynku późniejszego Technikum Ekonomicznego. Przy ulicy Kazanowskiej znajdował się z partyzantami Pietrzykowski. W czasie zmiany stanowiska strzeleckiego dostał śmiertelny postrzał pod ścianą domu Czesława Kosierkiewicza. Poległego zabrano przy odwrocie do lasu Księża Choina pod Stadnicką Wolą. Trumnę zrobił stolarz w Małachowie. Był skrycie deportowany na konspiracyjny cmentarz partyzancki pod Skarżyskiem w Pogorzałem. Po dwóch latach rodzina dokonana ekshumacji przenosząc zwłoki na konecki cmentarz.

Gestapo podjęto pertraktacje w sprawie uwolnienia „Ludwika”. Na wskazane miejsce wysłano mediatorkę. Była nią Anna Michalska, córka gajowego z Karolinowa, aresztantka z koneckiego więzienia. Podobno niosła propozycję zmniejszenia okupu do 50 tys. zł. To jest wiadome ze źródeł konfidencyjnych. Nikt z zasadzki nie wyszedł jej na spotkanie i przesyłki nie odebrano. Po bezskutecznym oczekiwaniu na szosie za Piłą, dziewczyna powróciła do Niemców. Wkrótce zginęła.

Pietrzykowski nie żył. Dalsze pertraktacje straciły sens. Major „Łukasz” pisze do gestapo: „Ponieważ warunków nie dotrzymano, nie złożono okupu w wyznaczonym czasie, luzak Fittinga został rozstrzelany”. Wysłano również przestrzelony dowód osobisty Pietrzykowskiego. Obie strony zaprzestały odtąd wszelkich pertraktacji. Rodzina Pietrzykowskich uniknęła represji.

Sylwester Jedynak