piątek, 9 marca 2012

Zbrojne starcie w Rożkach i publiczne egzekucje w Radomiu w 1942

Stacja kolejowa Rożki k. Radomia. Fotografia ok. 2007: Edward Tylman.
Stacja kolejowa Rożki k. Radomia. Fotografia ok. 2007: Edward Tylman.


Pierwsza (nieudana) próba zamachu na Relampago
Śmierć Kazimierza Kapla

Dziewiętnastego września 1942 r., w Rożkach, na pierwszym przystanku kolejowym od Radomia w kierunku Skarżyska, doszło do wymiany strzałów pomiędzy jadącą pociągiem grupą konspiratorów Armii Krajowej, a usiłującymi ich wylegitymować i zatrzymać funkcjonariuszami policji niemieckiej.

Tragiczny, a zarazem spektakularny finał tej sprawy, dosłownie wstrząsnął okupowanym Radomiem jak nigdy wcześniej i nigdy później. Ponieważ incydent w Rożkach oraz jego przyczyny i skutki wywołują do dzisiaj w Radomiu sporne echo, wymagają więc nieco szerszego omówienia.

Wywiad Radomsko-Kieleckiego Okręgu Armii Krajowej był dobrze zorganizowany i efektywnie pracował, posiadał jednak i słabe strony. Takim właśnie słabym ogniwem okazał się Maksymilian Szymański, który, będąc pracownikiem wywiadu AK, był jednocześnie agentem gestapo. Mieszkał w Końskich, ale utrzymywał stałe kontakty z siecią wywiadu AK w Radomiu. Znał tutaj wielu ludzi, także i z kontrwywiadu, zajmujących się likwidacją osobników groźnych dla podziemia. Posiadał pseudonim „Relampago”.


Stacja kolejowa Rożki k. Radomia. Krzyż na miejscu pochówku straconych na stacji Rożki (czy dzisiaj istnieje?). Fotografia ok. 2007: Edward Tylman.
Stacja kolejowa Rożki k. Radomia. Krzyż na miejscu pochówku straconych na stacji Rożki 
(czy dzisiaj istnieje?). Fotografia ok. 2007: Edward Tylman.


Kiedy w AK rozszyfrowano właściwą rolę Maksymiliana Szymańskiego (a on prawdopodobnie zorientował się, że został zdemaskowany, bowiem był kilkakrotnie wzywany z Końskich do Radomia dla złożenia wyjaśnień), zapadła decyzja o wykonaniu na nim wyroku śmierci. W tym celu w dniu 19 września 1942 r. wyjechała z Radomia 6 osobowa grupa likwidacyjna w składzie: kpt. Ewaryst Żetecki „Andrzej” jako dowódca grupy, por. M. Wrona „Szymon”, Józef Grabosz „Bill”, Zbigniew Gołębiowski „Budrys”, M. Stelmaszczyk „Aron” i Kazimierz Kapel „Wróbel”. Ten ostatni był przewodnikiem grupy, bo chociaż mieszkał w Radomiu, pochodził z Końskich, więc znał miasteczko doskonale. Wszyscy byli uzbrojeni w pistolety „Visy” radomskiej produkcji, wykradzione z Fabryki Broni.

Rano 19 września na dworcu kolejowym kupiono bilety do Końskich. Bilety wypisał i wydał wtajemniczony w sprawę kasjer Bolesław Dłużewski. Wszyscy spokojnie wsiedli do pociągu, zajmując miejsca w jednym wagonie. Zanim jednak wagony ruszyły z peronu, nagle do pociągu wtargnęła grupa żandarmów kierowana przez gestapowca SS-Unterscharfuhrera Bruna Siebeneichlera. Niemcy weszli do interesującego ich wagonu ubezpieczeni przez strażników kolejowych (Bahnschutzów) wciągniętych widocznie do akcji i przystąpili do sprawdzania dokumentów. Pomimo że było w wagonie wielu pasażerów, kontrolę rozpoczęto od Józefa Grabosza „Billa”. Kiedy ten podał kennkartę, padł rozkaz: „Ręce do góry”. Wtedy „Bill” wyciągnął błyskawicznie pistolet, zabijając żandarma. W tym czasie pociąg już hamował na stacji w Rożkach, a pasażerowie natychmiast rzucili się do ucieczki. Strzelanina, jaka się wtedy wywiązała, nie była jednak bezładna. Nikt z przygodnych osób nie zginął ani też nie był ranny. Świadczyło to, że Niemcy znali wszystkich sześciu z dywersyjnej grupy. Na peronie został zabity przez Bahnschultza „Andrzej”, a „Szymon”, „Bill” i „Aron” zostali niezbyt groźnie zranieni i udało się im wymknąć z otoczonego przez policję dworca.

Niemcy stracili jednego żandarma, a dwóch zostało rannych, lecz w ich ręce wpadł rozpoznany przez policję, Kazimierz Kapel „Wróbel”. Aresztowano na miejscu również 10 innych osób, ale wkrótce przestano się nimi interesować (kilka zwolniono, kilka wysłano do obozu koncentracyjnego, jak m.in. Mariana Rycerskiego), gdy okazało się, że byli to przypadkowi pasażerowie. Na domiar złego w rękach niemieckich pozostała autentyczna kennkarta Józefa Grabosza z adresem zamieszkania przy ul. Wałowej. Kennkartę znaleziono także przy zabitym Ewaryście Żeteckim „Andrzeju”. Wprawdzie była wystawiona na fikcyjne nazwisko Walczaka, ale niestety, z adnotacją o miejscu zatrudnienia w prywatnej firmie budowlanej prowadzonej przez inż. Jana Nadolskiego przy ul. Kozienickiej. Ponadto Niemcy znaleźli w wagonie dwa porzucone „Visy” wyprodukowane w 1942 r. w radomskiej Fabryce Broni.

Stacja kolejowa Rożki k. Radomia. Tablica pamiątkowa z 1971, na ścianie dworca kolejowego. Fotografia: Jacek Lombarski.
Stacja kolejowa Rożki k. Radomia. Tablica pamiątkowa z 1971, na ścianie dworca kolejowego. Fotografia: Jacek Lombarski.


Ślady pozostawione przez dywersyjną grupę na stacji w Rożkach, wystarczyły hitlerowskiej policji bezpieczeństwa, aby „po nitce do kłębka” dotrzeć do określonych kręgów konspiracyjnych i doprowadzić do śmierci wielu mieszkańców miasta, o czym się często w Radomiu do dzisiaj wspomina. Pomija się natomiast całkowicie milczeniem fakt, że owe ślady były dowodem nieudolności organizacyjnej tych, którzy o wyprawie do Końskich decydowali oraz lekkomyślności jej uczestników. Wszystko to bowiem urągało podstawowym zasadom pracy konspiracyjnej.

Przebieg wydarzeń wskazuje, że Niemcy byli poinformowani o wyprawie do Końskich, a zdobyte w Rożkach dokumenty i aresztowanie „Wróbla” ułatwiły im szybkie rozpracowanie i rozbicie niektórych ogniw radomskiego Podziemia. Natomiast zupełnie nowym tropem dla niemieckiej policji była znaleziona broń. Być może, że do tego czasu Niemcy podejrzewali polskich pracowników o przemyt pistoletów lub ich części. Teraz mieli dowody, że w Fabryce Broni istnieje zorganizowany przerzut broni poza mury wytwórni. Dwa „Visy” porzucone przez konspiratorów w wagonie miały identyczne numery jak pistolety służbowe znajdujące się w niemieckim posiadaniu: jeden w komendzie Schupo, drugi w komendzie policji „granatowej” w Radomiu. Stwierdzenie tego faktu uświadomiło funkcjonariuszom gestapo, iż mimo ścisłego nadzoru, w fabryce równolegle uruchomiono, nielegalną, dublowaną produkcję pistoletów dla potrzeb polskiego ruchu opora. I tak rzeczywiście było.

O tym, jak wielką wagę przywiązywały hitlerowskie władze - nie tylko policyjne, ale i wojskowe - do wydarzeń w Rożkach oraz jak wysoko oceniły ich efekty świadczy drobny, lecz charakterystyczny gest. Otóż kierujący akcją w Rożkach SS-Unterscharrfiihrer Bruno Siebeneichler został odznaczony Krzyżem Żelaznym II klasy nadanym przez Naczelne Dowództwo Wermachtu. Wartość tego krzyża była tym większa, że był to jedyny przypadek wyróżnienia tak wysokim odznaczeniem wojskowym funkcjonariusza policji bezpieczeństwa w Radomiu.

Stacja kolejowa Rożki k. Radomia. Pomnik w Rożkach upamiętniający egzekucję 12 października 1942 r. Fotografia: Jacek Lombarski.
Stacja kolejowa Rożki k. Radomia. Pomnik w Rożkach upamiętniający egzekucję 
12 października 1942 r. Fotografia: Jacek Lombarski.


Natychmiast po incydencie w Rożkach, komenda policji bezpieczeństwa w Radomiu przystąpiła do rozpracowania pozostawionych śladów. Cała sprawa, oznaczona numerem porządkowym 11829/42, znalazła się w rękach osławionego SS-Hauptstrumfuhrera Paula Fuchsa. Pod jego kierownictwem wstępne śledztwo prowadzili SS-Unterstrumfiihrer Floth wraz z dwoma podoficerami gestapo Konigiem i Pambalkiem. Szybko się zorientowano, że spośród 11 osób aresztowanych na stacji w Rożkach tylko Kazimierz Kapel „Wróbel” jest cenną zdobyczą. Poddano go więc wyrafinowanym torturom. Ponadto sprawdzono adresy uzyskane z kennkart Józefa Grabosza i Ewarysta Żeteckiego i 24 września przystąpiono do aresztowań. Ponieważ aresztowania były bardzo celne i dotkliwie uderzyły w określone komórki Podziemia, należy sądzić, iż gestapo posiadało jeszcze inne źródła informacji. W ciągu jednego dnia ujęto w Radomiu ponad 50 osób, osadzając wszystkich na oddziale specjalnym miejscowego więzienia. Aresztowania objęły ludzi z kręgu grupy dywersyjnej i ludzi związanych z przemytem pistoletów z Fabryki Broni. Zabierano także członków ich rodzin.

Stacja kolejowa Rożki k. Radomia. Pomnik - pamiątkowa tablica. Fotografia: Jacek Lombarski.
Stacja kolejowa Rożki k. Radomia. Pomnik - pamiątkowa tablica. Fotografia: Jacek Lombarski.

[Pan Edward Tylman, z którym koresponduję, zgłasza wiele zastrzeżeń do informacji zamieszczonej na tablicy:
- Egzekucję wykonano 11 października, a nie 12 jak podano na tablicy (niektórzy mylili z data wykonania zdjęć 12.10.42) na rampie naprzeciw peronów, tam gdzie położono tą płytę.
- W końcówce zdania nazwanie członków Ruchu Oporu i żołnierzy AK uczestnikami, też niezbyt trafione.
- Nie lepsza jest sytuacja za spisem nazwisk. Kto uważnie nie przeczyta nagłówka, nie zorientuje się, że Mieczysława i Stanisława Grabosza to nie są siostry, ale bracia. Nikt, nawet ten, który dopatrzy się, że nazwiska podawane są w czwartym przypadku, nie odnajdzie w sformowaniu (powiesili) „Kazimierza Kapelę” innego nazwiska jak Kapela. Taki zapis nazwiska Kapel jest nie tylko niezgodny z regułami pisowni polskiej, wykraczający poza wszelkie normy i całkowicie mylący. Podobnie (powieszono) „Adolfa Rutkę”. Jak się on naprawdę nazywał: Rutka, Rutko, Rutek, a może jeszcze inaczej?
Wystarczył na początku listy jeden wyraz, np. „Zginęli”, albo poszerzony „Zginęli za…, bo…, w imię…itp.”, co było takie proste i podać nazwiska w pierwszym przypadku. Nikt o tym nie pomyślał. Tak nie może zostać, ale gdzie szukać wsparcia w proteście, jeśli tą tablicę i jej tekst poza Lucyną Grabosz, zaakceptowali: Urząd Gminy w Kowali, Związek Kombatantów RP i BWP, Środowisko AK w Radomiu. KW]


I znowu zawiodły ogniwa radomskiego Podziemia, a mechanizmy sieci konspiracyjnej okazały się za mało sprawne. Po incydencie w Rożkach, „Szymon”, „Aron” i „Bill” natychmiast udali się do Ciepielowa, gdzie kierownik miejscowej organizacji, adwokat Dmitrowski, „zamelinował” ich w rejonie Ciepielowa i Lipska. Natomiast Z. Gołębiowski „Budrys” dotarł w kilka godzin później do Radomia i złożył obszerne sprawozdanie z wydarzenia zastępcy szefa miejskiego wywiadu K Józefowi Telidze „Równemu”, który mieszkał u rodziny Wińczewskich przy ul. Słowackiego nr 14. „Budrys” powiadomił, że kennkarty Grabosza i Żeteckiego znalazły się w rękach Niemców oraz że w ich ręce dostał się Kazimierz Kapel, który dużo wie i może nie wytrzymać tortur w czasie śledztwa. Było więc pięć dni, zanim gestapo przystąpiło do aresztowań, aby zlikwidować punkty kontaktowe i ostrzec ludzi choćby nawet pośrednio zamieszanych w sprawę. Tymczasem ostrzeżono jedynie Zofię Graboszową, żonę Józefa „Billa" i to na kilka godzin przed pojawieniem się gestapo w jej mieszkaniu przy ul. Wałowej. Zofia zresztą zbagatelizowała ostrzeżenie, za co niestety zapłaciła życiem.

Wśród aresztowanych 24 września znaleźli się m.in. kasjer kolejowy Bolesław Dłużewski, który feralnego dnia sprzedał bilety grupie „Andrzeja", inż. Jan Nadolski, u którego w firmie budowlanej był zarejestrowany Walczak, pod którym to nazwiskiem ukrywał się zabity E. Żetycki. Aresztowano całą rodzinę Graboszów: żonę „Billa” Zofię, brata Stanisława z żoną Julią i synem Mieczysławem oraz siostrę Bronisławę Mrozową. Zabrano również całą rodzinę Wińczewskich: wdowę Stanisławę i jej trzech synów Henryka, Jana i 14-letniego Józefa oraz synową Adę, żonę Jana którzy mieszkając w Warszawie, przypadkowo tylko znaleźli się w domu matki przy ul. Słowackiego. Ada była w daleko zaawansowanej ciąży. Aresztowano pracującą na poczcie studentkę Aurelię Szostakównę i pracownicę PCK Halinę Bretsznajder, komendantkę obszaru radomskiego Związku Harcerek. Obie tkwiły jednocześnie w wywiadzie AK. O dobrym rozpoznaniu i rozpracowaniu przez gestapo zorganizowanej grupy przemycającej broń świadczyły również aresztowania przeprowadzone także 24 września na terenie Fabryki Broni. 75% aresztowanych pracowników fabryki, to byli ludzie czynnie zaangażowani w wykradanie pistoletów „Vis”. Wśród nich znaleźli się m.in. majster z działu montażu broni Józef Saramonowicz i jego syn Zbigniew. Właściwie spośród poszukiwanych przez policję robotników udało się uniknąć aresztowania tylko Wiktorowi Baranowi, Władysławowi Molendzie i Józefowi Roleckiemu.

Radom, dworzec kolejowy ul. Beliny-Prażmowskiego 2. Tablica osłonięta 1 maja 1949 r., upamiętniająca udział kolejarzy z hitlerowskim najeźdźcą (tablica wmurowana w południową ścianę dworca). Fotografia: Jacek Lombarski.
Radom, dworzec kolejowy ul. Beliny-Prażmowskiego 2. Tablica osłonięta 1 maja 1949 r., 
upamiętniająca udział kolejarzy z hitlerowskim najeźdźcą 
(tablica wmurowana w południową ścianę dworca). Fotografia: Jacek Lombarski.


Osadzonych w więzieniu nie pozostawiono w spokoju. Przez ponad dwa tygodnie Paul Fuchs i jego ekipa prowadzili intensywne przesłuchania. Codziennie zabierano na przesłuchania do gmachu gestapo przy ul. Kościuszki 6 po kilkanaście osób. Wracały zawsze stamtąd bardzo pobite, jak stwierdzają współwięźniowie. Mimo stosowanych tortur gestapo widocznie nic nie uzyskało w śledztwie, gdyż krąg podejrzanych w tej sprawie nie rozszerzał się i nowych aresztowań już nie było.

Po zakończeniu śledztwa, zgodnie z okupacyjnym procederem odbyło się posiedzenie policyjnego sądu doraźnego, któremu jak zwykle przewodniczył komendant policji bezpieczeństwa w Radomiu SS-Obersturmbannfuhrer Liphardt, a jednym z członków był Paul Fuchs. Sąd doraźny, który był parodią wymiaru sprawiedliwości, nikogo nie przesłuchał, a jego czynności sprowadzały się do biurokratycznego złożenia podpisów na wcześniej przygotowanych formularzach z wyrokami śmierci. Wszystko więc przebiegało utartym trybem i wszyscy podejrzani w sprawie nr 11829/42 zostali skazani na karę śmierci. Samą egzekucję jednak władze policyjne postanowiły przeprowadzić w sposób dotychczas niepraktykowany - przez publiczne powieszenie na ulicach miasta.

Kazimierz Kapel w Krakowie (z czarną opaską). Sukiennice (17.05 - 27.06.1935 r.), czas upominania się legionistów o Wawel dla Piłsudskiego. Fotografię udostępniła Agnieszka Byczkowska.
Kazimierz Kapel w Krakowie (z czarną opaską). Sukiennice (17.05 - 27.06.1935 r.), 
czas upominania się legionistów o Wawel dla Piłsudskiego. 
Fotografię udostępniła Agnieszka Byczkowska.


Decyzja o takim a nie innym wykonaniu wyroku nie zapadła w Radomiu, lecz w Krakowie, a może nawet w Berlinie. Władzom III Rzeszy chodziło o wzmożenie psychozy strachu na wszystkich ziemiach polskich, bowiem w październiku 1942 r., w wielu miastach Generalnej Guberni zawisły ofiary na szubienicach, m.in. w Warszawie. Chyba najwięcej tego rodzaju egzekucji przeprowadzono w październiku 1942 r. w dystrykcie radomskim; w Kielcach powieszono 10 osób, w Ostrowcu Św. - 29, w Skarżysku - 29, w Szydłowcu - 29, w Starachowicach - 17, w Górze Puławskiej - 20 i w Garbatce kilkanaście osób. W samym Radomiu, gdzie stracono 50 osób, zwielokrotniono grozę egzekucji rozkładając jej wykonanie na cztery kolejne dni.

Dwunastego października rano, na polecenie SS-Untersturmfuhrera Flahta, wyciągnięto z cel radomskiego więzienia 16 osób. Piotra Rołkowskiego zabrano na ul. Kościuszki i tam prawdopodobnie został zastrzelony. Natomiast wszystkich pozostałych załadowano na samochód ciężarowy i zawieziono na stację kolejową w Rożkach. Wszystkich powieszono na wcześniej przygotowanej w tym celu szubienicy. Zginęli wtedy:
1. Zofia Grabosz, 32 lata, żona Józefa
2. Stanisław Grabosz, 52 lata, brat Józefa, malarz pokojowy
3. Julia Grabosz, 36 lat, żona Stanisława
4. Mieczysław Grabosz, 16 lat, syn Stanisława i Julii, uczeń
5. Bronisława Mróz, 42 lata, siostra Józefa Grabosza
6. Antonina Gutkowska, 50 lat, nauczycielka
7. Władysław Janiak, 40 lat, policjant
8. Kazimierz Kapel „Wróbel", 47 lat, kancelista
9. Feliks Mas, 29 lat, pracownik Fabryki Broni
10. Halina Rołkowska
11. Adolf Rutka, 36 lat
12. Joanna Schleimacher, 29 lat, siostra Mieczysława Dąbrówki
13. Aurelia Szostakowna, 23 lata, studentka, pracownica poczty
14. Henryk Wińczewski, 32 lata, syn Stanisława, urzędnik
15. Jan Wińczewski, 26 lat, brat Henryka, kupiec z Warszawy [...]

Zdjęcie wykonane ukradkiem z pociągu w dniu 12 października 1942 roku. Fotografia ze zbiorów Edwarda Tylmana.
Zdjęcie wykonane ukradkiem z pociągu w dniu 12 października 1942 roku. 
Fotografia ze zbiorów Edwarda Tylmana.


Epilog

Dla hitlerowskiej policji bezpieczeństwa okrutna represja w postaci publicznych egzekucji nie zamykała sprawy zbrojnego starcia w Rożkach. Nadal poszukiwano czterech uczestników owego starcia, którym udało się ukryć poza Radomiem: „Arona”, „Billa", „Budrysa” i „Szymona”. Jak wykazały późniejsze wydarzenia, wszyscy oni byli zdekonspirowani wobec gestapo. A gestapo liczyło, że wcześniej czy później pojawią się w mieście. Dlatego otoczono stałą obserwacją konfidentów mieszkania poszukiwanych i cierpliwie czekano.

Na początku listopada 1942 r. przybył do Radomia z Ciepielowa, gdzie się ukrywał, Józef Grabosz „Bill". Zgłosił się na punkcie kontaktowym sieci wywiadowczej AK w mieszkaniu rodziny Jaworskich przy ul. Słowackiego 25, gdzie spotkał się z łączniczkami: Stefanią Dobijówną „Leną” i Marią Sowiar „Hanką”. Wieczorem, ignorując zasady konspiracji, „Bill” uzbrojony w pistolet, w towarzystwie „Leny" pojawił się w okolicy swojego mieszkania przy ul. Wałowej, aby jakoby „...zobaczyć czy świeci się w oknach jego mieszkania”. Oczywiście mieszkanie było opieczętowane i czujnie strzeżone, a nieodpowiedzialna ciekawość Grabosza musiała pociągnąć tragiczne następstwa. Natychmiast rozpoznany przez agentów gestapo.

„Bill" pozostawił własnemu losowi „Lenę”, którą zaraz policja aresztowała, a sam, ostrzeliwując się z pistoletu, cofał koło kościoła św. Jana na ulicę Rwańską i Rynek. Może by i uciekł, gdyby nie patrol żandarmerii, który zagrodził mu drogę. Osaczony „Bill” wpadł do jakiegoś warsztatu szewskiego przy Rynku, ale widząc, że jest w sytuacji bez wyjścia, ostatnią kulę wymierzył w siebie i ciężko ranny dostał się w ręce niemieckie. Następnego dnia aresztowano również Marię Sowiar „Hankę”, kiedy to próbowała uciec z Radomia pociągiem w kierunku Kielc. Tymczasem „Billa” gestapo przewiozło do wojskowego szpitala przy ul. Narutowicza, gdzie przez trzy tygodnie był intensywnie leczony. Postawiony na nogi a następnie poddany morderczym torturom przy ul. Kościuszki, „Bill” ujawnia, w jaki sposób wraz z „Szymonem” i „Aronem” znalazł się na wschód od Iłży; gdzie się ukrywał i kto mu pomagał. Wzięty do policyjnego samochodu, wskazywał ludzi i kryjówki w Ciepielowie i Lipsku. W efekcie gestapo aresztowało dużo ludzi z adwokatem Dmitrowskim na czele, paraliżując sieć organizacyjną na tym terenie. Gdy nie miał już nic do powiedzenia, został rozstrzelany na Firleju.

Osiemnastego stycznia 1943 r. opuścił swoją kryjówkę w Lipsku por. M. Wrona „Szymon” i przybył do Radomia. Nie szukał kontaktów z żoną Walentyną gdyż jak się później okazało, słusznie sądził, że może być także poszukiwana przez gestapo. Udał się więc do domu swoich rodziców przy ul. Poznańskiej 8, nie podejrzewając, że dom jest również znany policji i poddany stałej obserwacji. Z chwilą pojawienia się „Szymona” na ul. Poznańskiej, wypadki potoczyły się błyskawicznie. Oddajmy zresztą głos naocznemu świadkowi:

„...Był mroźny, późny wieczór. Na skrzyżowaniu ulic Staroopatowskiej i Kolejowej zatrzymał się samochód, z którego wyskoczyli hitlerowcy. Z automatami gotowymi do strzału najpierw podbiegli do płotu, za którym stał nasz dom. Po kilku minutach rozległy się strzały. Padała seria za serią. To „grzali” hitlerowcy, kryjąc się jednocześnie za naszym domem. Kanonadę zakończyła eksplozja granatu. Dopiero nazajutrz dowiedziałem się od sąsiadów, że poprzedniego dnia oficer organizacji podziemnej Wrona (imienia i rangi nie znam), odwiedził dom swoich rodziców przy ul. Poznańskiej nr 8. Widać jakiś szpicel doniósł hitlerowcom o jego pobycie. Niemcy obstawili więc czworobok ulic: Staroopatowską, Poznańską, Śląską i Kolejową, a następnie starali się za wszelką cenę ująć partyzanta. Drzwi domu otworzył ojciec Wrony, ale zastrzelony został na miejscu. Natomiast syn padł od kuli w czasie ucieczki przez ogród. Do nieżyjącego już syna przyprowadzili matkę i oświadczyli, że również ona musi zginąć, skoro wychowała bandytę. Padły strzały i matka osunęła się na ziemię, tuż obok syna. Zamordowanych pochowano w ich własnym ogrodzie...” [Zygmunt Ścisło, Potworna zbrodnia, list do redakcji Życia Radomskiego, 1969].

Dla wiadomych sobie celów gestapo wyolbrzymiło incydent, podając w meldunku informację o zażartej walce z grupą partyzantów przy ul. Poznańskiej, za którą trzech funkcjonariuszy policji bezpieczeństwa przedstawionych zostało do odznaczenia Wojennym Krzyżem Zasługi.

Zdarzenie przy ul. Poznańskiej władze policyjne postanowiły wykorzystać dla kolejnej zbiorowej represji wobec mieszkańców miasta. Następnego dnia, 19 stycznia, żandarmi przeprowadzili łapankę przy ul. Dolnej. Wśród zatrzymanych było kilku robotników z Zakładów Kolejowych, kilku pracowników fabryki „Bata” i przypadkowi przechodnie - mieszkańcy Glinic. Łącznie złapano 10 mężczyzn, których prawie natychmiast rozstrzelano na rogu ul. Dolnej i Staroopatowskiej. Po egzekucji zwłoki zawleczono do rowu na terenach kolejowych. Tam okazało się, że jedna z ofiar daje znaki życia. Był to Tadeusz Domagała, młody robotnik kolejowy, który po strzale w płuca stracił przytomność. Dzięki interwencji kolejowego majstra - Volksdeutscha, udało się ocalić jego życie.

Wracając jeszcze do spraw por. Wrony, trzeba dodać, że przy zabitym „Szymonie” znaleziono dowód zatrudnienia w Lipsku. Także i z tego faktu gestapo nie omieszkało wyciągnąć konsekwencji. Nie darowano także żonie „Szymona”, o której gestapo wiedziało, że ukrywa się w Radomiu i intensywnie jej poszukiwało. Aresztowana 22 stycznia 1943 r. została osadzona w radomskim więzieniu. Wytrzymała prawie trzymiesięczne śledztwo i 15 kwietnia w zbiorowym transporcie liczącym 35 więźniów wysłano ją do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.

Ostatnią ofiarą skutków zbrojnego starcia w Rożkach był 14-letni Józef Wińczewski, który został wzięty z domu razem z rodziną w dniu 24 września 1942 r. Nie został powieszony w październikowych egzekucjach. Prawdopodobnie nawet gestapo nie odważyło się posunąć do okrucieństwa tak daleko, aby publicznie powiesić 14-letniego chłopca. Nie znaczyło to wcale, iż darowano mu życie. Trzymany był pięć miesięcy na oddziale specjalnym w radomskim więzieniu bez żadnych przesłuchań. Dziewiętnastego lutego 1943 r. na rozkaz SS-Untersturmfuhrera Flatha, został przewieziony do budynku gestapo przy ul. Kościuszki i tam zastrzelony.

W podobny sposób na Firleju straciło życie ok. 14 tys. mieszkańców Radomia, regionu i kraju. Spośród sześciu uczestników nieudanej wyprawy do Końskich tylko dwóch ocalało: „Aron” i „Budrys”. Pozostali czterej zginęli, a wraz z nimi zginęło jeszcze kilkadziesiąt innych osób. Obydwie więc sprawy - Rożki i egzekucje - są ściśle ze sobą związane. Nie można jednak w żadnym wypadku szukać winnych wśród uczestników zbrojnego starcia i obarczać ich winą, iż stali się sprawcami publicznych egzekucji. Można im, a także ich przełożonym, zarzucić, że w przygotowaniach wyprawy do Końskich popełnili wiele błędów, które wykorzystał bezlitośnie, sprawnie działający hitlerowski aparat policyjny. Zaś publiczne egzekucje przez powieszenie i tak by się w październiku 1942 r. odbyły, gdyż taka była decyzja centralnych władz okupacyjnych w ramach zaostrzenia terroru na ziemiach polskich. Byłby tylko inny pretest egzekucji w Radomiu i inne ofiary zawisłyby na szubienicach.

Jan Franecki
[Artykuł Jana Franeckiego pt. Zbrojne starcie w Rożkach i publiczne egzekucje w Radomiu w 1942 r., po redakcyjnej korekcie został wydrukowany za zgodą syna autora - Pana Sławomira Franeckiego w: Wczoraj i dziś Radomia, nr 4 (16), Radom 2002. Śródtytuły pochodzą od KW]