środa, 15 lutego 2012

Wojenne wspomnienia nauczycielki

Przedbórz 1945 r. W głębi, po lewej spalony dom Juliana Turno. Salomea Bus mieszkała na pierwszym piętrze, okno pierwsze z prawej. Fot. Lucjan Brylski, ze zbiorów Wojciecha Zawadzkiego. [Zapytałem kolegi eksperta o rozpoznanie na fotografii typu pojazdu wojskowego - uzyskałem odpowiedź. To: Sd.Kfz.251/1 Ausf.D]
Przedbórz 1945 r. W głębi, po lewej spalony dom Juliana Turno. Salomea Buś mieszkała na pierwszym piętrze, okno pierwsze z prawej. Fot. Lucjan Brylski, ze zbiorów Wojciecha Zawadzkiego.
[Zapytałem kolegi eksperta o rozpoznanie na fotografii typu pojazdu wojskowego
– uzyskałem odpowiedź. To: Sd.Kfz.251/1 Ausf.D]

Przedborskie opowieści bywają wytworami nie tylko Przedborzan. Oto wspomnienia nauczycielki Salomei Buś (1910–96) pochodzącej z Małopolski. Ukończyła seminarium nauczycielskie i maturę w 1931 r. Bez efektu poszukiwała pracy w zawodzie nauczycielskim przez 5 lat. Bezrobotna, podejmowała jakieś robótki ręczne, prace dorywcze na koloniach. W roku szkolnym 1936/37 odbyła bezpłatną praktykę w szkole w Chlewiskach k. Końskich. We wrześniu 1937 r. otrzymała upragniony etat w sąsiedniej szkole w Hucie Starej. Jednak wybuch wojny we wrześniu 1939 r. uniemożliwił naukę szkolną. Okupant zezwolił na nią dopiero od stycznia 1940 r. Salomea zapisała o nowym programie szkolnym, ma objąć: czytanie, pisanie, naukę rachunkowości i przyrodę. Wszystkie podręczniki mają być zebrane i wywiezione do Końskich. O historii polskiej lub literaturze mówić nie wolno. Polski jako kraju nigdy nie będzie – historia to fałsz, geografia będzie taka, jaką wyznaczy władca Wielkiej Rzeszy. Polakom wystarczy, jak będą umieli się podpisać. W latach 1941–1945 r. pracowała w szkole w Przedborzu, a po pracy uczyła dzieci w ramach tajnego nauczania. Tego okresu dotyczą tematyczne wspomnienia pod hasłem „Przedbórz”. Pisane przez „osobę z zewnątrz”, która starała się przeżyć wojnę, ale nauczycielską misję wypełniała godnie i z honorem. Cenne i szczere dlatego z koniecznym komentarzem.

Wspomnienia i fotografię Salomei Buś udostępnił Marek Tomczyński.

Salomea Buś, nauczycielka
W 1940 r. zostałam wezwana do inspektoratu [w Końskich – WZ] otrzymując pismo – gdzie moje proste nazwisko było napisane Salomea Busch [nie Buś – WZ]. Pytałam, czy to rzeczywiście do mnie. Schulrat [inspektor szkolny Richard Mitmann. Komenda Koneckiego Obwodu AK za liczne przestępstwa wobec narodu polskiego wydała na niego wyrok śmierci, który nie został wykonany z powodu jego ucieczki – WZ] tłumaczył, że moje nazwisko wywodzi się z niemieckiego Busch, ale Polacy dla wygody tak go skrócili, że powinnam być dumna, że moi przodkowie należeli do germańskiej narodowości itd. Wyciągnął druk, abym podpisała „volkslistę”. Mówiłam, że w naszej rodzinie mówiło się, że nasz pradziadek pochodził z Węgier. Ja czuję się Polką, jestem tu wychowana i dzielić będę los narodu polskiego. Przekonywał mnie, że to głupota nie skorzystać z tego, że mnie przeniesie do lepszej zorganizowanej szkoły w Sielpi, ma majątek ziemski, wysiedli Polaka, tam mogę mieszkać, dostanę bezpłatne utrzymanie. Taka mnie złość opanowała, że niezdolna byłam już nic powiedzieć, wstałam i wyszłam. Nazwał mnie hardą i głupią Polką. Jeszcze kilka razy w ciągu okupacji, robił mi poniżające propozycje. Przeniósł mnie – 1941 r. – do Przedborza nad Pilicą, było to takie małe miasteczko w 70% zniszczone we wrześniu 1939 r. [Zamieszkała w domu Juliana Turno, ul. Mostowa wg ówczesnej numeracji: 40, to narożny budynek z ul. Konecką – WZ]

Po roku Schulrat znowu przyjechał do Przedborza na wizytację – już na lekcje nie przyszedł do mnie. W ogóle raczej rozmawiał z nauczycielami. Tam była 7-klasowa szkoła i bardzo dużo dzieci w klasach. Na każdą zmianę było po 60 uczniów, wystarczyło mu zobaczyć jak klasy są zatłoczone. Czytania i pisania uczyliśmy bez podręczników, miałam ruchomy alfabet do I klasy – pisałam na tablicy, a dzieci przepisywały do zeszytów – i o dziwo – w ciągu kilku miesięcy dzieci czytały lepiej niż wtedy, gdy miały elementarze i inne pomoce naukowe.

Po kilku miesiącach Kraków wydał czasopismo „Ster” – było kilka egzemplarzy w szkole i to tylko było wolno dzieciom czytać. W domu czytanie ćwiczyły na książeczkach do nabożeństwa. Starym zacofanym ludziom nawet to się podobało. Ponieważ ja byłam wśród nauczycieli najmłodsza, koleżanki prosiły mnie abym poprosiła o kartki na odzież, buty itd. Rzeczywiście później jakieś tam kartki inspektorat przesłał nam do kierownictwa.

Chciałam jeszcze przypomnieć, że już w drugim roku wojny dostaliśmy kartki na żywność: 1 kg czarnego, kwaśnego chleba na tydzień, 30 dkg cukru na miesiąc, 10 dkg mięsa na tydzień, coś tam kaszy jęczmiennej – i co dziwne – masę papierosów i 1 litr wódki. Niemcy woleli pijanych Polaków, bo trzeźwych się bali. Papierosy i wódkę sprzedałam od razu. Można było na targu u kobiet wiejskich kupić masło, więc te pieniądze na to przeznaczyłam. Nasze pensje były bardzo niskie, głodowaliśmy coraz więcej im dłużej trwała wojna. To co dostawaliśmy z przydziału, nie starczyłoby ani na tydzień. Kartki żywnościowe były różne. Na odprawach z początku każdego września Schulrat podkreślał, że nauczyciele to taka kategoria ludzi, która nie pracuje dla Wielkiej Rzeszy, dlatego musi mieć najgorsze kartki. Wielu nauczycieli którzy mieli rodziny, odchodzili do innej pracy, chociaż tajne organizacje Związku Nauczycielstwa Polskiego wzywały do wytrwania- rzucając hasło, że nauczyciel to jak żołnierz na posterunku – nie wolno mu tego posterunku opuszczać! Uczyły prawie same kobiety i to w większości samotne.

Życie było bardzo trudne. Ja, aby sobie jakoś radzić, robiłam swetry z wełny, naturalnie wełnę przynosili ludzie, przeważnie za zrobienie swetra brałam tyle, ile za kilogram masła czy słoniny. W ten sposób zdobywałam tłuszcz. Masło można było kupić na zielonym rynku, a w lecie także jarzyny. Nasze pobory równały się w wysokości 1 kg tłuszczu. W czasie okupacji miałam pod dostatkiem tylko drewna, na które dostawałam talony, przydział ze szkoły. Drewno rąbał taki miły starszy człowiek, za bardzo małą zapłatą. Miałam drewna w oficynie na kilka lat.

Pamiętam samotne wieczory, gdy zapalałam pod kuchnią. Piec przez dzień był zasłonięty parawanem. Ogień trzaskający beztrosko dawał chwile radości. Takiego ognia ze spalanego drwa już nigdy nie miałam. Tam, w Kieleckiem lasów było bardzo dużo. Niemcy wycinali rękami Polaków całe lasy, grube kloce wywozili do Vaterlandu [ojczyzny –WZ], ale te grube gałęzie zostawały i to przydzielali Polakom na opał. Palące się ogniska budziły optymizm, wiarę w przetrwanie. Wieczorem zawsze robiłam kolację z pieczonych ziemniaków.

Jeszcze w Przedborzu nocami były ciągle walki partyzantów, których w okolicznych lasach było wielu. Niemcy bali się okropnie „bandytów z lasu”.

[Ta wypowiedź kojarzy się z fragmentem publikowanej na łamach „Gazety Radomszczańskiej” powieści Jerzego Szczepańczyka „Partyzanckim szlakiem”: Zdarzyło się pewnego dnia, że pijany Niemiec potrącił na ulicy w Przedborzu w czasie nieprawidłowej jazdy przechodzącą przez jezdnię kobietę. Nie okazał przy tym najmniejszej skruchy, mało tego – odgrażał się, że ze wszystkich Polaków powinni Niemcy porobić befsztyki.
– A czy wiesz – zapytali go bardziej wtajemniczeni sąsiedzi – co to jest za kobieta? – Matka dowódcy „kosmatych” – (partyzantów - WZ). Niemiec natychmiast stracił rezon.
– Ratujcie mnie ludzie – mówcie, co teraz mam robić!
Wynajął auto, odwiózł staruszkę do szpitala, przepraszał, zapłacił z góry za miesięczny pobyt...]

W pobliżu domu gdzie mieszkałam, po drugiej stronie Pilicy, był gmach-twierdza gdzie mieszkali gestapowcy [obecnie Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych, mieścił się tam posterunek żandarmerii przekształcony w tzw. stützpunkt, czyli umocnione stanowisko obronne w którym często rezydowali funkcjonariusze gestapo – WZ]. W dzień można ich było widzieć chodzących po ulicach w mundurach. W nocy, po godzinie policyjnej, podobno nie wychodzili ze swojej twierdzy. Porządku pilnowała policja – Polacy. W tym domu gdzie mieszkałam [obok ronda Obrońców Przedborza 1939 r., w tym miejscu obecnie jest sklep „Lewiatan” – WZ], po drugiej stronie korytarza mieszkał taki granatowy policjant – bałam się go i nie byłam pewna. Do mnie przychodziło kilku uczniów na lekcje (tajne nauczanie), ale jakoś szczęśliwie nikt mi nie przeszkadzał. Dzieci wychodziły pojedynczo, dyskretnie.

W roku chyba 1943, 8 marca przeżyłam straszną noc. Ja mieszkałam na I piętrze. Na parterze pod moim pokojem mieszkał i miał tam warsztat zegarmistrz. Do niego przychodzili różni ludzie, a wśród nich i mundurowi Niemcy. Dochodziły słuchy, że on współpracuje z Niemcami, że wydaje Polaków. Ja znałam go tylko z widzenia, nigdy z nim nie rozmawiałam. Nie wiem ile w tym było prawdy. Tej pamiętnej nocy z 7 na 8 marca przyszli partyzanci, aby wykonać na nim wyrok śmierci. Słyszałam przez powałę jak prosił ich o życie. Mówił, że jest niewinny. Słyszałam okropne jęki mordowanego. Zdawało mi się, że to trwało bardzo długo, dostałam wstrząsu nerwowego. Siedziałam na swoim łóżku bez ruchu, obok w drugim pokoju spała gosposia dentystki, ona też nie drgnęła, a na pewno też wszystko słyszała. Nie wychodziłam z mieszkania do godziny 9., gdy do tego zegarmistrza przyjechała panienka, która z nim pracowała i morderstwo zostało odkryte. Ja wszystkim mówiłam, że ja nic nie słyszałam. Tak to było w Przedborzu, w dzień rządziło gestapo, a w nocy partyzanci, w każdą noc słychać było strzelaninę.

[Wyrok śmierci na Janie Kaczmarku zatwierdzony przez Komendę Obwodu Armii Krajowej w Radomsku został wykonany przez przedborski oddział dywersyjny „Nina” w ramach akcji likwidacji konfidentów. Tej nocy w Przedborzu zlikwidowano kilku zdrajców, szerzej: W. Zawadzki, Imienna Lista Ofiar m. Przedborza w II wojnie światowej, Przedbórz-Bydgoszcz 2010]

Partyzanci zabierali żywność ze sklepów [mowa o akcji aprowizacyjnej oddziału partyzanckiego AK „Robotnika” Bronisława Skury-Skoczyńskiego przeprowadzonej w kwietniu 1944 r. – WZ], wtedy ludność cywilna na kartki nie dostawała nic – szkoda mi było te 30 dkg cukru.

Niedaleko Przedborza była fabryczka włóczki – wełny [mowa o Spółdzielczej Przetwórni Wełny „Wrzeciono” w Przedborzu. Wtedy była przeniesiona na obrzeże miasta przy ul. Cegielnianej – WZ]. Oddawało się kupioną wełnę owczą i dostawało się jakiś tam procent ślicznej włóczki. Pozbierałam od sióstr pieniądze, kupiłam coś przeszło 4 kg wełny, za tydzień miałam wybrać włóczkę. Wtedy też partyzanci włóczkę zabrali. Serce mnie bolało, gdy dowiedziałam się, że partyzanci tę włóczkę sprzedali na rynku.

[Z „Wrzeciona” partyzanci z oddziałów AK „Robotnika” i „Burzy” sierż./gen. bryg. Stanisława Karlińskiego rzeczywiście 2-krotnie zabrali w porozumieniu z kierownikiem przetwórni Janem Tedą ps. „Uskok”, utkane i przefarbowane na zielono materiały wełniane potrzebne do uszycia mundurów. Jednak informacja o sprzedawaniu wełny na rynku wydaje się niewiarygodną plotką, albo innym, niż wymienione występkiem rabunkowym – WZ].

W Przedborzu byłam prawie do końca stycznia 1945 r. Przedbórz opuściłam kilka dni wcześniej, bo data 1 luty, to data zatrudnienia mnie w szkole w Wieluniu. Oto jak wyglądało moje zatrudnienie i przeniesienie do Wielunia. Kiedy zbliżał się front i wojska radzieckie i polskie rozpoczęły ofensywę, Niemcy czuli się bardzo niespokojni. Nowy Rok 1945 spędzali hucznie i głośno, chociaż chodziły słuchy, że zaraz zacznie się wyzwolenie Polski: marsz na Berlin. Już około 15 stycznia słychać było detonacje, w sercach Polaków wstąpiła nadzieja, że już niedługo Niemcy muszą się cofnąć. Szosa, która prowadzi przez Przedbórz jest ważna, prowadzi na zachód. Niemcy na tej drodze przygotowywali się do oporu. Wojska mieli dosyć dużo. [Na linii rzeki Pilicy i pasma Gór Przedborskich Wehrmacht przygotował kolejne od rz. Wisły linie obronne o kryptonimach „Merkur” i „Wenus” – WZ]

W pobliżu mnie mieszkało małżeństwo z małym dzieckiem. On uczył w wieczorowej szkole rolniczej, bo o rolnictwo władze okupacyjne dbały bardzo. W ostatniej nocy, gdy Niemcy już wkraczali do miasteczka, wiele ludzi uciekło, więc ja samotna trzymałam się tego małżeństwa. Pamiętam, jak przechodziliśmy przez most, kule sypały się gęsto, ludzie się przewracali. Mnie ogarnął strach, kto mnie tu pochowa, obdartą z odzieży rzucą do wspólnego grobu. Zaczęłam się modlić do Boga i wzywać ducha mojej zmarłej matki, aby mnie ocalił. Szczęśliwie przeszliśmy most i na mój wniosek oddaliliśmy się od szosy w stronę lasu. Tam już było lepiej, kule mniej padały. Bombowce też krążyły nad szosą, wreszcie doszliśmy do lasu umęczeni nieludzko. Było to 17–18 stycznia.

[Wg danych Armii Czerwonej, która na zajętych terenach polskich używała czasu moskiewskiego, Przedbórz został wyzwolony 16 stycznia. Tę datę obchodzono także w okresie PRL – WZ]. Mróz był 20°C i duże śniegi. Ja ubrana byłam nie najlepiej, odzież zimowa została w domu rodzinnym, buty też miałam liche. Na plecach miałam koc, w którym znajdowała się pierzyna i poduszeczka, w ręce trzymałam małą walizeczkę, do której włożyłam ważne dokumenty: dyplom nauczycielski, zdjęcia, listy od mojego narzeczonego z kilku lat, 1 parę bielizny, nowy prawie kostium z bielskiej wełny. To cały mój majątek. To mi tylko zostało. Po kilku godzinach trafiliśmy na wieś, pozwolono nam odpocząć. U tej gospodyni byliśmy resztę dnia i noc. Na drugi dzień od rana wracaliśmy do Przedborza. Radzieccy żołnierze już gościli w miasteczku – wszyscy pijani. Most był zerwany, lód trzymał się mocno, straszny był widok. Przeszliśmy Pilicę. Na drodze już spotkałam człowieka, który miał moje różne rzeczy, naczynie ze smalcem i czajnik. Gdy zwróciłam mu uwagę, że to moje, powiedział, że to jego, bo znalazł w opuszczonym mieszkaniu. Dostałam się do mojego mieszkania, wszystko było zrabowane. Na podłodze poniewierały się książki podarte – zaczęłam zbierać kartki ze słownika ortograficznego, bo uznałam, że to mi będzie najpotrzebniejsze. Gdy zbierałam kartki słownika, do pokoju weszli żołnierze radzieccy, naturalnie pijani, zaczęli mnie szarpać. Na szczęście wtedy przyszła moja koleżanka Władka ze wsi oddalonej o 4–5 km. Była ubrana porządnie, buty z cholewami, zegarek na ręce. Ci dwaj żołnierze chcieli jej zabrać ten zegarek i buty. To była mocna dziewczyna, kopnęła jednego w czułe miejsce, drugiemu się wyrwała i krzyknęła: uciekamy! Żołnierze byli słabi z pijaństwa. Wtedy poszłyśmy do niej na wieś.

Tej nocy spalił się dom w którym mieszkałam. Kosz z niektórymi rzeczami miałam w komórce na drewno, wszystko wykradli co tylko miało jakąś wartość. Na podwórzu znalazłam dwie szczotki do butów i czyszczenia odzieży, wzięłam to – te szczotki zrobił mój ojciec sam, były to ważne pamiątki.

Frontowe wojsko przeszło, zostały tylko nieliczne oddziały dla utrzymania porządku. Po dwóch dniach wróciłam do Przedborza. Szkoła była zajęta przez wojsko. O nauce nie było mowy. Koleżanka wróciła do ojca. Przenocowałam w kącie u znajomych i zaczęłam rozmyślać co robić dalej. Wyzwolenie ziem polskich odbywało się błyskawicznie. Miałam znajomego inspektora szkolnego, który przedostał się do Łodzi. Kuratorium już urzędowało i on otrzymał nominację na inspektora w Wieluniu. Wieluń było to miasto powiatowe o charakterze rolniczym, z cukrownią. Zmówiłam się z nim i razem z jego rodziną miałam jechać. Wyrobiliśmy zaświadczenia, że jedziemy na ziemie odzyskane, bo Wieluń podobnie jak Łódź była przyłączona do Rzeszy. Cała sprawa jak się tam dostać? Nie mieliśmy pieniędzy, a ważne były tylko lubelskie [pieniądze emitowane przez Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego w Lublinie – WZ]. Poszłam do lekarza sprzedać mu to drzewo, powiedział, że zapłaci nowymi pieniędzmi, jak mu to drewno przywiozę do domu. Znalazłam chłopa, który drewno przewiózł, a ponieważ na podwórku było pełno drewna ze spalonej też piekarni, spytałam gospodyni, czy mogłabym sprzedać trochę tego drewna. Pozwoliła zabrać jeszcze furę czy dwie. Mieliśmy trochę pieniędzy, kupiliśmy wódki i na szosie w stronę Wielunia czekaliśmy, aż się trafi okazja. Ruscy żołnierze zbadali dokumenty, wzięli wódkę i zawieźli nas do celu. Nikt tu na nas nie czekał (...)

Opracował Wojciech Zawadzki