sobota, 4 lutego 2012

Relampago, agent Gestapo w Końskich

I
Wypowiedzi i odpowiedzi

...Zdradzenie komendy w Końskich przez brata Marka Szymańskiego nie zostanie prawdopodobnie nigdy należycie wyjaśnione. Wiąże się ono z niezdrowymi stosunkami jakie istniały wówczas w Końskich. „Andrzej”, jeżeli żyje, prawdy nie zezna, nie będzie oskarżał samego siebie. „Wir” „Kalina”, wraz z „Andrzejem” członek komendy, solidny człowiek, ale wówczas bezsilny, podobno zginął w ostatnich dniach wojny. Również wtajemniczony w stosunki organizacyjne był syn urzędnika – być może buchaltera – majątku Tarnowskich w Końskich, wtedy młody chłopiec, w wojsku prawdopodobnie nie służył. Był on – moim i Stoińskiego – pierwszym współpracownikiem. Tak nazwisko jak i pseudonim ulotniły mi się z pamięci. Wiedząc, że jestem jednym z pierwszych organizatorów, poza tym najstarszym wiekiem, do mnie zwrócił się za pośrednictwem „Bąka” – Kaczyńskiego (nie żyje) o interwencję w Końskich, zapowiadając nieszczęście. Jak dobrze był on zorientowany w miejscowych stosunkach, świadczy najlepiej fakt, że kilka dni po dotarciu do mnie jego prośby, nastąpiła „wsypa”.

Dwadzieścia lat później, również na emigracji, Tadeusz Wyrwa – „Orlik” (junior), niezwykle zuchwale zawyrokował, że Maksymilian Szymański „Relampago” zdradził konecką komendę ZWZ–AK, z powodu nienawiści do komendanta Jana Stoińskiego, za usunięcie go ze stanowiska kierownika obwodowej „dwójki”. Gromkim głosem przy okazji wzywa jego brata – Marka do publicznego wypowiedzenia się w tej materii. „Orlik” miał wtedy szesnaście lat. Pseudonim jak i ideologie przewlekli razem z ojcem przez szeregi organizacji Narodowe Siły Zbrojne, z pozycji, z której nadal rozlicza się koneckie ZWZ i AK.

Niedawno poznałem Marka Szymańskiego – „Sępa”, oficera z oddziału majora Hubala, którego publicyści niezręcznie i naiwnie kamuflują w tekstach jako kuzyna „Relampago”, tak ekwilibrując w reportażach, aby nie przysporzyć przykrości koledze po piórze. Zadałem „Sępowi” pytanie: Czy przysporzę panu przykrości, pytając o brata Maksymiliana? Otrzymałem odpowiedź udzieloną chyba po raz pierwszy w życiu przez człowieka, który wiele opublikował:

...Ma pan rację, ale tylko częściowo, pisząc, że swym listem i przesyłką wycinek publikacji J. Pałgana [„Śmierć zdrajcy” – przyp. SJ] może mi pan sprawić przykrość. W istocie przykra jest sama sprawa i jej przypomnienie – rzecz jasna – nie może wzbudzać radości. Mimo to łatwiej znieść tę przykrość, biorąc pod uwagę intencje jakimi się pan kieruje. Co więcej, jestem panu wdzięczny za to, że zainteresował się pan tą sprawą od innej strony...

Przed wojną w rodzinie Szymańskich było trzech braci: Maksymilian, Marek i Mieczysław. Ojciec był peowiakiem i nie skrywał sympatii do piłsudczyków. Należał do grona miejskich działaczy społecznych o orientacji prorządowej okresu międzywojennego. Najstarszy brat Maksymilian, rocznik 1910, nawet uczęszczał do koneckiego gimnazjum, które porzucił dla młodzieńczej przygody. Rozpoczynał się kryzys gospodarczy, więc wymarzył sobie posłannictwo emigranta na drugi kontynent. Znajomy dziadka Skowrońskiego, niejaki Lipiński mieszkał w Argentynie jako osadnik. Nie umiano przełamać młodzieńczego uporu. Wreszcie dziadek dał pieniądze na podróż i Maksymilian w lipcu 1929 roku opuścił kraj.

– Owszem, był za granicą – pisze Marek Szymański – w Argentynie, zdaje się w latach 1931–32. Dokładnie nie pamiętam. W każdym razie wrócił na kilka lat przed wojną. W Argentynie pracował najpierw na hacjendzie jako robotnik, później w parowozowni jako mechanik. Do żadnej spółki drzewnej nie należał, bo na to trzeba było pieniędzy, a Maksymilian wrócił goły tak, jak wyjechał. Służył przed wojną w 3. pułku lotniczym w Ławicy pod Poznaniem w kompanii obsługi technicznej. Po powrocie pracował w koneckim oddziale Zakładu Energetycznego Okręgu Radomsko-Kieleckiego „zeork” – tak się to chyba nazywało. Ożenił się ze Szkodzińską z Radoszyc...

Służbę wojskową ukończył w stopniu starszego strzelca. Na front wrześniowy nie był mobilizowany. Samorzutnie przystał do oddziałów samoobrony. Cywilny komendant wyprowadził kompanię pod Kazanów, na spodziewany kierunek przybycia Niemców. „Cywil-banda” przeszkadzała pododziałom 163 Pułku Piechoty w zajęciu upatrzonych rubieży. Przepędzono rezerwistów do miasta gasić pożary.
Do konspiracji trafił bardzo wcześnie. Od lat przyjaźnił się z nauczycielem Janem Stoińskim, który już w listopadzie 1939 roku przeniósł na grunt miejski koncepcję hubalowskiej konspiracji cywilnej. Stoiński wtedy został komendantem Ośrodka Szkolenia Bojowego – „Henryk”. Cywilną organizację Hubal przekazał prekursorskiej Służbie Zwycięstwu Polski. Stoiński osiedlił się w Końskich u teściów Zarębskich i tutaj ulokował komendę SZP na powiat konecki. Do komendanta przystają pionierzy hubalowskiej konspiracji i nowicjat SZP, których przeprowadza do Związku Walki Zbrojnej.

Komendantowi od początku asystuje Maksymilian Szymański, obierając sobie intrygujący pseudonim „Relampago”, co wygląda na rzeczownik w języku hiszpańskim zasłyszany podczas pobytu w Argentynie, w rejonie Concordii. Mimo niskiej rangi żołnierskiej, zostaje mianowany na stanowisko komendanta miasta. Schemat odtwarzanej konspiracji jest wzorowany na przedwojennej organizacji sztabów. Skład personalny komendy uległ zmianom. Stanisław Bednarski – „Drzazga”, przyczyny zmian upatruje w napływie oficerów zawodowych w rodzinne strony. Szli na nielegalne życie i podmieniali żołnierzy niższych stopniem w siatce dowódczej.

Jednym z przybyłych do miasta oficerów był Bolesław Czerwiński – „Wir”, „Kalina”, który w lipcu 1941 roku przejął od „Relampago” komendanturę miejską ZWZ. Czynność zamiany na stanowisku mimo trybu wojskowego, nastręczyła kłopotów obu konspiratorom. Dotknięty w swych ambicjach „Relampago” zaczął grozić nawet zastępcy komendanta Obwodu – „Babiniczowi”. Sytuacja zaogniła się. Nieszczęście przyszło w mroku świątecznej nocy Dnia Zadusznego 1942 roku. Zaskoczenie, osaczenie i klęska koneckiej komendy AK były zupełne. Polegli, lub zostali ujęci ważni ludzie z siatki dowódczej.

...Grudzień był wypełniony pracą w dwóch kierunkach – twierdzi Cezary Chlebowski w opowiadaniu Robotowcy. „Góra” Obwodu szukała sprawcy wsypy. Nowy komendant nie na darmo: przyjął pseudonim „Mściwy”. Nie miał zamiaru darować tego, co się stało. Celność uderzenia okupanta sugerowała, że mieli kogoś ulokowanego wysoko, w dowództwie koneckiej AK. Zwrócono uwagę na „Relampago”. Był ważnym człowiekiem w komendzie Obwodu. Dlaczego przeżył?

...Wieczorem 26 grudnia 1942 r. – pisze J. Wilczur w książce Sosny były świadkami – oddział wykonał wyrok Sądu Specjalnego AK na Maksymilianie Szymańskim „Relampago”, „Maks”. Sprawa ta nie należała do zwyczajnych... Nie wiedziano dokładnie, dlaczego związał się z wywiadem niemieckim... Kilkuosobowa grupa pod dowództwem „Wacka”, zajęła stanowiska na cmentarzu wojskowym urządzonym przez Niemców na centralnym skwerku, na wprost Feldgendermerii, a bezpośredni wykonawcy wyroku „Cumulus” i „Ksiądz”, w momencie gdy wartownik-żandarm zniknął za rogiem ulicy, przekroczyli jezdnię i wpadli do bramy. Zapukali do drzwi, a gdy się uchyliły... „Ksiądz” zdał sobie z tego sprawę dopiero, gdy brakło nabojów w magazynku...

Nagle zmarłego przewieziono do prosektorium. Sekcji zwłok dokonał lekarz Stanisław Zasacki. Rewizja mieszkaniowa nie dała dowodów obciążających. Pozwolono na sporządzenie aktu zgonu i pogrzeb.

...Należę do ludzi bojaźliwych – zwierza się Mieczysław Szymański – i tego lęku nigdy się nie wyzbyłem. Wtedy bałem się Niemców i swoich Przecież oni poróżnili się o jakiś zarzut! Wielki strach przeżyłem na pogrzebie brata. Nad grobem stanęło nas kilka osób. Trumny z ciałem nie było komu przenieść od karawanu. A teraz się napisało: „Uświetnieniem kariery agenta był pogrzeb jaki zgotowali Szymańskiemu Niemcy chowając go z pompą na miejscowym cmentarzu”. Była garstka ludzi, wielki strach i nic więcej. Acha... był jeszcze jakiś mężczyzna, niby wywiadowca, plątał się po cmentarzu nie zdejmując czapki, a myśmy się jego też bali.

...O sprawie nie wiem prawie nic – cytuję znów list Marka Szymańskiego. Dowiedziałem się o niej po wojnie. Od 1930 roku przebywałem poza domem rodzinnym, a do Końskich przejeżdżałem na urlopy. Podczas okupacji dwukrotnie przejeżdżałem przez Końskie i pobyt tutaj liczył się na godziny. Jak pan widzi, niewiele mam do powiedzenia. Można było dowiedzieć się czegoś więcej po wojnie, gdy sprawa była jeszcze świeża, jednakże okres ten był zdecydowanie nieprzychylny dla tego rodzaju poszukiwań. Obecnie nie wiadomo czy ktoś wie o tej sprawie i czy zechce mówić. Słusznie pan zauważył, że tylu innych posądzonych poddano egzekucji, a nie mówi się ani słowa. Może dlatego, żeby wrzawą wokół osoby Maksymiliana odwrócić uwagą do rzeczy niemiłych dla kogoś innego. Ale dla kogo? Zastanawiam się, skąd bierze się taka nienawiść. Rodzina moja nie była zamożna i nikt z niej nie zajmował eksponowanego stanowiska w Końskich. Wprawdzie mój stryj Jan Szymański, był przez pewien czas burmistrzem, ale zmarł na wiele lat przed wojną. Od tej strony nie widać powodów do nienawiści...

Tak się składa, że więcej wiemy o wyprawie wiedeńskiej króla Sobieskiego, o powstaniach narodowych, niż czasem o istotnych epizodach okupacyjnego bytowania w wojennym plenerze. Ręka nabiera rozmachu do odrębnego pater noster za preparowanie prac niedokończonych, za deformację społeczeństwa. Wyręczę się jednak cytatem z listu Marka Szymańskiego.

...Na przykład w artykule Janusza Pałgana są fragmenty znamionujące tendencyjność w wytwarzaniu nieprzychylnej atmosfery wokół osoby Maksymiliana. Bez uzasadnienia pisze on, że „przystąpił do jakiejś spółki handlu drzewem, prowadzonej przez Niemców...”. Właśnie Niemców! To niedokończone zdanie, wielokropek, a raczej niedokończona myśl może sugerować, że Maksymilian miał już dawno, w Argentynie, do czynienia z Niemcami w 1929 roku, wobec tego nic dziwnego, że później podczas okupacji współpracował z nimi. Tym bardziej nic dziwnego, że – jak pisze Pałgan – na krótko przed wybuchem wojny Maksymilian powrócił do Końskich Akurat w samą porę, aby pomagać Niemcom. To są przecież kłamstwa wyssane z palca lub podyktowane przez kogoś.


II
Major „Wir” trochę wyjaśnia

...Zdecydowałem się przyjechać do Końskich, do moich rodziców. Przerwałem pracę i po Bożym Narodzeniu 1940 r. wyjechałem do Generalnej Guberni. Znalazłem się w mieście, gdzie mieszkańcy wiedzieli kim byłem. Przyjechałem o takiej porze, że nikt oprócz dorożkarza nie widział mnie. Tego samego dnia przyszło do domu dużo znajomych, by mnie odwiedzić i każdy w tajemnicy pod słowem honoru dowiadywał się od innych o moim powrocie.

Nie znałem stosunków jakie tutaj panowały. Wiedziałem – bo mi zaraz powiedziano, że jako oficer muszę się zarejestrować. Jest taki rozkaz. Nie wykonać, to kara śmierci. Nie chciałem narażać rodziców, którym to samo groziło za ukrywanie mnie. Poszedłem do magistratu. Pracująca tam niewiasta (panna W.) w bardzo opryskliwy i niegrzeczny sposób mnie przyjęła. Kierownik działu meldunkowego i jeszcze jeden ze znajomych odradzali mi rejestrację. Wyszedłem więc nie dopełniając formalności. Ojciec zadowolony był, że będę pracował w konspiracji.

Na miejscu początkowo nie chciałem pracować z wiadomych względów. Pojechałem do kolegi „Osmana” (St. Ciaś) do Starachowic i przez niego starałem się wciągnąć do pracy w tamtym terenie. Nie mógł załatwić nic w ciągu dwóch dni. Wróciłem do Końskich. W czasie tej nieobecności miejscowe władze ZWZ zawiadomione przez „Młota” (St. Szczepanik) o moim przyjeździe, postanowiły się ze mną skontaktować. Przyszedł sam komendant „Brzoza” (Jan Stoiński), lecz mnie nie zastał. Na drugi dzień przyszedł jego zastępca i komendant miasta „Relampago” (M. Szymański) i kierownik „piątki” konspiracyjnej „Jerzy” (Br. Ejgird). Też mnie nie zastali. Dopiero za trzecim razem zastał mnie „Relampago”. Po przeprowadzonej rozmowie odebrał u „Młota” moją przysięgę. Tak więc w styczniu rozpocząłem już pracę ma nowym miejscu.

Początkowo objąłem kompanię miejską – 2 plutony pierwszego rzutu i 2 plutony rezerwy. W czasie pierwszej odprawy rozmawiałem z komendantem Obwodu „Brzozą”. Po jego wyjściu, przyszli dowódcy plutonów. Odprawę rozpoczął oficer bojowy „Babinicz”, a dalej prowadził „Relampago”, przedstawiając mnie dowódcom plutonów jako ich przełożonego... Po tej odprawie, która dla mnie była raczej orientacyjną, postanowiłem zrobić odprawę z dowódcami plutonów. Jak się okazało, to co przekazał mi wobec „Brzozy”, „Góreckiego” i „Babinicza” komendant „Relampago”, zupełnie się nie zgadzało ze stanem faktycznym, a plutony pod względem personalnym były tylko fikcją. Stan trzech plutonów miał wynosić około 150 ludzi plus „szkieletowe” 2 plutony rezerwy. Tymczasem faktycznie wyglądało to tak: „Młot” dowódca plutonu PPS – 21 ludzi zaprzysiężonych i 5 upatrzonych. „Wicher” Andrzej Malanowicz, stan 6 ludzi. „Sęp” – Ludwik Nowiński, stan 9 ludzi. Razem więc cała kompania nie miała nawet 20 ludzi. Z bronią sprawa przedstawiała się podobnie...

W międzyczasie przyjechał na kontrolę szkolenia i przygotowania bojowego oddziałów „Brzechwa” późniejszy komendant Okręgu pod pseudonimem „Ostroga” (zmarł w Zakopanem w sanatorium). W związku z tym „Relampago” wziął ode mnie plan opanowania miasta wraz z rozkazami bojowymi i poszedł do niego na odprawę. Po paru godzinach daje mi znać bym i ja tam się udał, gdyż „Brzechwa” zażądał kontaktu...

Plan podobał się inspektorowi Okręgu, udzielił mi pochwały, oraz podał kilka ogólnych wskazówek do samej organizacji szkolenia. Jak się później okazało „Relampago” jako komendant miasta zupełnie nie orientował się w wykonania planu opanowania miasta. Przyznał się, że ja robiłem i dlatego postanowił „Brzechwa” ściągnąć mnie i przeprowadzić odprawę. Odprawa dała taki rezultat, że w parę dni potem, to było 10 lipca 1941 roku, zostałem rozkazem komendanta Obwodu mianowany komendantem miasta i po przejęciu kontaktów od dotychczasowego komendanta „Relampago”, miałem się meldować do 25 lipca do komendy Obwodu.

Rozkaz ten spowodował duże podrażnienie ambicji „Relampago”, oraz spotęgował nienawiść do „Babinicza”. Dopatrywał się w „Babiniczu” już jako zastępcy komendanta Obwodu – autora tego rozkazu. Pamiętam, jak po otrzymaniu rozkazu ściągnąłem „Relampago” by mu pokazać rozkaz i na tej podstawie przejąć komendę miasta. Gdy wziął ten rozkaz do ręki, przeczytał, dostał formalnie szału. Stałem obok nic nic mówiąc, bo zresztą nie miałem do kogo mówić. „Relampago” skakał, rzucał się, klął i pienił ze złości. Grom za gromem padały z jego ust pod adresem „Babinicza”, a nawet padły groźby wykurzenia „Babinicza” przez gestapo. Po dziesięciu lub piętnastu minutach przyszedł do siebie. Zdenerwowanie i podniecenie było jednak duże. Usprawiedliwiał się przede mną. Tłumaczył, że on i tak do tego dążył, że ja i tak kierowałem miastem, bo on jako kierownik „dwójki” ma dość pracy.

Stosunki między mną a „Relampago” zaczęły się od tego czasu oziębiać. O ile początkowo spędzał u mnie dziennie 2–3 godziny, a nawet więcej, o tyle odtąd zaczął coraz rzadziej bywać, aż wreszcie zupełnie nie przychodził. Wciągnął sobie w tym czasie „Szarego” – Pniaka do pracy w „dwójce” w charakterze zastępcy kierownika i z nim zaczął prowadzić dywersję przeciwko pozostałym członkom sztabu Obwodu, a zwłaszcza przeciw „Babiniczowi”. W swej nienawiści do tego człowieka wyczyniał takie głupstwa i do takich niedorzeczności dochodził, że pamiętam w sprawie tej przyszło raz do szefa Okręgu specjalne pismo do komendanta Obwodu. Co było powodem wzrastania tej nienawiści! Nie wiem! Rozkaz nakazujący mi przyjąć komendę miasta był jednym z ogniw w długim łańcuchu nieporozumień między nimi. Początkowo byłem w tym zatargu osobą trzecią i przyglądałem się obojętnie. Gdy przy końcu roku zmusiły mnie okoliczności do zdecydowanego zajęcia stanowiska, to stanąłem otwarcie po tej stronie, którą uważałem za słuszną, to znaczy po stronie „Babinicza”...

Pewnego dnia przychodzi do mnie „Szary” i mówi mi, bym zwolnił swego kierownika wywiadu na miasto „Oskara”... Jak się później okazało... było to robione na własną rękę przez „Relampago”. Jaki to miało cel? Otóż cel był jeden. Pozbawić mnie wywiadu i kontrwywiadu na terenie miasta, a tym samym okryć tajemnicą wszystkie ciemne sprawki tych dwóch „ambitnych dwójkarzy”...

„Oskar” był jednak dość sprytny i potrafił wyciągnąć takie wiadomości z miasta, a nawet od ludzi „Relampago”, a swych kolegów, że ten był początkowo zaskoczony, skąd one wyszły i kto je zdobył. Nienawiść między jednym, a drugim rosła z dnia na dzień. Nienawiść ta stała się później podłożem do nieszczęścia...

W czerwcu 1941 roku, Niemcy uderzyli na Rosję... Teraz wobec wspólnego wroga byłem zdecydowany nawiązać współpracę z organizacją komunistyczną, dość silnie rozwiniętą na terenie powiatu, zwłaszcza w miejscowościach podmiejskich. Ucieszyła mnie wiadomość podana przez „Młota”, że Klusek, jeden z liderów Stronnictwa Komunistycznego, wyraża zgodę nawiązania z nami i chęć przeprowadzenia „rozmów” na ten temat. Mój zapał przygasił Komendant Obwodu „Górski” swoim zbyt oziębłym ustosunkowaniem się do tej sprawy. Na moje nalegania i rzeczowe uzasadnienie potrzeby takiej współpracy, zgodził się na bardzo luźną współpracę, a raczej tylko wymianę wiadomości z zakresu „dwójki”. Przeprowadzenie rozmów mi ten temat powierzył „Relampago” jako kierownikowi wywiadu, człowiekowi pewnemu, który nie da się ponosić zapałowi i rozmowy przeprowadzi w należyty sposób, nie zobowiązując się do niczego i nie układając żadnych warunków współpracy. Jednym słowem, miało to być koleżeńskie spotkanie dwóch ludzi nie wierzących sobie wzajemnie. Oczywiście w takiej atmosferze braku zaufania, do niczego dojść nie mogło. O czym rozmawiano i co ustalono nie wiem. Na moje zapytanie skierowane do „Relampago” i do „Górskiego”, otrzymałem odpowiedzi zdawkowe, nic mi nie mówiące. Taką postawą poderwałem sobie zaufanie „Górskiego” a zwłaszcza „Relampago”. Moje zaś zdawkowe wystąpienie w zatargu „Babinicz” – „Relampago” pogorszyło moją sytuację u „Relampago” i odtąd w jego pojęciu byłem wrogiem...

W końcu listopada zostałem wezwany do „Karmazyna” kierownika „jedynki” w sztabie Obwodu na kontakt z „Bocianem”, który przyjechał z Okręgu celem omówienia sprawy zrzutu na naszym terenie. Wówczas pełniłem funkcję zastępcy kierownika „trójki” Obwodu. Po dokładnym rozpatrzeniu warunków do zrzutu, zgodzono się na mój projekt. U komendanta „Górskiego” sytuację pogarszała mi sprawa przyjęcia zrzutu i celowe a fałszywe przedstawienie przez nasz kontrwywiad samej kwestii zrzutu i zdradzenie tej tajemnicy przed komunistami i osobami trzecimi. W rezultacie otrzymałem pismo grożące mi niedwuznacznie „sądem organizacyjnym”. Nie wiem, czy z braku dowodów mojej winy, czy też z innych względów, sprawy zaniechano. Podejrzenia i brak zaufania tak wzrosły, że postanowiono mnie nie dopuścić do innych podobnych spraw ze względu na bezpieczeństwo organizacji. Wykorzystywano mnie do robót jako siłę roboczą...

Rok 1941 mijał w atmosferze braku zaufania między kierowniczymi jednostkami w powiecie, oraz w początkach rozwijania się niskich, osobistych ambicji i nienawiści. Czułem, że to musi kiedyś doprowadzić do radykalnej zmiany w sztabie Obwodu, a może nawet skończyć się bardzo nieszczęśliwie. Wybujała ambicja i zbytnia zarozumiałość u niektórych, musiała być zaspokojona, a ze względu na niski poziom etyczny niektórych jednostek można było się spodziewać, że zemsta ich nie będzie miała granic i każdy ze środków, będzie dobry dla jej zaspokojenia, o ile tylko cel w ten sposób będzie można osiągnąć...

Na tym urywają się wspomnienia Bolesława Czerwińskiego – „Wira”, majora AK. Układ całej relacji jak i powyżej wybrane fragmenty wspomnień, sugerują, że były sporządzane w okresie zimy i wiosną 1945 roku. Zginął śmiercią skrytobójczą dnia 12 sierpnia 1945 roku. Poza rodziną autora, treść wspomnień nie nie była szerzej kolportowana. Ten człowiek miałby wiele do powiedzenia. Niemniej jednak major „Wir” – „Kalina” trochę wyjaśnia sprawę.


III
Wreszcie coś wiarygodnego

...Moja znajomość z Maksem – pisze Bronisław Ejgrid – datuje się od 1921 roku. Razem byliśmy egzaminowani przez jego stryja Jana Szymańskiego, ówczesnego dyrektora koneckiego gimnazjum, przed przyjęciem nas do pierwszej klasy gimnazjalnej. Chodziliśmy przez cztery lata do tej samej klasy, ale Maks przerwał naukę. Nie mogę się dopatrzyć racjonalnych powodów takiej decyzji. W nauce nie przodował, ale nie mogę go nazwać niezdolnym. Czy wyróżniał się w środowisku? Chyba nie! Miał jedną pasję. Była nią – walka wręcz. Inni uprawiali to dla zabawy, on z zaciętością, uporem i złym błyskiem w oczach. Maks nie lubił przegrywać!

Porzucając naukę Szymański dysponuje w nadmiarze wolnym czasem. Tę okazję wykorzystaj do zaspokojenia nowej maniackiej namiętności. Bez reszty oddał się ćwiczeniom w podnoszeniu ciężarów. Robił to z taką zawziętością z jaką poprzednio uprawiał walkę wręcz. Kiedyś rozpoczął pracę zarobkową u wuja w spółdzielni rolniczej, wykonując najprostsze prace fizyczne. Koledzy ukończyli gimnazjum, inni zajęli się bardziej lub mniej eksponowaną pracą, a Maks, ciągle był nikim. Powiększał się dystans między nim, a kolegami. Maks pogrążał się w kompleksie niższości.

Nie mógł znaleźć dla siebie miejsca – twierdzi por. „Molenda” – i myślę, że to było powodem wyjazdu do Argentyny. Ale niewiele przez to osiągnął. Nie bierze czynnego udziału w kampanii wrześniowej, mimo że odbył służbę wojskową. Po zakończeniu działań frontowych nawiązuje kontakt z komendantem koneckiego obwodu Związku Wałki Zbrojnej, por. Janem Stoińskim – „Brzozą”. Rzuca się w wir pracy organizacyjnej. Dzięki uporowi i pracowitości jest obdarzany wysokimi funkcjami w konspiracji. Jest zastępcą komendanta, szefem wywiadu obwodu, zostaje komendantem wydzielonego miasta Końskie. W ten sposób, już żonaty i dzieciaty Szymański – „Relampago”, staje się najbardziej eksponowaną postacią w podziemiu. Maks odtąd jest kimś...

Komenda Okręgu Radomsko-Kieleckiego ZWZ nie aprobuje tego stanu rzeczy. Zastępcą komendanta obwodu może być tylko kierownik referatu „trzeciego”, czyli wyszkolenia. Komendant wydzielonego miasta – Końskich „Relampago” nie może pełnić żadnych dodatkowych funkcji. Takie są reguły i wymogi tworzonych się się struktur podziemia.

W ostatnich dniach grudnia 1940 roku powraca do Końskich ppor. Bolesław Czerwiński późniejszy „Wir”, „Kalina”. Jeszcze na początku 1941 roku komenda okręgu przysyła do Końskich oficera zawodowego por. Mariana Słomińskiego, ukrywającego się pod fikcyjnym nazwiskiem, Andrzej Zaorski – „Babinicz”. Obcy oficer jest polecony do dyspozycji komendanta Stoińskiego – „Górskiego”. Odtąd kapitan Stoiński ma rozwiązane ręce. W połowie 1941 roku ppor. Czerwiński – „Wir” zostaje mianowany komendantem miasta. Kierownik referatu „trzeciego” porucznik Zaorski – „Babinicz” obejmuje funkcje zastępcy komendanta obwodu. Taki dualizm w sztabie obwodu jest dopuszczalny.

...Jeżeli chodzi o pozbawienie Maksa funkcji komendanta miasta – przypomina sobie „Molenda” – decyzje tą motywowano brakiem kompetencji i fachowości, co stwierdził szef wydziału „trzeciego” okręgu, sprawdzając plan opanowania miasta i przeprowadzając z nim ćwiczenia aplikacyjne. „Maks” pozostaje jednak kierownikiem referatu „drugiego” w obwodzie, czyli wywiadu i kontrwywiadu. W tym czasie „dwójka” staje się referatem coraz bardziej wydzielonym, pracując na własnych liniach łączności ma własną sieć agentów, na szczeblu placówek własnych rezydentów. Szymański podlega bezpośrednio majorowi Szewczykowi, szefowi wydziału „drugiego” na szczeblu okręgowym z siedzibą w Radomiu. W ten sposób kontrola komendy obwodu nad działalnością kierownika referatu „drugiego” niewspółmiernie zmalała.

Ale „Relampago” pragnie pozostawać osobą znaczącą. Nie przyjmuje do wiadomości rzeczowych decyzji. Czuje się osaczony przez „spiskowców” – Stoińskiego, Zaorskiego i Czerwińskiego. Nie ukrywa nienawiści do oficerów zawodowych. Antagonizmy nie wróżą nic dobrego „Maks” stacza się po drodze do nikąd, aby znowu być nikim.

W połowie 1942 roku – wyjaśnia Stanisław Białecki – zgłosił się do komendy obwodu spod Rudy Malenickiej członek organizacji. Oświadczył, że dwa dni temu został aresztowany przez gestapo i przebywał w Radomiu. Dano mu do zrozumienia, że wiedzą o jego przynależności do tajnej organizacji, wiedzą kto jest jego dowódcą i zaproponowano mu współpracę w zamian za wypuszczenie na wolność. Od tej pory miał obserwować swoje środowisko i wskazanych łudzi. W razie odmowy współpracy grożono rozstrzelaniem. W tych warunkach leśnik przyjął propozycję. Gestapowiec odwiózł aresztowanego samochodem pod Rudę Maleniecką i wyznaczył kontakty w czwartki co dwa tygodnie przed południem przy krzyżówce drogi do Radoszyc...

Do czasu wyznaczonego spotkania gajowy nadal mieszkał w gajówce. W nocy przed dniem kontaktu został z rodziną przerzucony w bezpieczne miejsce; do gajówki pod Włoszczowę. O wyznaczonej porze miejsce spotkania z gestapowcem obstawili wywiadowcy dywersyjnej grupy Zygmunta Wyrwicza ps. Cumulus. Na ich oczach podjechał „czarny Chewrolet” prowadzony przez umundurowanego żołnierza z pasażerem w cywilnym ubraniu. Zapamiętano rysopis Niemca i znaki samochodu. Przez dwa miesiące w każdy czwartek rozmieszczono obserwatorów na wszelkich skrzyżowaniach wokół Końskich. W ten sposób otrzymano pełny przegląd i ewidencję konfidentów gestapo.

...Niemiecki system konfidencji polegał na tym – stwierdza „Scewola” – że gestapowiec z radomskiego dystryktu kontaktował się bezpośrednio z agentami pomijając miejscowe gestapo i żandarmerię. Pomiędzy donosicielami pojawił się również, ku wielkiej naszej konsternacji, Maksymilian Szymański – „Relampago”. Wykaz współpracowników gestapo z dokumentacją o sposobie łączności został przesłany komendantowi „Górskiemu”. Ten trzeźwo ocenił sytuację, stwierdzając, że teraz możemy się lada chwila spodziewać aresztowania. Cały materiał został przesłany do komendy okręgu z prośbą o szybką reakcją. Zatwierdzono wyroki na konfidentów, ale wykonanie zastrzeżono dla własnej grupy likwidacyjnej. Mieliśmy pewność, że nasze dni są policzone...

Likwidacja niebezpiecznych agentów miała nastąpić w końcu września 1942 roku, ale termin ten przedłużał się. W czasie podróży okręgowej grupy egzekucyjnej do Końskich zaszły nieprzewidziane wypadki. Została ona, zdaje się przypadkowo, zaatakowana w pociągu pod Rożkami. Akcję likwidacyjną kolaborantów prolongowano na inny termin. Komendant obwodu za moją namową – wspomina „Scewoia” – zgodził się na pewien czas w miejsce dotychczasowego składu komendy dołączyć innych ludzi. Wszystko było już za późno. Na wypadek aresztowań, dowódca grupy dywersyjnej „Cumulus” otrzymał rozkaz przygotowania koncepcji odbicia więźniów. Jemu przekazano tajne wiadomości o skrytkach z dokumentacją i kontakty. Liczono się, że „Cumulus” nie znał „Relampago”, więc nie zostanie wydany. Dnia 31 października 1942 roku przyjechał do mnie z Warszawy radiotelegrafista Tadeusz Jóźwiak „Piast” w celu nadawania i odbioru depesz z Londynu. Przeszliśmy na Koczwarę do domu Tworzyańskiego. Po kolacji układaliśmy się do spania...

Rankiem 2 listopada było już po wszystkim. Komenda obwodu AK została rozbita. Trafnie wybrane miejsca kwaterowania kompetentnych osób zostały spacyfikowanie. Aresztowani trafili do miejscowego wiezienia, skąd mieli być przewiezieni do Radomia. Następnej nocy grupa dywersyjna „Cumulusa” wykonała rozkaz odbicia więźniów. Nie było możliwości przywrócenia życia komendantowi Stoińskiemu i porucznikowi Teomirowi Tworzyańskiemu – „Borsukowi”. Wielu konspiratorów w obawie o bezpieczeństwo musiało opuścić miejsce pobytu. Konfidenci nadal nie doznawali kary. Po upływie prawie dwóch miesięcy centralna grupa do zadań specjalnych przy koneckiej komendzie AK na rozkaz komendy okręgu zlikwidowała „Relampago”.

Po uspokojeniu konspiracji z szoku powstałego w wyniku zdrady, w kwietniu i maju 1943 roku, wykonano wyroki na innych piętnastu wywiadowcach gestapo, konfidentach i zwykłych bandytach uprawiających rozboje pod szyldem organizacji. Ukrócono samowolę, anarchizm i konfidencję.

Sylwester Jedynak