wtorek, 28 lutego 2012

Końskie 1946 – strzały w więzieniu

Szkic Feliksa Przyborowskiego koneckiego więzienia z zaznaczeniem rozmieszczenia pomieszczeń. W zbiorach KW
Szkic Feliksa Przyborowskiego koneckiego więzienia z zaznaczeniem rozmieszczenia pomieszczeń. 
W zbiorach KW

Patrz kasztany kwitną – czas brać się za naukę...

Dzień był słoneczny i ciepły jak na początek marca 1946 r. Byłem wówczas uczniem drugiej klasy gimnazjum ogólnokształcącego w Końskich. Około godziny 10. zjawiło się UB - utrwalacze władzy ludowej. Wyciągnięto mnie z klasy, aresztowano. Nie wiedziałem co się dzieje. Kazano bym szedł do komendy UB na ul. 1 Maja (obecnie mieści się tam kolumna transportu sanitarnego), pod silną eskortą pięciu uzbrojonych „po zęby” ludzi. Eskorta bała się iść ze mną razem w grupie przez miasto w obawie przed ludnością miejską, która widząc prowadzonego młodego chłopaka pod tak silną strażą zbrojnych, mogła zachować się nieobliczalnie z uwagi, że znano mnie bardzo dobrze. Ponadto nie tak dawno, bo w maju ubiegłego roku zakończyła się II wojna światowa kapitulacją Niemiec. A tu prowadzą człowieka, który walczył z okupantem niemieckim. Eskorta szła w następującym szyku: pierwszy prowadzący około 15 m przed nami, dwóch szło po obu stronach skrajem chodnika, ja w środku, dwóch z tyłu w oddaleniu około 15 m. Wszyscy z bronią gotową do strzału. Po przejściu ulicami miasta doprowadzono mnie do głównej bramy UB, gdzie podano hasło i weszliśmy wprost na pierwsze piętro do pokoju gdzie siedział ppor. Parczewski i jego sekretarka. Badanie trwało krótko, stałem, a przybyły ubek z innego pokoju dyktował dziewczynie moje personalia. Imię i nazwisko, data urodzenia, miejsce obecnego zamieszkania. Nazwisko matki i ojca (przy ojcu - Parczewski kazał dopisać, że to były żołnierz KOP i więzień w Oświęcimiu, a obecnie przebywa za granicą). Pytano gdzie jest mój brat Mundek. Dane te czytano z kartki i ciągle zwracano się do mnie z pytaniem, czy informacje te są prawdziwe. Na koniec retoryczne pytanie: dlaczego brat i ja byłem w AK a nie w AL. Odpowiedź moja była krótka. Od 1941, od czasu ucieczki przed Niemcami z Końskich, po aresztowaniu rodziców, nie było żadnej innej organizacji, która dawała możliwość walki z Niemcami.

Feliks Przyborowski, autor wspomnień na zebraniu PTTK, Końskie 2011. Fot KW
Feliks Przyborowski, autor wspomnień na zebraniu PTTK, Końskie 2011. Fot KW

Kazano odprowadzić mnie do baraku. Na dziedzińcu od strony wschodniej przy wysokim kamiennym murze stała szopa posiadająca okna okratowane. Po wejściu tam zastałem może ze 30. innych aresztowanych ludzi rozlokowanych na wojskowych dwupiętrowych pryczach. Pod wieczór, około 18. zrobiono zbiórkę, wyczytano nas z 15. nazwisk i zapakowano do ciężarowego samochodu. Pod silną zbrojną eskortą przewieziono do więzienia w Końskich przy ul. Spółdzielczej (obecnie stoi tam budynek policji) - patrz mapka starego więzienia. Ustawiono w głównym korytarzu gdzie poddano nas bardzo szczegółowej rewizji osobistej. Zabrano mi wieczne pióro, ołówki, notatnik, pasek od spodni, sznurowadła od butów i inne drobiazgi. Wprowadzono mnie wraz z 5. innymi do celi nr 8 - ostatniej po lewej stronie korytarza głównego, gdzie już siedziało 6 osób, z tego cztery leżały mocno zbite na gołych siennikach, na betonie pod ścianą. Ciemna cela miała rozmiary około 5 x 5 m, jedyne małe, podłużne, okratowane okienko znajdowało się pod sufitem ściany południowej. Brudne ściany w koło do połowy wysokości pomalowane były farbą olejną w kolorze brudnej zieleni. Na wprost okna po przeciwnej stronie od północy widniały drewniane, grube, listwowane żelaznymi sztabami drzwi, otwierane na główny korytarz, miały one okienko o wym. około 25 x 15 cm, zamykane płytą i otwierane od korytarza.

W płycie okienka, w środku był otwór o średnicy około 3 cm zasuwany metalową zasłoną od zewnątrz - tzw. „judasz"(oko). Okienko to było na wysokości około 1,5 m od podłogi. Światło elektryczne - mała żarówka u sufitu w środku celi zapalana była z korytarza. Żadnych mebli. Tylko osiem sienników ze słomą na betonowej podłodze i tyleż szarych kocy. Jeden duży kubeł o dwóch uchwytach na odchody, nakrywany klapą, stał pod zawsze otwartym okienkiem, bił z niego wieczny smród. Przy drzwiach stało wiadro z wodą, a przy nim wisiał na uchwycie kubek metalowy. Żadnej ławki, żadnego stołka. Przy drzwiach była tylko półka gdzie można było położyć czapkę. Ponadto w kącie stała brzozowa miotła i drewniana skrzynka z piaskiem. Nas, więźniów w celi było dwunastu. Nikt do nikogo się nie odzywał w obawie przed podstawionym szpiclem. Rotacja więzionych w tej celi była duża. Jednych wywoływano i gdzieś wywożono, wprowadzając w ich miejsce innych. Czasem zwalniano - szczególnie starych rolników więzionych za ukrywanie zboża. Na drugi dzień 2 więźniów pobitych gdzieś wywieziono, a pozostali pobici po tygodniu zostali wypuszczeni do domu.

Rytm w więzieniu był odmierzany następująco: rano o godz. 6 pobudka, sprzątanie sali tj. zbieranie materacy i układanie ich jeden na drugim w pryzmę. Koce składano we czworo na materace. Dwie osoby wynosiły kubeł z odchodami pod nadzorem strażnika. Przynoszono wodę w wiadrze i następowało mycie nad kubłem. Jeden polewał drugiemu kubkiem ręce wodą i ten się mył, twarz i ręce. Wycierało się własną koszulą lub urwanym rękawem z koszuli - ręcznika nie wolno było mieć. Nie było też mydła ani proszku do mycia. Jedynie raz w sobotę można było się lepiej umyć szarym mydłem lub proszkiem w kuchni nad zlewem, dzięki uprzejmości strażnika więziennego. Do sprzątania rano przynoszono ścierkę wojłokową służącą do wycierania podłogi i szufelkę do zgarniania piasku, do posprzątania celi miotłę brzozową. Potem ponownie podłogę posypywano piaskiem, a brudy wynoszono we wskazane przez wartownika więziennego miejsce. Po rannej toalecie i sprzątaniu stawaliśmy szeregiem i zaczynaliśmy modlitwę śpiewając pieśń „Kiedy ranne wstają zorze”. Gdy jedna cela zaczynała śpiewać - pozostałe cele podejmowały rytm śpiewu i całe więzienie śpiewem modliło się. Śniadanie odbywało się około godz. 7-8 rano. Przynoszono kubki z kawą zbożową, zwaną „lurą” i kromkę chleba - na każdego więźnia. Wszystko podawano przez okienko. Po śniadaniu starosta celi (był to zawsze najstarszy wiekiem i stażem więzień), rozdzielał wszystkie prace porządkowe w celi i w razie potrzeby kontaktował się ze strażnikami więziennymi. W celi częste były rewizje. Przewracano sienniki, rewidowano każdego z nas w poszukiwaniu grypsów, listów lub różnych informacji zanotowanych gdziekolwiek. Po śniadaniu jednych zabierano do pracy w kuchni, inni mieli obowiązkowy marsz w koło celi, gęsiego - jeden za drugim.

Nie wolno było usiąść na betonowej podłodze lub położyć się na sienniku. Strażnicy często zaglądali przez judasza czy jest porządek w celi. Okrucieństwem odznaczali się strażnicy: Sałata i mężczyzna z Kornicy (nazwiska nie pamiętam).

Jedynie więzień pobity, pokrwawiony mógł leżeć na sienniku. Taki był jego przywilej. Marsz w koło celi trwał do obiadu. Około godz. 13-14. wnoszono w wiadrze zupę kartoflankę (więcej wody niż kartoflanki) z brukwią lub coś w tym rodzaju i dla każdego kromkę chleba. Wlewano do przyniesionych misek, wręczano łyżkę w brudną rękę i kazano jeść. Po obiedzie wyznaczony dyżurny zabierał naczynia i pod strażą zanosił je do kuchni gdzie wszystko musiał umyć. Pozostali więźniowie wznawiali marsz po celi aż do wieczora. Kolacja około godz. 18, taka sama jak i na śniadanie: kawa - „lura” plus kromka chleba. Po kolacji zazwyczaj apel. Liczono stan więźniów. Po apelu stawaliśmy szeregiem, frontem do drzwi i śpiewaliśmy modlitwę: „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. O godz. 20. gaszono światło. Można było wówczas rozłożyć sienniki i położyć się nakrywszy kocem. Po 21. strażnicy wywoływali więźniów na badania. Wyprowadzano petenta albo do celi nr 3 - za wartownią lub też wywożono gdzieś na UB. Powrót wywiezionego był zawsze opłakany. Wracał zbity i pokrwawiony. Sami opatrywaliśmy mu rany przemywając po ciemku wodą i robiąc okłady z rozrywanych własnych koszul. Badanych w celi nr 3 raczej nie bito.

Po dwu tygodniowym pobycie nabawiłem się świerzby. Drapałem się wszędzie, szczególnie pomiędzy palcami u rąk i nóg, pod pachami. Jest to straszna dolegliwość pasożytnicza. Dzięki staroście z celi i życzliwości strażnika Talera z Młynka Nieświńskiego po tygodniu wyznaczono mnie do pomocy w kuchni, do tzw. kompanii kartoflanej (obieranie ziemniaków). Kucharzem wówczas był więzień, którego zwaliśmy „Wachmistrzem”. Kucharz ten zainteresował się moją dolegliwością i jednego dnia urządził specjalną kąpiel dla mnie. Do dużego drewnianego cebrzyka nalał gorącą wodę, do której trzech ludzi siłą wcisnęło mnie nacierając jednocześnie całe moje ciało proszkiem mydlanym z mieszaniną sody żrącej. Paliło tak, że aż zacząłem krzyczeć z bólu w niebogłosy. Potem opłukano mnie ciepłą wodą ostudzając ciało. O dziwo kuracja ta bardzo mi pomogła. Świerzb zaczął znikać z mego ciała. W tym czasie matka czyniła wszędzie starania o uwolnienie mnie z więzienia. Konspiracyjnie informował o tym strażnik Taler, który czasami przemycał dla mnie czystą bieliznę. W celi nr 8 przesiedziałem do początku kwietnia 1946 r.

Jerzy Woźniak, kenkarta ważna do 30 lipca 1945. W zbiorach KW
Jerzy Woźniak, kenkarta ważna do 30 lipca 1945. W zbiorach KW

Wezwano mnie jednego wieczora na przesłuchanie do celi nr 3. Siedział tam już ppor. Parczewski z UB i jeszcze dwóch innych prawdopodobnie wyższych rangą ubeków. Sprawdzili moją tożsamość i orzekli że jestem wrogiem Polski Ludowej, bo ojciec jako żołnierz KOP-u pewnie jest przeciwnikiem Związku Radzieckiego, brat - AK-owiec, nadal się ukrywa więc i ja również nie sprzyjam im. Obrzucano mnie i całą rodzinę przeróżnymi złośliwymi wyzwiskami i orzekli że skazują mnie na śmierć. Nie bito mnie - tylko lżono, by złamać psychicznie i moralnie. Nie załamałem się, przyjąłem całą tą farsę spokojnie. Po powrocie do celi opowiedziałem wszystkim co mnie spotkało. Na drugi dzień rano zostałem przeniesiony do celi nr 10 będącej na wprost wartowni, która mieściła się pod dwójką. Wchodząc do celi z radości krzyknąłem : „Jurek i ty tu!”. Okazuje się, że spotkałem rówieśnika, przyjaciela, jednocześnie sąsiada, a także brata „Gabrysia”. Był to bowiem Jerzy Woźniak, syn policjanta granatowego z przed drugiej wojny światowej [mój dziadek Franciszek Woźniak był w okresie międzywojennym policjantem. Przeszedł na emeryturę z dniem 31.08.1939 - KW] mieszkający po sąsiedzku na drugiej ulicy - Spacerowej, a jednocześnie także kolega z gimnazjum ogólnokształcącego w Końskich. W celi nr 10 było tylko sześciu współwięźniów. Między innymi był lotnik - Polak służący w RAF-ie, który wrócił z Anglii do Polski i zaraz znalazł się w więzieniu UB.

Atmosfera tej celi była bardziej przyjemniejsza, bo po cichu mogliśmy rozmawiać o zaistniałej sytuacji w jakiej się znajdujemy. Jeden ze strażników - Kania z Rogowa ciągle wprawdzie zaglądał przez judasza - niby krzyczał, ale zawsze przekazywał trochę informacji o więźniach z innych cel. Lotnik często kucał przy ścianie, raz z jednej strony raz z drugiej strony i alfabetem „morsa” wystukiwał różne informacje do sąsiadów, sam też odbierał informacje od innych. Stukanie odbywało się przeważnie koło południa - jak słychać było bicie dzwonów w kościele św. Mikołaja. Gdzieś w połowie kwietnia, wieczorem podczas modlitwy śpiewanej staliśmy frontem na wprost drzwi, twarzami na północ od brzegu strony wschodniej. Lotnik, potem ja, obok mnie Jurek Woźniak, dalej dwóch spod Radoszyc i jeden od Skotnik. Zaczynamy drugą zwrotkę pieśni „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Nagle padają strzały z broni maszynowej. Jurek Woźniak słania się i pada mi na ręce. Zrobił się szum. Okazało się że Jurek został postrzelony w przedramię - dobrze że kości nie naruszono. Polała się krew. Jurek zemdlał. Lotnik koszulą zrobił ucisk na barku by zatamować upływ krwi, ja trzymam Jurka. Pozostali walą w drzwi podnosząc wrzask alarmowy. Wpadają strażnicy, ilu nie pamiętam. Lotnik na widok strażników dostał białej gorączki, rzucił się na nich z krzykiem, zaczęła się bijatyka. Szybko obezwładniono lotnika. Zjawiło się UB. Natychmiast zabrano Woźniaka do szpitala na opatrunek.

Okazało się że strażnicy popiwszy sobie mocno, dla humoru i zabawy poczęli strzelać, szczególnie mężczyzna z Kornicy. Przestrzelili drzwi i kula przez okienko judasza dosięgła Jurka raniąc go. Opatrunek w szpitalu trwał dosyć długo, dopiero koło północy Jerzy wrócił do celi. Po dwóch dniach od tego zdarzenia przybyło UB aby zabrać lotnika. Słyszeliśmy dobiegające od podwórza krzyki które potem ucichły. Lotnik już do celi nie wrócił. Jurek natomiast co drugi dzień - o dziwo, pod nadzorem strażnika chodził do szpitala do siostry Józefy na zmianę opatrunku. Będąc w celi traciliśmy rachubę czasu, nigdzie nas nie wypuszczano, nawet na dwór. Brak było kontaktu z innymi więźniami. Informacje o pogodzie mieliśmy od Jurka, który chodząc na opatrunki do szpitala czasami przemycał informacje jakie udzielała mu siostra Józefa. Od niej dowiadywaliśmy się że są czynione starania o nasze zwolnienie z więzienia mimo, że nas skazano. Jednego dnia, skoro świt otwierają się drzwi i wywołują Jerzego i mnie. Pod eskortą uzbrojonych ubeków (pięciu), wyprowadzono nas z więzienia. Prowadzą nas w stronę kościoła. Przed drewnianym kioskiem stojącym u wejścia na teren przykościelny od strony północnej na skwerku, jeden starszy ubek oświadczył nam - że jesteśmy wolni i możemy iść dokąd chcemy. Eskorta wycofała się, a my zostaliśmy sami. Zwróciłem się do Jurka: „patrz kasztany kwitną - czas brać się za naukę”. Był to bowiem koniec czerwca 1946 r. Rozpoczynał się śliczny pogodny poranek. Podeszliśmy do wielkich drzwi kościoła św. Mikołaja, uklękliśmy, pomodliliśmy się za ocalenie i wolność, i razem poszliśmy w stronę domu. Przy skrzyżowaniu przed domem p. Nowińskich pożegnaliśmy się. Jurek poszedł ulicą Spacerową a ja w ulicę Gimnazjalną do domu.

Od Matki dowiedziałem się, że w staraniach o nasze uwolnienie wydatnie przyczyniła się pani Szczygłowa - krawcowa z ul. I Maja, teściowa ppor. Parczewskiego z UB. Ona to wymusiła na swojej córce a przez to i na zięciu by nas gimnazjalistów wypuszczono. Jej to więc zawdzięczamy że nas nie rozstrzelano jak to było zamiarem UB za to że brat mój „Brzoza z AK" od „Robota” i brat Jurka - „Gabryś” z AK batalionu „Kłosa” nie ujawniali się w ich jednostce.

Feliks Przyborowski „Smyk”, marzec 1999 r.


Ten artykuł powstał na moją prośbę. Pan Feliks, serdeczny kolega mojego ojca z lat młodzieńczych, odwiedził mnie, długo rozmawialiśmy, roztaczaliśmy plany wydawnicze. Poprosiłem go o spisanie wspomnień i aktywność w publikacjach. Kilkanaście artykułów ukazało się w Tygodniku Koneckim.

Ojciec o samym postrzeleniu powiedział mi na kilka tygodni przed śmiercią (31.12.1981). Wcześniej wspominał tylko o więzieniu go przez UB, za przenoszenie broni i ciepłego ubrania dla brata Gabrysia. Wspominał, że nie był bity, chyba z racji młodego wieku. Widział pobitych ludzi, głównie wyciorami, które owijano mokrymi ręcznikami, by ślady były mniej widoczne, a zadane obrażenia dotkliwe. Czy kiedykolwiek dowiem się, kto był tym lotnikiem z RAF, który wstawił się za ojcem? Czy przeżył? A młodemu pokoleniu... pozostawiam motto: patrz kasztany kwitną - czas brać się za naukę... Ojciec powtarzał mi je wielokrotnie.
KW