piątek, 11 marca 2011

Opowieść pana Jana

W poświacie otwartych drzwi ujrzałem dwóch żołnierzy na koniach z karabinami przewieszonymi przez plecy i dwóch przy saniach z pistoletami przy pasach... Rysunek Adam Kubka
W poświacie otwartych drzwi ujrzałem dwóch żołnierzy
na koniach z karabinami przewieszonymi przez plecy
i dwóch przy saniach z pistoletami przy pasach...
Rysunek Adam Kubka
Kolejna, pełna łyżka ziemi z wykopu pod wodociąg wysypuje się na brzegu rowu. Jednak ta jest jakaś inna. Coś przykuwa moją uwagę. Stop! Krzyczę do operatora i rozgrzebuję górkę ziemi. Spory kawał metalu, ciężki, obrośnięty gliną. Prawdopodobnie jeszcze jedno ogniwo gąsienicy Panzer IV. W ciągu ostatnich dni znaleźliśmy kilka ogniw, które zabrałem do mojego biura w pobliskim Gielniowie. W wolnych chwilach czyściłem zardzewiałe skarby, planując poszukiwania z wykrywaczem w pobliżu znalezisk.

Któregoś dnia podczas czyszczenia zawitał do biura mieszkaniec Gielniowa pan Jan Pawlikowski - starszy sympatyczny człowiek - chciał zapłacić za wodę; zainteresował się znaleziskami. Zaczęliśmy rozmawiać o czasach wojny i tak nie wiadomo kiedy rozpoczęła się opowieść pana Jana.

Na przełomie 1939-40 roku mieszkałem z matką (ojciec nie wrócił z wojny) w naszym drewnianym małym domku przy obecnym Placu Wolności. Mama przez znajomego załatwiła mi pracę w piekarni. Miałem 15 lat. Praca w piekarni nie była zbyt ciężka. Musiałem sprzątać, donosić wodę i drewno na opał. Za to dostawałem co dzień pół chleba i mogłem zjeść coś na miejscu. Raz zdarzyło mi się zostać dłużej. Naznosiłem wody „na niedzielę”, a później pomagałem ładować chleb do drewnianych sań zaprzężonych w konie, stojących na tyłach piekarni. Był siarczysty mróz i mnóstwo śniegu. W poświacie otwartych drzwi ujrzałem dwóch żołnierzy na koniach z karabinami przewieszonymi przez plecy i dwóch przy saniach z pistoletami przy pasach.

Słyszałem, że w niedalekich Gałkach stacjonuje oddział Wojska Polskiego pod dowództwem majora Hubala. Jak ich zobaczyłem to nie mogłem oczu oderwać. Dopiero „prztyczek” w nos od szefa ocucił mnie. Szef nakazał abym nikomu o tym nie mówił, najlepiej że nic nie wiem i nic nie widziałem. W tym dniu dostałem cały chleb do domu. Długo w nocy nie mogłem zasnąć mając przed oczami pięknie wyglądających kawalerzystów. Minęło kilka dni, a ja wyczekiwałem kiedy szef każe zostać mi dłużej. Chciałem raz jeszcze na nich popatrzeć. Zachowywałem się tak, jakby nic się nie stało i tylko co jakiś czas szef puszczał mi konspiracyjnie „oko”. Pewnego dnia, było to chyba pod koniec lutego miałem przyjść do pracy po południu, więc w ciągu dnia pomagałem mamie w obejściu. W pewnym momencie usłyszałem rozmowę po niemiecku. Nasz dom jedną ścianą stykał się z mieszkaniem sąsiadki, która jeszcze przed wojną wyszła za mąż za Niemca. Obecnie jej mąż pracował w komendanturze policji. Zajmował się kontyngentami i chodził w mundurze. Sąsiadka przed wojną uczyła mnie języka niemieckiego. W ogóle żyliśmy w bardzo dobrych stosunkach. Wszystko zmieniło się od wybuchu wojny, udawała, że nie jest Polką. Nauka języka nie poszła w las, prawie wszystko zrozumiałem z rozmowy między małżonkami:
- Pójdziesz do Gałek w przebraniu chłopki pod pretekstem kupna krowy. Na miejscu rozejrzyj się i zapamiętaj ile jest wojska, gdzie kwaterują, gdzie są posterunki i w którym domu kwateruje dowódca. Później udasz, że ta krowa jest za droga, że ci nie odpowiada i wracaj - powiedział mąż.
- A jak spytają jak się nazywam, przecież może mnie ktoś rozpoznać?
- Ubierzesz się odpowiednio i powiesz, że jesteś z Bielin.


Zmroziła mnie ta rozmowa i zrozumiałem, że muszę ostrzec nasze wojsko przed tą kobietą. Ruszyłem do Gałek. Brnąłem przez śnieg, który zaczynał powoli topnieć. Około dwóch kilometrów od wsi zatrzymał mnie posterunek wartowniczy i jeden z żołnierzy doprowadził mnie do oficera kwaterującego w pierwszej chacie od strony wsi Wywóz. Oficer wysłuchał mnie po czym kazał usiąść i czekać. W izbie został żołnierz; grzał ręce nad piecem. Po chwili drzwi otworzyły się, wszedł brodaty oficer, „mój” oficer i jeszcze jeden żołnierz. Major Hubal! Bo to był on, kazał mi powtórzyć wszystko dokładnie, po czym nakazał mi dać jeść i siedzieć w izbie. Na moją prośbę o zwolnienie mnie do Gielniowa, bo muszę do pracy, do piekarni, major krzyknął, że mam czekać i nie dyskutować. Było już szaro kiedy „mój” oficer zaprowadził mnie do innego domu i kazał przyjrzeć się przez okno. Kobieta siedziała na stołku, ale mimo przebrania poznałem ją, to była moja sąsiadka. Przed nią przechadzał się major, a pod ścianą na ławce siedziało kilku oficerów i żołnierzy.
- Czy to ona? - Zapytał oficer.
- Jest inaczej ubrana, ale na pewno to ona - odpowiedziałem.
- Wchodź do środka, nie bój się... ona już stąd nie wyjdzie - stwierdził.

Kobieta siedziała na stołku, ale mimo przebrania poznałem ją, to była moja sąsiadka. Przed nią przechadzał się major, a pod ścianą na ławce siedziało kilku oficerów i żołnierzy. Rysunek Adam Kubka
Kobieta siedziała na stołku, ale mimo przebrania poznałem ją, to była moja sąsiadka.
Przed nią przechadzał się major, a pod ścianą na ławce siedziało kilku oficerów i żołnierzy.
Rysunek Adam Kubka
Weszliśmy do izby, spojrzałem na nią i kiwnąłem głową. Zrobiło mi się niedobrze i szybko odwróciłem twarz w kierunku wyjścia. Kobietę wyprowadzono, a major powiedział głośno:
- Roman! Za stodołę i kula w łeb.

Z głębi izby wypadł sołtys, którego wcześniej w słabym świetle nie widziałem.
- Panie majorze, nie zabijajcie jej, błagam. Przetrzymajmy ją trochę i po waszym wyjściu - wypuścimy. Przecież i tak mieliście już opuszczać wieś, a tak Niemcy zabiją nas i spalą wszystko jak ona zginie.
- Jak chcecie. Ja bym się z nią nie patyczkował. Za dwa dni odchodzimy, a wy sołtysie macie zaraz iść do żandarmerii i zameldować, że wojsko kwaterowało „siłą” we wsi i że to wy uratowaliście skórę tej...
- A z tobą mały co zrobić? Widziała cię i pewnie domyśla się, że to od ciebie wiemy wszystko. Do oddziału jesteś za młody, do domu nie możesz wrócić. Czy masz gdzieś na wsi rodzinę?
- Tak, pod Łęczycą mieszka brat mego ojca; pojadę do nich. Byłem tam w czasie ostatnich wakacji. Ale zanim wyjadę, czy mogę pożegnać matkę i wziąć coś na drogę?
- Możesz - major spojrzał na mnie tak ciepło i uścisnął mi dłoń, a ja nie potrafiłem powstrzymać łez, które potoczyły się po moim policzkach.

Ludzie, którzy uratowali życie kobiety nie wiedzieli, że wydali na siebie w ten sposób wyrok. W niecały tydzień później większość mężczyzn zostało zamordowanych i prawie cała wieś spalona. Ja zostałem odprowadzony przez patrol pod sam Gielniów. Pożegnałem się z szefem piekarni, dał mi chleba i parę groszy na drogę. Matka spakowała mi w plecak trochę bielizny, jedzenia i potrzebnych rzeczy na podróż. Na drugi dzień miałem piechotą dojść do Drzewicy, skąd pociągiem miałem ruszyć dalej. Byłem pewien, że mam jeszcze dwa dni; dlatego nie spieszyło mi się.

Ja zostałem odprowadzony przez patrol pod sam Gielniów... Rysunek Adam Kubka
Ja zostałem odprowadzony przez patrol pod sam Gielniów... Rysunek Adam Kubka
Nad ranem obudziło mnie szczekanie psa i głosy ludzkie. Niemcy! Łomot do drzwi, zdążyłem założyć spodnie, gdy wpadli do pokoju.
- Ubierać się, jedziesz z nami! - łamaną polszczyzną wykrzyczał mi prosto w twarz jeden z żandarmów.

Nie mogłem skupić myśli. Co się stało? Łomotało mi w głowie i nie mogłem opanować drżenia rąk ze strachu. Na schodach stała ona, w narzuconym na ramiona płaszczu i blada jak śmierć. Zrozumiałem, że w jakiś sposób udało się jej wymknąć z Gałek i dotrzeć do Gielniowa. Wsadzili mnie do samochodu osobowego i wyruszyliśmy w stronę Opoczna. Po drodze jeden z pilnujących mnie żołnierzy spytał po niemiecku czy wiem dokąd jadę? Odpowiedziałem, również po niemiecku, że nie. Zdziwił się, że nieźle daję sobie radę z ich językiem i powiedział, że jedziemy do Tomaszowa Mazowieckiego na przesłuchanie. Dlaczego tam? Pomyślałem. Przecież mogli mnie przesłuchać na miejscu w Gielniowie, albo nawet w Opocznie, ale do Tomaszowa? I wtedy przypomniałem sobie co mówili o więzieniu w Tomaszowie tak zwanym „Zapiecku”. To było więzienie, z którego nikt żywy nie wychodził. Byłem otępiały, głodny i nie byłem w ubikacji po nocy, ale bałem się spytać, czy mogą się zatrzymać, choć ból brzucha był coraz większy.

Dojechaliśmy do więzienia. Tam na wewnętrznym placu dwóch Niemców (jeden w czarnym mundurze) odebrało mnie i jakieś dokumenty eskorcie z samochodu. Czarny spytał mnie:
- Nazwisko?
- Pawlikowski z Gielniowa - odpowiedziałem jakoś tak bez ładu.
Niemiec zawahał się i kazał powtórzyć.
- Z Gielniowa Pawlikowski - znowu nieskładnie odpowiedziałem.

Wepchnęli mnie do cuchnącej celi pełnej ludzi, o słabym świetle. Na posadzce pod ścianą leżało kilka sienników, a w kącie stało wiadro na nieczystości. W celi na osiem osób było nas około dwadzieścioro, nie wiem dlaczego, ale w celi było też kilka kobiet. Podszedł do mnie człowiek w okularach z siwiejącymi skroniami, ale nie stary. Z mocnym akcentem obcokrajowca spytał:
- A ty co zrobiłeś chłopcze, że tu się znalazłeś? - nie odpowiedziałem.
- Jestem doktor Szmidt, chodź ze mną, wskażę ci miejsce.

Poszedłem za doktorem pod ścianę, gdzie usiedliśmy na jednym z sienników. Siedziało tam dwóch mężczyzn i kobieta. Nic nie odpowiadałem na pytania. Mój umysł myślał tylko o skorzystaniu z wiadra w kącie. Ale przy tylu ludziach krępowałem się. Po jakimś czasie zobaczyłem, jak odbywa się „ceremonia” korzystania z wiadra i z pomocą doktora mogłem ulżyć memu cierpieniu. W tym dniu po południu drzwi otworzyły się i strażnik przeczytał z kartki - Gielniak! Wychodzić! Nikt się nie rusza? Gielniak do ciebie mówię! - wrzasnął po polsku Niemiec patrząc na mnie. Nie rozumiałem. Wpadł do środka, uderzył mnie w twarz i wypchnął z celi. Teraz zrozumiałem boleśnie, że chodzi o mnie.

Podczas przesłuchania w pokoju było trzech Niemców, jednym z nich był oficer w czarnym mundurze, który przyjmował mnie na placu. Byłem wypytywany o wszystko co wiem na temat oddziału „Tollen Major”. Co robiłem w Gałkach, jakie miałem zadania itd. Odpowiadałem po niemiecku, że do wsi poszedłem kupić coś do jedzenia i nie miałem pojęcia, że jest tam jakieś wojsko. Zostałem zatrzymany przez żołnierzy i doprowadzony do oficera na przesłuchanie. Tam zobaczyłem moją sąsiadkę siedzącą w izbie, a oficer spytał czy ją znam? Kiwnąłem tylko twierdząco głową. Co było dalej nie wiem. Żołnierze odprowadzili mnie w stronę Gielniowa i pieszo dotarłem do domu. Kancelista zapisał wszystko na maszynie, a oficer powiedział spokojnie, że sprawdzą moją wersję i porównają z zeznaniami innych świadków.

- Do celi - krzyknął. I tak zakończył się mój pierwszy dzień na „Zapiecku”. W nocy nie mogłem spać z zimna i głodu, mimo że wszyscy do siebie przylegali, a doktor dał mi kawałek chleba. Na drugi dzień koło południa znowu zostałem wezwany i znowu nazwiskiem Gielniak. Bałem się zwrócić uwagę, że nazywam się inaczej. Po wejściu do pokoju od razu dostałem w twarz i spadły mi na głowę i plecy gumowe pałki. Po tym wstępie Niemiec krzyknął:
- Okłamałeś nas ty świnio! My wszystko wiemy jak było! Mów, to dla ciebie jedyna szansa.

Płacząc bardziej ze strachu niż z bólu, potwierdziłem wczorajszą wersje. Tym razem dopadł mnie „czarny”. Po kilku razach gdzie popadło, powiedział, że jak się nie przyznam, to mnie zakatują na śmierć. Odpowiedziałem choć nie wiem skąd wzięła się we mnie taka odwaga, że to święta prawda, że byłem tam przypadkowo. Wróciłem do celi. Doktor i pani Danuta zajęli się mną jako tako opatrując skaleczenia i sińce. Oboje zgodnie stwierdzili, że jak coś wiem, to trzeba im powiedzieć, bo inaczej zakatują.

Badania i przesłuchania trwały jakieś cztery dni. Najśmieszniejsze było to, że jak wychodziłem z celi na przesłuchanie, mówiłem sobie, że dzisiaj powiem wszystko, ale gdy wchodziłem do pokoju przesłuchań znowu uparcie powtarzałem swoją wersję, dziwiąc się, że mogę to wszystko jeszcze wytrzymać. Bicie było z każdym dniem coraz słabsze i mniej intensywne, tak jakby oprawcy stracili serce do tego co robią. Aż pewnego dnia nie zostałem wezwany na przesłuchanie. Przez te kilka dni zaprzyjaźniłem się z doktorem i panią Danką. Okazało się, że zostali aresztowani jeszcze we wrześniu 1939 roku. Doktor Szmidt z pochodzenia Niemiec, dlatego, że po śmierci żony Polki podczas bombardowania, w rozpaczy zaczął wyzywać niemieckich żołnierzy od morderców. Panią Danutę aresztowano za męża, którego Niemcy pilnie poszukiwali, a który prawdopodobnie pracował w wywiadzie wojskowym.

Pewnego dnia pod wieczór, drzwi otworzyły się i zobaczyłem w nich strażnika „czarnego” i jeszcze kilku niemieckich żołnierzy z karabinami. Oficer zaczął czytać nazwiska z listy, w tym i moje - „Gielniak”. Wyszliśmy wszyscy na korytarz, gdzie stało już sporo osób z innych cel.
- Pójdziecie do łaźni się wykąpać, bo strasznie śmierdzicie i żeby nie wybuchła jakaś epidemia.

Sprowadzono nas na dół, otwarto metalowe wrota i zaczęli wpychać do środka.
- Rozbierać się - padła komenda.
- Ze wszystkiego, musimy wam zdezynfekować ubrania.


Co tam chowasz? Dawaj to - to był oficer w czarnym mundurze. Zerwał siłą rzemyk... Rysunek Adam Kubka
Co tam chowasz? Dawaj to - to był oficer w czarnym mundurze. Zerwał siłą rzemyk...
Rysunek Adam Kubka
Wszystkich osób było około 50 lub 60, w tym chyba 2 kobiety. Zrzuciłem moje ubranie na posadzkę, a srebrny medalik z Najświętszą Matką z Częstochowy próbowałem ukryć w ustach. Ponieważ medalik zawiązany był na rzemyku ciężko było mi go zerwać... Nagle dostałem uderzenie w głowę.
- Co tam chowasz? Dawaj to - to był oficer w czarnym mundurze. Zerwał siłą rzemyk.
- Co to jest? - zapytał.
- To medalik z Matką Boską Częstochowską, który dostałem od mojej matki.
- Dlaczego to tak chowałeś?
- Bo wierzę, że nic mi się nie stanie póki mam przy sobie Najświętszą Panienkę. Wiem, że przeżyję - odpowiedziałem.

Niemiec długo spoglądał to na medalik, to na mnie, a w tym czasie wszyscy już oddalali się w kierunku dużych metalowych wrót na drugim końcu hali.
- Jak się nazywasz?
- Pawlikowski Jan - „czarny” popatrzył na listę. Jeszcze raz spytał o nazwisko. Nie znalazł, bo przez pomyłkę wpisano Gielniak, nie Pawlikowski. Powiedziałem mu o pomyłce, że mieszkam w Gielniowie i prawdopodobnie w ogólnym bałaganie błędnie wpisano moje nazwisko na listę. Powiedział, że to sprawdzi z moimi dokumentami, a teraz mam się ubierać i z powrotem do celi. Nie mogłem zrozumieć dlaczego nie dołączyłem do pozostałych?
Z „kąpieli” nie wrócił nikt...

Doktor powiedział, że nigdy nie wracają. W nocy SS-man wywoływał mnie w celi dwukrotnie na korytarz. Sprawdzał dokumenty, listy, kartoteki. Następnie jeszcze raz wypytywał mnie o medalik. Był bardzo spokojny i nie uderzył mnie ani razu. Powiedziałem mu, że Matka Boska pomaga ludziom. Opowiedziałem o obronie klasztoru podczas potopu szwedzkiego, o tym ilu ludzi uzdrowiła, że zawsze można się pomodlić i wierzyć, że nic się złego nie stanie. Trzeci raz, nad ranem drzwi otworzyły się i znowu zostałem wywołany. Tym razem poprowadził mnie aż na dyżurkę, na dół. Zostaliśmy sami w małym pokoiku z szafą, jednym biurkiem i telefonem. Nie chciałem na niego patrzeć, bo łzy strachu spływały mi po twarzy. Byłem pewien, że idę na śmierć. Położył mi rękę na ramieniu i powiedział:
- Nie wracaj do domu, jedź gdzieś do rodziny i tam się ukryj. Tu masz przepustkę na twoje prawdziwe nazwisko.

Nie mogłem uwierzyć, ale drzwi z grubej blachy otworzyły się i już byłem na dziedzińcu. Za mną szedł on, a ja czekałem na strzał. Byłem pewien, że to wszystko mistyfikacja, że zaraz mnie zastrzeli. Następne drzwi, jeszcze furta przy bramie i byłem na zewnątrz.
- Twój medalik uratował cię - „czarny” położył mi na ręku mały, srebrny medalik, a ja po raz pierwszy spojrzałem mu w oczy. Czy coś ujrzałem? Nie wiem. Byłem zbyt zdenerwowany całą sytuacją i chciałem już stamtąd odejść. Wyjechałem do wuja pod Łęczycę, gdzie zostałem do końca wojny.

Bo wierzę, że nic mi się nie stanie póki mam przy sobie Najświętszą Panienkę. Wiem, że przeżyję... Rysunek Adam Kubka
Bo wierzę, że nic mi się nie stanie póki mam przy sobie Najświętszą Panienkę.
Wiem, że przeżyję... Rysunek Adam Kubka

Do Gielniowa wróciłem latem 1945 roku, jako dwudziestolatek i od razu chciałem się dostać do jakiejś pracy. Okazało się, że ludzie pamiętali o moim aresztowaniu z 1940 roku. Wiedzieli, że trafiłem na „Zapiecek”, a teraz wróciłem, żyję. Od razu poszła plotka, że sypałem, że doprowadziłem swoimi zeznaniami do pacyfikacji Gałek i że byłem agentem gestapo. Wszyscy się ode mnie odwrócili, siedziałem w domu bojąc się wyjść do ludzi. Doszło do tego, że zostałem aresztowany pod zarzutem współpracy z Niemcami. Śledztwo trwało osiem miesięcy, znalazło się wielu „świadków oskarżenia”, których widziałem pierwszy raz. Mój obrońca, młody człowiek, po wysłuchaniu mojej wersji wydarzeń obiecał pomóc. Proces odbywał się w Warszawie i w sumie trwał tylko 6 dni. Obrońca odnalazł doktora Szmidta, który potwierdził moją wersję. Na nic się to zdało, bo to był... Niemiec. Uratowała mnie jednak pani Danuta, odnaleziona w Skierniewicach i mająca dobre układy przez swego męża, który pracował w „bezpieczeństwie” PRL. Ona także opowiedziała cała tą historię potwierdzającą moją wersję. Na dodatek odnalazła się kartoteka więzienna z Tomaszowa, z której wynikało, że nastąpiła pomyłka w nazwisku przy aresztowaniu. Więzień został zwolniony 6.03.1940 r.

Zostałem uniewinniony i zwolniony, ale nie wróciłem do Gielniowa. Zawiodłem się na ludziach tam mieszkających, którzy tak szybko wysnuli zbyt pochopne wnioski. Wróciłem do mego rodzinnego domu po śmierci mamy w 1964 roku. Chodząc po miasteczku, czy do kościoła, nie opuszcza mnie do dnia dzisiejszego wrażenie, że wszyscy mają mnie za agenta. Jedyną pociechą jest to, że Matka Boska zawsze czuwała nade mną i pomagała mi w najgorszych momentach.


Wysłuchałem pana Jana z wypiekami na twarzy i poprosiłem, aby zawsze do mnie zajrzał, to porozmawiamy sobie o dawnych czasach. Dzięki panu Pawlikowskiemu odnalazłem wiele drobiazgów z okresu II wojny światowej, a niektóre większe rzeczy trafiły do rąk obecnego kustosza Muzeum Orała Białego w Skarżysku-Kamiennej, pana Andrzeja Lange, który pełnił w tym czasie funkcję dyrektora.

W 2001 roku zostałem oddelegowany do pracy w innej miejscowości i kontakt z Gielniowem i panem Janem urwał się. Wiele razy chciałem spisać te wspomnienia i otrzymać na to zgodę od pana Pawlikowskiego, ale zawsze jakoś brakowało czasu. Po kilku latach chciałem skontaktować się z panem Janem, ale niestety... odszedł na zawsze.

Radosław Nowek