niedziela, 3 października 2010

Wizyta u Romana Dmowskiego

Henryk Seweryn Zawadzki, fotografia z 1925 roku; proszę zwrócić uwagę na studencką czapkę
W końcu września 1926 roku przebywałem w Końskich i wówczas któregoś dnia zajechał swym Fordem Miecio Jakubowski ze Starzechowic. Przyjaźniliśmy się z uwagi na pokrewieństwo poglądów politycznych, na przynależność do Sokoła i korporacji akademickich. On należał do poznańskiej Baltii, a ja do warszawskiej Grunwaldii. Po krótkiej rozmowie zaproponował mi wyjazd do Warszawy i złożenie wizyty panu Romanowi Dmowskiemu, gdyż chciał on zapoznać się z ruchem korporacyjnym w Polsce, (pan Dmowski w znaczny sposób oddziaływał na środowisko akademickie). Ja miałem złożyć sprawozdanie z życia korporacji warszawskich, a Miecio - z życia korporacji poznańskich. Dość dobrze orientowałem się w ruchu korporacji warszawskich, gdyż od 1922 roku należałem do aktywnej korporacji Grunwaldia, a w latach 1925-26 byłem jej prezesem. Zgodziłem się i następnego dnia około godziny 10.00 byliśmy w Warszawie.

Zatrzymaliśmy się u mojego kuzyna, też Grunwaldczyka Janusza Kahla (na ulicy Królewskiej 3) i po krótkim odpoczynku pojechaliśmy do pana Romana Dmowskiego. Mieszkał on na drugim piętrze, przy ulicy Marszałkowskiej 125 w domu pp. Niklewiczów. Do pokoju p. Dmowskiego wiódł długi, wąski korytarz z regałami pełnymi książek. W końcu korytarza, po lewej stronie był obszerny, dość ciemny gabinet, w którym stało ogromne biurko, na nim z boku rozłożysta palma, a przed biurkiem dwa wygodne fotele.

Za biurkiem siedział pan Roman Dmowski. Na nasz widok wstał, przywitał się bardzo serdecznie z Mieciem Jakubowskim, który z kolei mnie przedstawił. Miecio Jakubowski działacz Stronnictwa Narodowego, a później poseł na Sejm Rzeczypospolitej był ulubieńcem Pana Dmowskiego, który nawet był dwukrotnie w gościnie we dworze w Starzechowicach u pp. Jakubowskich, spędzając tam kilkudniowy wypoczynek.

Nigdy nie zapomnę przenikliwego wzroku szarostalowych oczu pana Dmowskiego. W początkowej rozmowie były echa niedawnego przewrotu majowego, ale za największą szkodę jaki ten zamach wyrządził to uważał pan Dmowski: bezkarne złamanie przysięgi przez tysiące polskich żołnierzy. Ale na ten temat nie było więcej mowy. Zaraz też przystąpiliśmy do naszych sprawozdań, które z uwagą słuchał pan Dmowski, robił notatki i zadawał pytania. Wiadomo, w tym czasie 90% korporacji było pod wpływem stronnictw narodowych ze Stronnictwem Narodowym na czele. W czasie wypadków majowych wszystkie korporacje opowiedziały się po stronie rządu z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim na czele. Wielu korporantów z bronią w ręku walczyło z „rebeliantami”. Korporant Leviton z [... fragment tekstu nieczytelny] poległ w czasie walk i na uroczystym pogrzebowym nabożeństwie w kościele Sióstr Wizytek miał śpiewać nasz korporant z Grunwaldii Janek Kiepura, ale w ostatniej chwili odmówił, tłumacząc się niedyspozycją gardła. Nasz też korporant z Grunwaldii Bogdan Jaroński wyróżnił się w walce o Belweder z karabinem w ręku. Zapytał pan prezes Dmowski jaki element wchodził do starych korporacji, a jaki do nowych? Czy dużo zgłaszało się do korporacji studentów lewicujących? W ostatnich trzech latach 1923-26 do korporacji dawnych, z tradycją jak Polonia, Arkonia, Velega zgłaszali się studenci z rodzin zamożnych tzw. szlacheckich, oraz synowie tzw. szlachty zdeklarowanej o tendencjach niepodległościowych. Do korporacji nowszych zgłaszali się synowie z zamożnej inteligencji, kupiectwa a nawet rzemieślników. Do reszty korporacji przychodzili ludzie pochodzenia mieszczańskiego, urzędniczego. Stosunkowo mało zgłaszało się synów oficerów i pochodzenia włościańskiego. Nie spotykało się chętnych do wstąpienia w szeregi korporacji ze środowisk komunistycznych, a nawet socjalistycznych. Dość duży odsetek stanowili kandydaci, dla których zewnętrzne obiekty jak: dekle, rapiery, bandy, cyrkle itp. stanowiły treść organizacji. Na ogół najmłodsi nie interesowali się ideologią ruchu korporacyjnego.

W czasie naszej rozmowy podano herbatę i kruche ciasteczka.

Na prośbę Miecia Jakubowskiego pan Roman Dmowski zaczął opowiadać o trudnych i bardzo skomplikowanych rozmowach paryskich w ramach Komitetu Polskiego. Długo wspominał te czasy, ale ja zdołałem zapamiętać to co pan Prezes podkreślał, że tylko twarde i nieustępliwe stanowisko Polskiego Komitetu uzyskało sukcesy i przeprowadziło swoje plany. Zapamiętałem, że gdy pytaliśmy się pana prezesa jak się czuje ze zdrowiem? Odpowiedział: Mam teraz 63 lata i czuję się dobrze, bo człowiek dopóty jest młody, dopóki się młodo czuje.
Henryk Seweryn Zawadzki