niedziela, 9 kwietnia 2017

Stara Kuźnica

Stara Kuźnica. Sielski krajobraz - nic nie zapowiada, że niewielkiej wiosce pod Końskimi zachowała się jedyna w Europie kuźnica z młotem i miechem paleniskowym napędzanymi siłą spadku wody. 
Foto. KW 2005 r.

Dwuspadowy dach kryty gontami, ściany pionowo obite deskami. Po ostatnim remoncie materiał drzewny nasycono preparatem impregnowanym.
Ten obiekt nie imponujący ani wyglądem, ani rozmiarami, godny jest szacunku i opieki. Świadczy o tym, jak długa i mozolna była droga od prymitywu do technik przemysłowych stosowanych i obecnie w produkcji. W niewielkiej wiosce pod Końskimi zachowała się jedyna w Europie kuźnica z młotem i miechem paleniskowym napędzanymi siłą spadku wody.
Kilkanaście lat temu prof. Jan Pazdur odnalazł w jednym z krakowskich archiwów opis młota naciskowego o napędzie wodnym istniejącego w Starej Kuźnicy. Dokument sporządzono 270 lat temu. Opis w niczym nie różni się od zachowanych dotąd konstrukcji urządzeń technicznych. Wielka metalowa bryła obucha jest przykrępowana na końcu wysuniętej belki. Po przeciwnej stronie belkowata dźwignia ma połączenie poprzez system przekładni transmisyjnych z umieszczonym na zewnątrz nasiębiernym kołem napędu wodnego. Obuch silnymi uderzeniami miażdżył żelazo i stal. Pod koniec każdego dnia pracy pod kowadłem leżał stos odkutych wyrobów na sprzedaż.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Olimpijczycy w Końskich 1935. Jan Rejecki

Jan Rejecki w mundurze podchorążego lotnictwa (www.muzeumkatynskie.pl)
Czekaliśmy jeszcze długo i daremnie na brata Jana, podporucznika - pilota 3 pułku lotn. z Poznania (latał we Wrześniu w składzie 33 esk. obserwacyjnej z podporucznikiem Tomaszewskim.) Dopiero w r. 1994 dowiedziałam się z książki Jerzego Pawlaka pt. „Ostatnie lądowanie", że brat wydostał się z okrążenia nad Bzurą i doleciał w rej. Lublina, gdzie wylądował po wyczerpaniu paliwa. Obaj z kolegą zostali aresztowani przez NKWD w rejonie Kowla. Podporucznikowi Tomaszewskiemu udało się zbiec, a brata osadzono w Kozielsku. Spotkało go to, co wszystkich innych, do których nie uśmiechnął się szczęśliwy los.
Halina Rejecka - Rybczyńska, Końskie, maturzystka, czł. ZWZ/AK „Halina", list do Jana Zbigniewa Wroniszewskiego.

Bodaj rok przed olimpiadą w 1936 roku; w Końskich wybuchła informacyjna bomba! Na okrągłych słupach ogłoszeniowych pojawiły się mianowicie barwne afisze oznajmiające przyjazd do „usportowionego" miasta, jak napisano, plejady gwiazd królowej sportu.
– Lekkoatleci w Końskich? - nie dowierzano.
Ta niewiara wynikała stąd, że na konecki występ mieli przyjechać m.in. mistrzyni olimpijska w biegu na 100 m z Los Angeles: Stanisława Walasiewiczówna, dyskobolka Jadwiga Wajsówna, oszczepnik Eugeniusz Lokajski [Eugeniusz Lokajski, oszczepnik, absolwent AWF wykonał w czasie Powstania War
szawskiego, walcząc jednocześnie, ogromną serię zdjęć, które po wojnie wielokrotnie wy
stawiano w galeriach, wykonano z nich album o tematyce powstańczej. Zginął jak więk
szość dzielnych żołnierzy, na barykadach broniącej się Warszawy w ostatnich dniach po
wstania] i oszczepniczka Maria Kwaśniewska, sprinter Bernard Zasłona (10,6 na 100 m) [Oficer przedwojennej policji, sprinter Zasłona walczył w kampanii wrześniowej, potem 
w zmotoryzowanej kawalerii gen. Stanisława Maczka na Zachodzie. Od 1945 roku za
mieszkał w Manchesterze z wieloma kompanami z wojska. Po wojnie nie startował. Wraz 
z Marią Kwaśniewską, Bohdanem Tomaszewskim, Tomaszem Hopferem z Zasłoną spotkaliśmy się w Edynburgu podczas meczu lekkoatletycznego Wielka Brytania - Polska. Na kolacji po meczu (bankiecie) Zasłona zabrał głos. Kiedy kończył wystąpienie, płacząc powiedział: „moim pragnieniem jest, kiedy umrę, spocząć w grobie na ukochanej polskiej ziemi". Był rok 1976. Zasłona wtedy nie miał nadziei na powrót; tak sądził przewojenny oficer policji...] mistrz Polski w biegu na 5 km Józef Noji (słynny befsztyk w Berlinie) i inni. [Przed występem w biegu na 5000 m w Berlinie, mistrz Polski Noji, który był w wyśmienitej formie, zjadł befsztyk na obiad, którego - jak się okazało - żołądek nie strawił. Noji w czasie biegu nie zdzierżył i wycofał się z walki. A szkoda, bo mogło być dobrze. Po tym biegu prasa, nie tylko nasza, opisywała słynne wydarzenie z befsztykiem].

niedziela, 26 marca 2017

Dziad odpustowy, dziad proszalny, dziad na Wszystkich Świętych i na Dzień Zaduszny...

Mniów (a może i Końskie - też pamiętam takie „obrazki”) 
- dziady na Wszystkich Świętych, Dzień Zaduszny. 
Rysunek Mariana Chochowskiego zawarty w książce Tadeusza Janduły, Ocalić od zapomnienia.

Dziad odpustowy, dziad proszalny, dziad na Wszystkich Świętych i na Dzień Zaduszny, wreszcie „rajzer" w okresie kryzysu gospodarczego w latach trzydziestych - to nieodłączny rekwizyt wszystkich świąt kościelnych i odpustów wtłoczony w pejzaż polskiej wsi.
W czasie odpustu ustawiali się przy drzwiach prowadzących do babieńca, przy wielkich, które na ten dzień odpustowy były szeroko otwarte, przy bocznych. Dziady ubierali się byle jak: w łachmany, w baranie czapy, w podarte buty, które wiązali sznurkami i rzemieniami; niechlujni: brudni, z twarzami pokrytymi strupami, ze zmierzwionymi i klejącymi się brodami. Wystawiali kikuty rąk, pokazywali ropiejące uda, podudzia i stopy. Byli wśród nich ślepcy prawdziwi i udający ślepych; byli ludzie pozbawieni rąk i nóg. Siedziały te ludzkie kadłubki na wózkach, które w miarę potrzeby popychały różne żebracze przybłędy.
Gdy ludzie wychodzili w dzień odpustowy z porannej mszy Św., z sumy lub nieszporów, dziady wszczynały taki harmider, taki szum, taki płacz, szlochania i zawodzenia, że mogło się wydać, że Mniów nawiedził jakiś apokaliptyczny cyklon lub trąba powietrzna. Zewsząd wyciągały się obnażone ręce bez palców, kończyny z urwanymi w połowie ramionami, przez które przeświecały białe kości z jątrzącymi się ranami, zgrubiałymi i nierównymi bliznami obwiązanymi brudnym i zakrwawionym bandażem. Inni do kikutów rąk przytwierdzali czapki na jałmużnę i bez przerwy nimi potrząsali podstawiając je przechodniom pod nosy i oczy. Ciała poruszały się rytmicznie to w tył, to znów do przodu i na boki; z czerwonych, zakażonych jaglicą oczu płynęły rdzawe łzy, z zaślinionych ust wydobywały się jęki, skomlenia i lament, i natarczywe wołania:
Wesprzyjcie nieszczęśliwego ślepca!
Pomóżcie nieszczęśliwemu sierocie, biedakowi bez matki i bez ojca, któremu źli ludzie wypalili oko! Rzeczywiście oko przewiązane było czarnym łachmanem.
Miejcie litość nad ociemniałym starcem, który na wojnie z bolszewikami utracił obie nogi i jest nędzarzem! Na wojnie to dziad z pewnością nie był - bo za stary, jednak wystawiane przez niego kikuty były autentyczne.

niedziela, 19 marca 2017

Wywiad z Panem dr. Stanisławem Knopińskim ps. „Wilga”, lekarzem, uczestnikiem Akcji „Burza” Część III

Dr Stanisław Knopiński i autor wywiadu Andrzej Górski - 27.09.2016.

Kiedy wstąpił Pan do partyzantki?
Latem 1944 r. Gdy otrzymałem rozkaz kierujący mnie do regularnej jednostki partyzanckiej, ojciec wynajął bryczkę w Końskich i razem z matką wywiózł mnie w stronę terenów leśnych, w których miało dojść do spotkania członków mojego oddziału. Gdy znaleźliśmy się w pobliżu lasu pożegnałem się z rodzicami aby udać się na wyznaczone miejsce zbiórki. Do zgrupowania jednostki, w której przyszło mi wieść partyzanckie życie doszło w leśniczówce za Czarniecką Górą. Należałem do plutonu operującego w ramach 1. batalionu kpt. „Kłosa” (kpt. Jerzy Niemcewicz „Kłos”) z 3. Pułku Piechoty Legionów A.K., który był częścią 2. Dywizji Piechoty Legionów A.K. „Pogoń”. Ja i moi towarzysze broni wraz z innymi formującymi się wówczas oddziałami leśnymi mieliśmy iść na pomoc Powstańczej Warszawie. Do silnego zgrupowania poszczególnych jednostek partyzanckich doszło w kompleksie dużych lasów koło Przysuchy. Część zbrojnych grup A.K., kierujących się w rejon koncentracji napotykało na dobrze wyposażone formacje niemieckie tocząc z nimi zażarte i krwawe walki. Ostatecznie udało się w lasach przysuskich stworzyć poważną siłę bojową, która w zamierzeniu dowództwa miała dotrzeć do walczącej Stolicy. Nie wiadomo jednak wówczas było czy pozbawione ciężkiego uzbrojenia oddziały A. K. będą w stanie skutecznie przebijać się ku Warszawie. Pod Przysuchą kończyły się bowiem rozległe, zalesione przestrzenie, w związku z czym, należało sprawdzić czy na trasie naszego planowanego przemarszu będą odpowiednie, sprzyjające wojskom partyzanckim warunki terenowe. Wraz z podległymi sobie żołnierzami rozpoznanie przeprowadził zastępca dowódcy naszej kompanii w stopniu podporucznika - Józef Madej „Jerzy” (Dla przeprowadzenia rozpoznania dalszego marszu na Warszawę 20 sierpnia został wysłany wydzielony oddział ppor. „Jerzego” z I baonu 3. pp Leg. w składzie 1+10. Trasa oddziału biegła przez Nowe Miasto n. Pilicą, Kozietuły, Grójec, Tarczyn. Drugim oddziałem rozpoznawczym dowodził ppor. „Szczęsny” również z I baonu 3. pp Leg.). Niestety był on zmuszony negatywnie ocenić nasze realne szanse na stosunkowo bezpieczne przedarcie się do Stolicy. Obszar pomiędzy rzeką Pilicą, a Warszawą był niekorzystny zarówno dla marszu jak i dla walki, gdyż nie dawał wystarczającej osłony przed bronią pancerną i lotnictwem. Wobec powszechnie panującego w naszych szeregach entuzjazmu, w pełni uzasadniona decyzja dowództwa o zaniechaniu planowanej odsieczy dla Powstania wywołała wśród nas chwilową konsternację i rozczarowanie. Akcja „Burza” miała być jednak w Kieleckiem kontynuowana co stanowiło dla nas zapowiedź podjęcia z dawna oczekiwanej walki z Niemcami.

niedziela, 5 marca 2017

Zabytkowa pudlingarnia i walcownia w Sielpi Wielkiej. Młyny Dzibałtowskie… Młyny… Sielpia… Rzemieślnicy, fabrykanci, rekruci Korpusu Górniczego…

Sielpia Wielka. Foto. dr inż. Władysław Jan Wrażej - fotografia zawarta w książeczce Mieczysław Radwan, Zabytkowa pudlingarnia i walcownia w Sielpi Wielkiej.

Zabytkowa pudlingarnia i walcownia 
w Sielpi Wielkiej

Zagłębie Staropolskie żyło kiedyś pełnią życia gospodarczego.
 Jeszcze temu lat sześćdziesiąt co najmniej w 150 miejscowościach Zagłę
bia Staropolskiego słychać było stuk młotów i szum wody, napędzającej
urządzenia hutnicze.
Przez długi szereg lat a nawet przez całe stulecia - prawie 80 % całej produkcji żelaza ześrodkowane było w tym zagłębiu.
Było ono nie tylko dostawcą surowca żelaznego czy półproduktu, ale i z dawien dawna osiadły tu w bliskości kuźnic wytwórnie sprzętu wojennego.
W ciągu ostatnich kilku dziesiątków lat niewoli - przemysł ten umarł, umarł prawie śmiercią gwałtowną. Rząd zaborczy, popierając świeżo naradzający się przemysł południowo-rosyjski, polityką taryf podciął podstawy gospodarcze naszego zagłębia.
Ledwie kilka odporniejszych przedsiębiorstw się uchowało. Nic więc dziwnego, że teren Zagłębia Staropolskiego jeszcze do dziś dnia świeci kikutami starych budowli przemysłowych. Są one świadkami, że praca gospodarcza i przemysłowa bujne tu puściła pędy, ale została stłumiona.
Ruiny te są świadkami wielu rzeczy.
Przede wszystkim zastanawia nas technika ówczesna - tak inne, niepodobne do dzisiejszych, sposoby wytapiania surówki, inne sposoby jej świeżenia i przerobu. Odczytujemy tę technikę z trudem, z ledwie widocznych i źle zachowanych urywków. A szkoda... bo te szczątki zadają kłam tak często dającym się słyszeć wywodom, że umiejętności górnicze i hutnicze przychodziły do nas późno, że mieliśmy przeważnie cudzoziemskich nauczycieli. Czytając W księdze umarłych wysiłków polskiego kuźnika czy górnika, natrafiamy jako na objawienie na własne polskich kuźników sposoby, na dużą naszą własną pracą techniczną i gospodarczą.
Jednym z najpiękniejszych pomników pracy gospodarczej polskiej jest zakład, dziś zabytkowy, w Sielpi Wielkiej.